Reklama

Reklama

Ryszard Kalisz: Leszek Miller to cyniczny polityk i może być każdym

- Nie wydaje mi się, żeby dłużej współpracowali po wyborach Palikot z Millerem, natomiast co będzie, to trzeba poczekać na "the day after", czyli na wynik wyborów - powiedział Ryszard Kalisz w Kontrwywiadzie RMF FM.

Konrad Piasecki: Ryszard Kalisz u kresu swojej politycznej drogi.

Ryszard Kalisz: - U kresu swojej parlamentarnej drogi.

Parlamentarnej. Aha. Czyli mówię: wychodzę, zaraz wracam.

- Nie, nie. Ja od 24 listopada, kiedy kończy się kadencja Sejmu, miesiąc po wyborach, ja poświęcam się mojemu zawodowi, czyli zawodowi adwokata.

A ciężko się panu rozstać z polityką? Boleśnie? Łezka się w oku kręci. Bo wczoraj jak Włodzimierz Cimoszewicz wrzucał ostatnie głosowania w Senacie, to takie miałem wrażenie.

Reklama

- Dawno się tak dobrze nie czułem. Proszę sobie wyobrazić, że to jest od 95 roku, pierwszy czas kampanii politycznej w Polsce, w której nie uczestniczę.

Czyli oddycha pan pełną piersią. Wolny człowiek. Ryszard Kalisz.

- Pełną piersią. W ogóle jak mi się to podoba. Naprawdę. A po drugie coraz bardziej zagłębiam się w problematykę prawną i z tym mi dobrze.

I poleca pan swoje usługi. Ale to było tak, że pan miał dość lewicy, czy lewica miała dosyć Kalisza.

- Nie. To była moja decyzja, od początku do końca...

... bo to wygląda tak: pan odchodzi, oni się jednoczą. Tak jakby pan był...trudnością?

- Ale co się jednoczą? Kto się jednoczy?

Miller z Palikotem.

- No właśnie.

I Barbarę Nowacką na premiera biorą.

- Barbara Nowacka, fajnie, ja ją bardzo cenię, lubię i tam jest wielu jeszcze fajnych ludzi. Ale za nimi są jeszcze inni ludzie i ja nie widzę żadnej nowej wartości. Poza oczywiście osobami, które są.

Ale samo zjednoczenie nie jest wartością?

- Samo zjednoczenie jest wartością i dlatego ja zawsze do tego namawiałem. Przypomnę naszą koncepcję Europy Plus, która przecież do tego się sprowadzała. I za to zostałem przez Millera i Senyszyn z SLD wyrzucony, a oni teraz to robią. Czyli sami się powinni wyrzucić.

Ale uważa pan, że to będzie mariaż trwały? Bo jakoś chemii między Palikotem a Millerem nie widać za bardzo.

- Nie, nie, nie. Przecież ja ich obu doskonale znam i jestem przekonany... Nawet jak patrzyłem na wspólną konferencję to już widziałem, że ten mariaż oczywiście do wyborów dotrwa... Chociaż, chociaż... Daj Boże żeby dotrwał. Bo ja naprawdę Zjednoczonej Lewicy życzę jak najlepiej. Podobnie jak wszystkim ruchom lewicowym, czy lewicowo-centrowym i centowym, życzę jak najlepiej.

Widzi pan scenariusz - dochodzą do wyborów i potem ich drogi się rozchodzą i np. Leszek Miller idzie z Jarosławem Kaczyńskim do władzy?

- Wydaje mi się, że bardzo różne scenariusze są prawdopodobne.

Ale scenariusz Miller-Kaczyński też?

- Nie wydaje mi się, żeby dłużej współpracował po wyborach Palikot z Millerem, natomiast co będzie, to trzeba poczekać na "the day after", czyli na wynik wyborów.

Bo ja słuchając czasem Leszka Millera mam wrażenie, że on tak o PiS-ie to tak z umiarkowanym ciepłem, a o Andrzeju Dudzie bardzo ciepło.

- Leszek Miller jest nieprzewidywalny, Leszek Miller może być każdym. Mógł być sekretarzem KC PZPR, mógł spotykać się z Kuklińskim i bardzo dużą rolę odegrać zresztą w unormowaniu jego sytuacji z Polską, mógł chcieć podatek liniowy, mógł wprowadzić podatek liniowy od przedsiębiorców, mógł być bardzo radykalnym populistą - także jak pan widzi Leszek Miller to jest taka gama... - krótko mówiąc, on jest cynicznym politykiem i może być każdym.

Ale wicepremierem u Beaty Szydło chyba być nie może.

- Ja takiej wyobraźni nie mam, ale wie pan - jaką wyobraźnię ma Leszek Miller, to musi się pan jego zapytać.

A Barbara Nowacka w roli kandydatki na premiera pana przekonuje?

- To jest na pewno niezwykle mądra, inteligentna osoba, która jest wyśmienitą polityczką, nota bene chcę powiedzieć - Barbara Nowacka mi przypominała jakiś czas temu - że to ona mnie poznała z Federicą Mogherini, dzisiejszą komisarz ds. stosunków zewnętrznych.

Czyli zasługi polityczne ma.

- Ona zawsze była w polityce, ona dzięki sobie była, bo miała jeszcze w domu taką atmosferę, bo przecież Iza Jaruga-Nowacka, moja bardzo osobista i bliska koleżanka, ją jakby cały czas tworzyła i lepiła.

Tylko zastanawiam się, czy ktoś, kto nie był ani jednego dnia parlamentarzystą, ani jednego dnia nie sprawował funkcji publicznej z wyboru, ani nawet z nominacji, nie był wiceministrem, ministrem, w roli kandydata na premiera jest przekonujący?

- A Jerzy Buzek? Pamięta pan?

Ale uważa pan, że to był dobre premierostwo?

- Później się Bradze wyrobił po trzech latach.

Ale trzy lata trzeba było na to czekać.

- Nie, nie. Panie redaktorze, przecież Barbara Nowacka jest osobą, która ma powiedziałbym wszelkie podstawy do tego, żeby w przyszłości być dobrą premierką.

Ale czy dzisiaj nie jest elementem mody na kobiety kiedyś na traktory, dzisiaj kobiety na premiery. Szydło na premiera, Kopacz na premiera. To i Nowacka musi być.

- To prawda. Ja muszę powiedzieć jako osoba, która zawsze promowała kobiety i uważałem, że parytet kwoty są niezwykle istotne - to jak mamy Ewę Kopacz - ona została desygnowana przez Tuska. Beata Szydło została desygnowana przez Jarosława Kaczyńskiego. Chciałbym, żeby Barbara Nowacka wyrosła sama jako ta kandydatka na premiera na najwyższe funkcje.

Ale dzisiaj wygląda na to, że została nominowana przez Palikota i Millera.

- Ja bardzo dobrze życzę lewicy, w związku z tym to jest pańska opinia.

Chce pan uratować Krzysztofa Kwiatkowskiego?

- Tu nie chodzi o uratowanie Krzysztofa Kwiatkowskiego.

Bo pan jest spiritus movens wniosku o postawienie go przed Trybunałem Stanu, który mu w gruncie rzeczy pomaga.

- Moim zdaniem wniosek prokuratury po pierwsze katowickiej był wadliwy prawnie. On kompletnie w ogóle rozmijał się z polskim porządkiem konstytucyjnym. Po drugie był słabo uzasadniony. A po trzecie my musimy uruchomić odpowiedzialność konstytucyjną i stworzyć standardy zachowań najwyższych urzędników państwowych. Bo te standardy nie są stworzone od 26 lat, podobnie jak Trybunał Konstytucyjny w zakresie uchwalania ustaw stworzył takie zasady przyzwoitej legislacji.

Tylko, że z Trybunałem Stanu jest trochę jak z Yeti - teoretycznie gdzieś istnieje, a nikt go nigdy nie widział.

- Ale to właśnie chcę, żeby go zobaczyć. Dlatego kiedyś postawiłem wniosek, niestety przez 5, 6 posłów Platformy, PSL-u i SLD, nie udało się do tego doprowadzić.

Zbigniew Ziobro przed trybunał.

- I wie pan, to nawet nie o to chodzi, żeby jego karać. Chodziło o to, czy taka forma sprawowania rządów, że wszystkie funkcje czołowe w tym ciągu technologicznym przeciwko obywatelowi obsadzone są przez prokuratorów. To czy to jest zgodne z konstytucją, czy nie?

Tyle, że wie pan doskonale, że dzisiaj Krzysztof Kwiatkowski, dzięki temu wnioskowi uratuje się na stanowisku, bo ten Sejm oczywiście go nie rozpatrzy, w następnym Sejmie, jeśli on zostanie znowu złożony, to będzie latami rozpatrywany, a Krzysztof Kwiatkowski nadal będzie prezesem NIK-u.

- Panie redaktorze, jeszcze raz panu powtórzę. Prokuratura popełniła błąd. Zarzuciła Krzysztofowi Kwiatkowskiego przestępstwo z art. 231 - przestępstwo urzędnicze, gdzie nawet ten, kto je może popełnić, to funkcjonariusz publiczny. A jeżeli funkcjonariusz publiczny jednocześnie podlega pod Trybunał Stanu, to jest Trybunał Stanu i takie jest polskie prawo i konstytucja. 

Uważa pan, że oczekując na Trybunał Stanu Krzysztof Kwiatkowski powinien nadal sprawować tę funkcję jaką sprawuje?

- Tak. Dlatego, że postępowanie i uchylenie immunitetu zostało zakończone.

Czyli powinien być prezesem NIK-u?

- Przez wadę prawną. Jeżeli ktoś wynajmuje adwokata złego, i ten składa zły wniosek i sąd umarza postępowanie albo dorzuca pozew, no to nie ma sprawy.  

A na koniec chciałem pana zapytać czy pan odchodzi z polityki, czy z parlamentu, spełniony i zadowolony?

- Tak.

Tak?

- Tak. Ja muszę... znaczy nie jestem zadowolony...

Bo miał pan potężne ambicje, miał pan świetne sondaże zaufania. Miał pan..

- Dużo lepsze niż prezydent Duda. Przypomnę trzydzieści dwa, czy trzydzieści pięć. Jego się chwali, a ja miałem pięćdziesiąt procent przez trzy, czy cztery czy pięć lat.

I nawet pan premierem nie został. O kandydowaniu na prezydenta w ogóle mowy nie było.

- No dla mnie funkcje... zawsze były wtórne jak pan pamięta.

Ale ambicje były?

- Ambicje były to prawda.

Chciał pan kandydować na prezydenta? 

- Dla mnie natomiast było najważniejsze zmienić Polskę. Tak jak przy Trybunale Stanu. Wie pan, ja lubię rzeczy oryginalne. O których mało kto myśli i staram się je zawsze doprowadzić do skutku.

Już się boję jak myślę o tych rzeczach oryginalnych.

- Ale dla mnie nie były funkcje najważniejsze, jak pan pamięta.

Ale nie jest tak, że właśnie odchodząc z polityki... Myśli pan sobie: marzyłem o czymś więcej?

- Oczywiście... wie pan...

To dlaczego się nie udało? To dlaczego się z tymi sondażami zaufania się nie udało?

- Proszę pana z prostego powodu mnie się nie udało. Dlatego, że ja nie byłem nigdy politykiem partyjnym. Wie pan, mnie aparaty partyjne... Uważałem że one szkodzą często polityce i wartościom. Mnie aparaty partyjne nie lubiły. I dlatego ja czasami musiałem, bądź tworzyć grupy takie jakby anty-aparatowe i aparat mnie partyjny najczęściej wypluwał. Bo po prostu aparat partyjny ma po prostu tylko jeden cel. Trwać w polityce, nic nie robić, trwać, zabezpieczyć się, żeby nikt ich nie posunął ze stanowiska.

Czyli krótko mówiąc był pan zbyt potężną indywidualnością na polską politykę?

- Ładnie to pan powiedział.

Konrad Piasecki


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy