Reklama

Reklama

"Zrobić wyborcom wodę z mózgu"

Ludzie nie czują, o co chodzi politykom, tymczasem ci robią "wodę z mózgu" wyborcom - mówi INTERIA.PL Piotr Tymochowicz.

Tymochowicz to znany specjalista od kreowania wizerunku politycznego.

Reklama

INTERIA.PL: Czy w ostatniej fazie kampanii kandydaci na prezydenta powinni łagodzić swój wizerunek i prezentować się jako niekonfliktowi reprezentanci wszystkich Polaków - trochę obli i nudnawi?

Piotr Tymochowicz: Na pewno nie powinni być jednakowi. Inaczej część Polaków powiedziałaby, że wybieramy między pączkiem a eklerem, a druga część - bardziej sfrustrowana, powiedziałaby, że wybiera między dżumą a cholerą. Im bardziej kandydaci różnią się między sobą, tym lepiej. Prawdziwym nieszczęściem dla jednego i drugiego kandydata, byłoby pokazanie, że tak naprawdę się niczym nie różnią. Inna sprawa, że z tego, co widać - ani jedna, ani druga partia nie ma programu. Zresztą to niezbyt mądra wizja, by mówić o merytorycznych programach. To jest tak, jakby chcieć na 4 lata do przodu prognozować pogodę. Cokolwiek byśmy opracowali, jakikolwiek program pogodowy - on i tak nie ma sensu. Ponieważ czynników, od których zależy pogoda, jest tak wiele, że nie ma takiego umysłu na świecie i takiego zespołu, który mógłby coś sensownego przygotować. Gospodarka jest pewnym synonimem stanu pogodowego. Być może kichnięcie Busha wpłynie na notowania giełdowe i załamanie niektórych rynków, bo kto wie - może zachorował np. na ptasią grypę, w końcu dużo podróżuje po świecie. Uważam, że jakiekolwiek programy nie mają większego sensu. Jeśli zaś chodzi o prezydentów, to wygodniej jest mieć prezydenta w dwóch osobach, bo wtedy może być jednocześnie w dwóch miejscach świata, a z Tuskiem będzie trochę gorzej pod tym względem. Skupienie władzy w jednych rękach - a wiadomo, że zarówno Jarosław, jak i Lech Kaczyński występują zawsze w liczbie mnogiej - "my z bratem", to swego rodzaju demokratyczna dyktatura. Polacy jakoś dziwnie okazali się tolerancyjni na tym polu. Przecież wydawało się, że na polach rodzinnych koneksji jesteśmy nietolerancyjni. Zarzucaliśmy, że gdyby Jolanta Kwaśniewska kandydowała na prezydenta, to wytworzyłoby się coś w rodzaju dynastii rodzinnej, klanu Kwaśniewskich. Zyta Gilowska została wyrzucona z partii za to, że zatrudniała swoją synową, wtedy, kiedy ta nie była jeszcze jej synową. A tutaj mamy jawne poparcie dwóch braci i wszystko jest w porządku. Kumoterstwo przyjacielskie zamieniło się w kumoterstwo rodzinne.

Czy prześwietlanie rodziny kandydata mówi coś o nim samym?

Badanie pochodzenia jest dość haniebnym zabiegiem - dlatego, że można powiedzieć na pewno, kim była czyjaś matka, ale już na pewno trudniej udowodnić, kim był czyjś dziadek. Poza tym przynależności do AK czy AL nie dziedziczy się. Tak, jak nie dziedziczy się poglądów politycznych ani jakichkolwiek innych. Gdyby istniało takie zjawisko jak dziedziczenie wiary, wartości, przekonań, to badanie Kurskiego miałoby jakiś sens. Jednak takie rozumowanie przypomina mi w pewnym stopniu faszyzm, bo faszyści bardzo wiele energii wkładali np. w to, żeby za wszelką cenę badać pochodzenie aryjskie. Dalszą konsekwencją takiego postępowania - mogłoby być nawet klerykalno-policyjne państwo przez najbliższe 4 lata.

Czy polityk musi odpowiadać w czasie kampanii głównie na zapotrzebowanie wyborców i rezygnować z ostrych ataków czy radykalnych wypowiedzi?

Nigdy tak nie jest. Znam trochę polityków - liderów partii i tych z dalszych planów. Poznałem zaledwie kilku takich, którzy mieli głowy napompowane misją lub rzeczywistą chęcią naprawy kraju. Pozostali myślą o dwóch interesach - własnym i partyjnym. Dlatego czasami im gorzej dla kraju, tym lepiej dla nich. I przypuszczam, że z tego paradoksu nie wyjdziemy tak łatwo. Załóżmy przez moment, że nie chodzi o posady, podlizywanie się opinii publicznej, to Platforma Obywatelska ma fantastyczny ruch do wykonania, którego jednak nie wykona tylko i wyłącznie z powodu partykularnych interesów. Gdyby Platformie chodziło naprawdę o los kraju, wystarczyłoby zrobić jeden prosty zabieg , który zagwarantowałby 20-punktową przewagę Tuskowi , a więc pewne zwycięstwo. Wystarczyło powiedzieć, bo to widać gołym okiem, że program PiS nie ma nic wspólnego z PO. Skoro tak jest, to powtórka z AWS jest bez sensu. Platforma powinna zrobić krok do tyłu - powiedzieć dobrze - nie ma spójności, wy wygraliście, my się wycofujemy, nie chcemy ani wicemarszałków, ani ministrów, ani wicepremierów. Wtedy Donald Tusk automatycznie zostaje prezydentem. Podobny manewr wykonał Jarosław Kaczyński - tylko w mikroskali - zwiększył prawdopodobieństwo prezydentury swojego brata poprzez tzw. poświęcenie polityczne. Gdyby PO zdecydowała się na taki krok, pokazałaby, że jej intencje są czyste, że nie chodzi jej tylko o pęd do władzy. A ponadto dałaby do zrozumienia, że jednym gwarantem bezpiecznej Polski i mądrej gospodarki jest Donald Tusk jako prezydent. Jednak każdej z partii nie chodzi o reformy, o poprawę sytuacji w kraju, tylko zależy na jednym - na władzy. A ludzie kompletnie nie czują, o co chodzi politykom, tymczasem ci grają konsekwentnie swoją rolę, robiąc "wodę z mózgu" wyborcom i poniekąd taka jest też moja praca i do tego się przyczyniam, ale też mam odwagę o tym mówić.

Czy jakość garnituru, kolor krawata albo prezencja generalnie liczy się bardziej od osiągnięć na scenie politycznej?

Każdy polityk musi umieć uwieść swoich wyborców. Ludzie - odpowiadając na pytania w ankietach mówią, że najważniejsze jest dla nich wnętrze, jednak to jest mit. Tak naprawdę liczy się wygląd zewnętrzny, atrakcyjność - te cechy są na pierwszym miejscu w postrzeganiu innych. I my sami siebie okłamujemy, twierdząc, że jest inaczej. Prawda jest taka, że odpowiedni krawat, garnitur, koszula i głupawy uśmiech mają znacznie większe znaczenie, niż cokolwiek, co wiąże się z zawartością szarych komórek w głowie. I - niestety - tak po prostu jest. My obłudnie uważamy, że jest inaczej.

Skoro wygląd zewnętrzny ma duże znacznie, to czy przystojniejszy kandydat zawsze budzi większe zaufanie?

Ja bym nie mówił , że chodzi wyłącznie o wzrost, wagę - parametry, które można zmierzyć linijką. Znaczenie mają też takie parametry, które są niekoniecznie spójne z ideałem. Idealny wzorzec mężczyzny byłby kiepskim kandydatem na prezydenta. Okazuje się, że typ owalny - endomorficzny - jest znacznie korzystniejszym typem prezydenta, bo budzi mniejsze zagrożenie. Ludzie mniej się obawiają osób o bardziej okrągłych kształtach, dlatego Oleksy tak długo się utrzymywał i był lubiany. Patrząc tymi kategoriami Lech Kaczyński może mieć większe szanse. Jednak zarówno Tusk, jak i Kaczyński znakomicie się kompensują. To są genialne przykłady badawcze, bo wszystkie niedobory Kaczyńskiego w formie zalet ma Tusk, i wszystkie niedobory Tuska w formie zalet ma Kaczyński. Kaczyński jest niski, Tusk jest dosyć wysoki, okrąglutki jest Kaczyński, Tusk jest wyschnięty - to już nie jest szczupłość, to jest zaschnięty młody chłopiec.

Z badań psychologów społecznych z Princeton University wynika, że o tym, na kogo głosujemy, decyduje pierwsze wrażenie - pisał "Wprost". To po co taka długa kampania, sztaby wyborcze...?

To nie jest prawda. To stwierdzenie zawsze mnie fascynowało. Z jednej strony bardzo dużo książek na ten temat przeczytałem - o tym, jak demonizujące jest pierwsze wrażenie, z drugiej - gdyby sięgnąć głębiej do prac doktorskich, to jasno z nich wynika, że pierwsze wrażenie jest sztucznie demonizowane. Istota rzeczy polega na ostatnim wrażeniu, a nie na pierwszym, dlatego kampanie mają sens do ostatniej chwili. Bo co z tego, że np. czyjś mąż zrobił na żonie piorunujące wrażenie 10 lat temu, skoro są teraz po rozwodzie i nienawidzą się nawzajem. Jest potrzebny olbrzymi wysiłek intelektualny, żeby nauczyć się oceniać pewne zjawiska i osoby z poziomi pewnego czasu. Dlatego uważam, że prawdziwie ważne jest ostatnie wrażenie, a nie pierwsze. I dlatego strategie wyborcze mają sens i ta walka do ostatniej chwili ma głęboki sens, bo gdyby tylko pierwsze wrażenie się liczyło, dawno Tusk pojechałby na urlop, a Kaczyński na wieś, bo to dalsze zaangażowanie nie miałoby sensu.

Jak sztaby wyborcze tworzą wizerunek swojego kandydata? Dostosowują go do oczekiwań społecznych (badania opinii) czy narzucają swoją własną wizję, przekonując do niej ludzi?

To zabawne - ta głęboka wiara ludzi w to, że w hasłach wyborczych, w programach jest odzwierciedlenie istoty pragnień polityków. To nonsens! Programy robi się w ten sposób - może nie powinienem zdradzać kuchni swojej pracy, bo wszyscy moi konkurenci się na mnie w takich momentach oburzają - robi się badania na temat tego, co ludzie chcieliby usłyszeć od danego kandydata. A on mówi dokładnie to, co ludzie chcą od niego usłyszeć. I dobry kandydat to jest taki, który podporządkowuje się swoim spin doctorom, a nie ten, który uprawia radosną twórczość własną, bo wtedy musi po prostu przegrać. Jeśli kandydat będzie mówi prawie w 100 proc. wyłącznie to, co ludzie chcą usłyszeć - to właśnie na tym polega tworzenie wizerunku, budowanie podstaw do wywierania wpływu i proszę mi wierzyć, to nie ma za grosz nic wspólnego z jakimikolwiek programami . Ludzie chcą usłyszeć, żeby Kaczyński mówił o bezpieczeństwie - to mówi o bezpieczeństwie. Chcą usłyszeć od Tuska, że jest za dożywianiem biednych dzieci, to on powie, że jest za dożywianiem. Chociaż Tusk jest na tyle inteligentny, że wie, iż mówi stek populistycznych nonsensów.

Czym się różni kampania Donalda Tuska od kampanii Lecha Kaczyńskiego?

Tych różnic jest oczywiście bardzo wiele, ale gdybym w jednym zdaniu miał o nich powiedzieć, to powiedziałbym, że mamy tu triumf marketingu, ale nie politycznego. Marketingu klasycznego i Tusk w nim różni się od Kaczyńskiego tym, czym się różni proszek Persil od proszku Omo - te różnice są naprawdę niewielkie. Natomiast gdyby poważnie na to pytanie odpowiedzieć - to jest różnica, która bardziej przekonuje mnie do jednego kandydata, niż do drugiego . Otóż jeden z tych kandydatów - nie będę mówić który - potrafi wziąć odpowiedzialność za poczynania całego swojego sztabu, jak i ludzi swojego sztabu, to dobrze o nim świadczy. Ponieważ to znaczy, że będzie potrafił jako prezydent wziąć odpowiedzialność za swoich ludzi. Inny kandydat, nazwijmy go Y, mówi - to nie ja, ja o tym nie wiedziałem, ktoś coś zrobił z mojego sztabu na własną rękę, poza moją kontrolą. Jak ktoś, kto nie może kontrolować swojego sztabu, będzie w stanie kontrolować całe państwo? To jest ten wyznacznik, który w moim przypadku jest decydujący, żeby zagłosować na X, a nie na Y.

Dowiedz się więcej na temat: kandydat | pierwsze wrażenie | Piotr Tymochowicz | Donald Tusk

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy