Reklama

Reklama

Smolar: PO pogrąża się w chorobie. Ten rok będzie decydujący

"Poczucie trwogi i niepokoju, które - trochę nieuzasadnienie - czują ludzie w Polsce, odbija się na zaufaniu do rządu. Kolejne zapowiedzi premiera, zapowiedzi zmian, które w rezultacie okazują się bardzo rozczarowujące zwiększają natomiast dawkę obojętności na słowa premiera" - mówi o próbach zmian niekorzystnych dla rządu sondaży, prezes Fundacji im. Stefana Batorego Aleksander Smolar w Kontrwywiadzie RMF FM.

- W polityce widzę objawy pogłębiającego się rozkładu. To niepokojące. PO pogrąża się w chorobie. Ten rok może pokazać czy z niej wyjdzie - tłumaczy.

Reklama

Konrad Piasecki: Polski imigrant staje się właśnie w Anglii chłopcem do bicia?

Aleksander Smolar: - Częsty obcy, jakkolwiek by się ich nie zdefiniowało - w różnych kontekstach, różnie się definiuje - są często chłopcami do bicia w trudnej sytuacji. Trudna sytuacja obecnie to jest przede wszystkim okres przedwyborczy do wyborów europejskich i poczucie zagrożenia partii Camerona, konserwatystów ze strony partii nacjonalistycznej - bardziej na prawo, która zdobywa silne poparcie.

Cameron mówi: "Otwarcie rynku pracy dla Polaków było karygodnym niedopatrzeniem. Wielkim błędem". Narzeka na pobieranie zasiłków na dzieci. Ta wojna jest mu potrzebna w celach wyborczych?

- Ona jest bardzo niebezpieczna i bardzo szkodliwa - mogę tyle powiedzieć, że on uważa, że ona jest potrzebna, ale to wynika z tego, co robi po prostu.

Ale niebezpieczna również dla naszych rodaków, którzy tam na Wyspach są?

- Ja myślę, że nie. Tyle, że to może popsuć atmosferę, w jakiej oni żyją i to jest oczywiście nieprzyjemne: jednej strony mieć do czynienia z otwartym społeczeństwem, gdzie poza rządkami przypadkami jesteśmy przyjmowani bardzo przychylnie, a to (wypowiedź Camerona przyp. red.) oczywiście może wzmocnić takie ksenofobiczne pewne reakcje. Chociaż jak na razie nic na to nie wskazuje, więc mi się wydaje, że to może być czysta retoryka, do której należy przywiązywać wagę, bo to wpływa na atmosferę w całej Europie.

Ale uważa pan, że to może zaowocować też jakimiś obostrzeniami, cięciami, ograniczeniami dla Polaków na Wyspach?

- Myślę, że dla "starych" emigrantów, dla tych, którzy tam pracują - nie sądzę. Natomiast, oczywiście, to może zaostrzyć przepisy jeżeli chodzi o nowoprzybyłych.

Czyli może być tak, że zamkną granice, trochę dla Polaków?

- Nie, to by było podważeniem reguł otwartego rynku, a Wielka Brytania była wielkim rzecznikiem wolnego rynku. To by był cios w serce elektoratu partii konserwatywnej, to by było bardzo niebezpieczne posunięcie, nie mówiąc o tym, że to mogłoby pociągnąć za sobą podobne reakcje w innych krajach i doszłoby do pewnego pogłębienia procesów rozkładowych w Unii Europejskiej.

Czyli uważa pan, że więcej w tym retoryki niż potencjalnych faktów?

- Uważam, że to jest świadectwo czasów, wzmacniania się skrajnych partii populistycznych i to jest próba reakcji poprzez wyjęcie populistom ich języka. To jest bardzo niebezpieczne, gdy zaczynamy posługiwać się zarazkami po to, by się uodpornić na nie. Często skutek może być wręcz przeciwny - głęboka choroba. To jest bardzo niebezpieczne, to co mówi Cameron.

W polskiej polityce ten rok prawdę nam powie?

- Każdy rok nam mówi prawdę i każdy rok jest rokiem przejściowym między starym i nowym rokiem...

Ale dwa ostatnie lata to były lata praktycznie bez wyborów, a teraz - wybory europejskie, potem wybory samorządowe. Będziemy wiedzieli po nich, jaki jest rozkład sił politycznych czy to tylko rozgrzewka?

- To są ważne wybory. Wybory europejskie być może w skali europejskiej będą ważniejsze niż w Polsce. W Polsce myślę, że ciągle mało myślimy w ramach całej Europy. Myślimy o Polsce i polskich interesach. Natomiast oczywiście później wybory lokalne to będzie bardzo ważny element. On może pokazać nam, czy Platforma Obywatelska wychodzi ze swojej choroby, w którą coraz bardziej się pogrąża - zwłaszcza ostatni rok to gorszące sceny procesu wewnętrznego, premier zajęty metabolizmem Platformy. Wydawało się, że bardziej zajmuje się walką ze Schetyną i Gowinem, niż interesami Polski.

Czyli choroba Platformy to choroba zaangażowania w wewnętrzne sprawy i nie widzenia tego, co dzieje się dookoła?

- Nie tylko, wyraźnego rozczarowania społeczeństwem. Również z poczuciem pełnego trwogi niepokoju, zresztą słabo uzasadnionego w związku z pogorszeniem koniunktury. Jak widzimy, Polska wychodzi na prostą i jak wydaje się Polska nie jest zagrożona. Faktem jest jednak, że to się bardzo odbiło na notowaniach i premiera, i rządu, i całej Platformy. Zobaczymy więc w tych wyborach lokalnych, czy te tysiące osób Platformy, które mają posady, czy one je stracą, bo to może również zmienić dynamikę w samej Platformie.

Bo dzisiaj premier zdaje się sugerować, że wstępuje w niego jakaś nowa energia, nowy plan, nowy rzecznik prasowy ma zostać dziś powołany. Coś z tego będzie?

- Zobaczymy. Jak na razie powiedzmy te ostatnie etapy tej ofensywy, zmiany w rządzie, dwa wystąpienia premiera Tuska, które miały mówić o przyszłości, były bardzo rozczarowujące i zostały już kompletnie zapomniane, co jest nawet zaskakujące. Teraz kolejna dawka, żeby pokazać, że my wiemy, o co nam chodzi i wiemy o co chodzi w staraniach o lepszy los Polski i bardziej bezpieczny - obawiam się, że poprzednie kroki premiera uodporniły społeczeństwo i zwiększyły dawkę obojętności na jego słowo. To jest bardzo dla niego niebezpieczne - że ludzie przestaną słuchać premiera.

Czyli powiedziałby pan, że choroba się raczej pogłębia niż że pacjent zdrowieje?

- Nie, tego bym nie powiedział. Jeżeli chodzi o Polskę, tzw. jak mówią Anglicy fundamentals, czyli fundamentalne cechy sytuacji, to one są raczej dobre w porównaniu z innymi krajami europejskimi. Nasza koniunktura poprawia się i w przyszłym roku powinniśmy już to dostrzec. Ale równocześnie w sferze polityki są pewne objawy pogłębiającego się rozpadu, zresztą nie tylko w Platformie i to jest niepokojące.

A są też objawy pogłębiającego się rowu między prezydentem a premierem?

- Niewątpliwie widzieli się w związku ze sprawą OFE przede wszystkim i w ogóle oceną ze strony prezydenta bardzo interesującą, oceną o antyreformatorskich nastrojach w klasie politycznej, ale z wyraźnym wskazaniem Platformy jako głównej odpowiedzialnej w pewnym sensie...

... brzmiało to trochę jako pogrożenie palcem Tuskowi...

- ... w każdym razie wyraźne powiedzenie, że ja oceniam zupełnie inaczej. Jak wy nawet mówicie, że OFE to jest reforma, to to jest żart. To jest manipulowanie słowami. To nie jest reforma. To jest demontaż reformy. Być może ona miała słabe elementy i prezydent wyraźnie powiedzieli, że nie ma tu ducha woli zmiany, wtedy kiedy zmiany są potrzebne, bo świat chociaż się zmienia i Polska - jeżeli chce rzeczywiście pójść do przodu sprintem - to powinna się zmieniać.

Ale chciałoby się powiedzieć: panie prezydencie jeśli nie ma partii reform, to niech pan stworzy partię reform.

- Dzisiaj jeden dziennikarz coś takiego napisał, ale prezydent powinien łączyć wszystkich Polaków. Tworzenie partii jest dzieleniem. Partia - nazwa wywodzi się od części, jest dzieleniem. To nie jest zadanie prezydenta i zresztą w swojej biografii Bronisław Komorowski nigdy nie był ani ideologiem, ani przywódcą partyjnym. To nie jest jego rola.

Ale uważa pan, że po sprawie OFE Bronisław Komorowski może czuć się oszukany, czy czuć się zawiedziony postawą Platformy i Tuska?

- Myślę że nie, bo prezydent o tym dawno wiedział, jeżeli się przyjrzy jego wystąpieniom...

Ale jakaś zadra pozostała?

- Myślę, że tak, że to jest moment takiego dość istotnego pogorszenia oceny sytuacji. Osobiście nie wiem, jakie są stosunki między prezydentem i premierem. To nie jest zresztą najważniejsze. Natomiast prezydent od początku, kiedy był wybrany, wyraźnie mówił o konieczności przyspieszenia reform. To znaczy prezydent dawał do zrozumienia, chociaż możliwości oddziaływania były ograniczone. Być może byłyby poważniejsze, gdyby wystąpił i powiedział otwarcie, że: "Uważam, że Polska nie powinna tracić czasu". Bo to jest najcenniejszy czas, jaki w tej chwili przeżywamy. Dzięki środkom unijnym, dzięki temu, że ciągle jest liczne pokolenie na rynku pracy w sytuacji zapaści demograficznej.

Ale rozumiem, że panowie Komorowski i Tusk, i prezydent, i premier są skazani na wspólną drogę i wspólny marsz. Nie mają wyjścia.

- Taka jest logika instytucji. Mieliśmy w przeszłości gorszące sytuacje ostrych konfliktów między prezydentem i premierem, ale to były raczej objawy patologiczne życia politycznego. Zarówno Bronisław Komorowski, jak i Donald Tusk są ludźmi tej klasy, że ja bym tu wykluczał jakiś poważniejszy kryzys spowodowany konfliktem dwóch osób.



Dowiedz się więcej na temat: Aleksander Smolar

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje