Reklama

Reklama

Andrzej Halicki o referendum w Legionowie: To miażdżący wynik dla PiS-u

"To zaskakująco wysoko frekwencja. Nie przypominam sobie, żeby w referendach w Polsce była tak wysoka frekwencja" - mówił w Porannej rozmowie w RMF FM poseł Andrzej Halicki, szef mazowieckiej Platformy Obywatelskiej, odnosząc się tym samym do wyników referendum w Legionowie, podczas którego niemal 95 proc. głosujących opowiedziało się przeciwko włączeniu gminy Legionowo do metropolii warszawskiej. Jak podała komisja referendalna, frekwencja wyniosła 46,72 proc. "To jest frekwencja bliska, może nawet wyższa, niż niejednokrotnie w wyborach samorządowych" - dodał gość Marcina Zaborskiego.

Marcin Zaborski: Często się pan budził dzisiaj w nocy?

Reklama

Andrzej Halicki: - Żeby sprawdzić wyniki z Legionowa?

Właśnie. Czyli jednak.

- Wiedziałem już późnym wieczorem, w zasadzie po meczu w Podgoricy, kiedy tak ładnie odnieśliśmy zwycięstwo na tym bardzo trudnym terenie. Wiedziałem, że w Legionowie też będzie dobrze, bo jest wysoka frekwencja.

I kilka godzin później okazało się rzeczywiście, że frekwencja wynosi 47 proc., referendum jest ważne.

- Tak, zaskakująco wysoka frekwencja, nie przypominam sobie, żeby w referendach w Polsce była tak wysoka frekwencja, nawet wtedy kiedy sprawy dotyczą personalnych kwestii i są duże emocje. To jest frekwencja bliska, a może nawet wyższa niż niejednokrotnie wybory samorządowe. 

94 proc. głosujących mieszkańców  Legionowa mówi "nie" metropolii warszawskiej. Jeżeli tak dalej pójdzie, to będzie pan musiał porzucić marzenia o byciu prezydentem mega Warszawy. Pozostanie tylko Warszawa.

- Pierwsza rzecz - to jest miażdżący wynik dla PiS-u. Nie wiem, czy dzisiaj Jacek Sasin zostanie powitany kwiatami w Sejmie. Przecież muszą powiedzieć, że to sukces. Te 5 do 95 - bo taka jest proporcja głosów na "nie", przy tak wysokiej frekwencji, dla projektu który jest związany z manipulacją, ze zdobyciem władzy w nieuczciwy sposób...

Rozumiem, że pan w dobrym nastroju. To oczywiste po wygranym dla Platformy referendum, ale...

- ...to głos suwerena, którego nie PiS nie może zlekceważyć.

W Warszawie też miało być referendum, ale wojewoda unieważnił tę decyzję radnych. Dlaczego w takim razie stołeczni radni poszli do sądu, a nie poszli śladem radnych z Legionowa, nie wykorzystali pytania z Legionowa i nie zgłosili nowej uchwały?

- To jest to samo pytanie.

Jest pan absolutnie pewien?

- Tak, oczywiście.

Jak brzmiało pytanie w Legionowie? "Czy jest Pan/Pani za tym, żeby m.st. Warszawa jako metropolitalna jednostka samorządu terytorialnego, objęła Gminę Miejską Legionowo?". Ale w Warszawie miało brzmieć: "Czy jest Pan/Pani za zmianą granic m.st. Warszawy poprzez dołączenie kilkudziesięciu sąsiednich gmin?". Wielkie pieniądze temu, kto udowodni, że to jest dokładnie to samo pytanie.

- To jest to samo pytanie, tylko z drugiej strony. Na co innego zwracamy uwagę - podstawa prawna jest ta sama, czyli ustawa o referendum i uchwała podjęta przez organ, jakim jest Rada Gminy, czyli Rada Warszawy.

Ale wystarczyło wziąć to pytanie z Legionowa, zgłosić uchwałę w Warszawie i nie byłoby wątpliwości.

- Nie, bo pytanie zadawane jest z drugiej strony. Tutaj rozszerzenie, zmiana granic poprzez włączenie do Warszawy 32 bądź 33 gmin - tu też projekt nie był równoznaczny - a tu: czy pojedyncza gmina, czyli Legionowo, ma być dołączona do wielkiej metropolii, superpowiatu, supergminy. Jeszcze do tego pozbawiona tożsamości i własnej niezależności. Oczywiście, że projekt ten sam, ale z drugiego końca patrzą na nią radni, w tym wypadku radni gminy Legionowo. Natomiast niekonsekwencja wojewody, który przy tej samej ustawie jako podstawie zadania tego pytania, uchyla jedno referendum, a drugie dopuszcza. A wie pan dlaczego? Dlatego że wszystkim wydawało się - myślę tu nawet o inicjatorach tego projektu, poseł Sasin mówił przecież o tym wprost - że po prostu nie będzie zainteresowania, że będzie bardzo mała frekwencja.

Panie pośle, można było skonstruować pytanie w taki sposób, żeby zamiast gminy Legionowo wstawić gminę Warszawa i dałoby się. Dobrze pan o tym wie.

- Ale co by się dało?

Podmienić pytanie w referendum.

- Ale to nie w pytaniu jest problem. Wojewoda zanegował podstawę, czyli powiedział, że mieszkańcy powinni zgłosić taką referendalną inicjatywę, a nie organ gminy, co jest błędem, bo w tym wypadku mamy dokładnie uchwałę Rady Miasta.

Kocha pan Europę?

- Cieszę się, że Polska jest w Europie, że jest w tej wspólnocie, przed 1989 rokiem było to naszym marzeniem, a dziś jesteśmy w tym miejscu, które niestety ciągle jest marzeniem np. Białorusinów bitych przez Łukaszenkę, czy Ukrainy gdzie toczy się wojna, czy Rosjan, którzy mają tyranię swojej autorytarnej władzy.

I z tej miłości do Europy maszerował pan w weekend w Warszawie?

- Byłem w Warszawie także na tym marszu, który rozpoczynał się na Placu na Rozdrożu, ale przede wszystkim właśnie dlatego że bici są ci, którzy żądają demokracji na Białorusi, dołączyłem o 12:30 do nich i z nimi byłem tego dnia.

Tam, na Placu Na Rozdrożu, widział pan Grzegorza Schetynę?

- Grzegorz Schetyna chyba był we Wrocławiu, także widziałem warszawiaków...

Nie brakowało panu Grzegorza Schetyny tego dnia w Warszawie, na tym wielkim marszu?

- Każdy świętuje tam, gdzie uważa to za stosowne i tak, jak uważa za stosowne.

Zupełnie inaczej tłumaczył to rzecznik PO Jan Grabiec. On mówił, że nie chcieliście się narzucać w Warszawie na tym marszu.

- Ja uczestniczyłem w tym pochodzie dość krótko, ale on jeszcze nie wystartował wtedy, bo to był wiec na Placu Na Rozdrożu.

To pan nie uczestniczył w marszu.

- W praktyce nie uczestniczyłem, ale dołączyłem do Białorusinów, którzy upominają się o wolność. To uważam za dużo ważniejsze wydarzenie.

Panie pośle, nie jest dziwne, że lider partii, który w swojej deklaracji kilkadziesiąt razy odmienia Europę przez różne przypadki, nie pojawia się w takim symbolicznym momencie na manifestacji w Warszawie, a jedynie dzwoni do pani poseł Róży Thun i prosi, żeby wszystkich pozdrowić?

- I pozdrowiła.

Na to padł komentarz, że czasem nie wystarczy telefon, tylko "ważna jest okoliczność" - mówiła Dorota Wellman.

- Szukanie dziury w całym.

Nie, to nie jest szukanie dziury w całym.

- Nie, gdzie indziej jest problem. Gdy słyszę dzisiaj, że politycy PiS mówią, iż nikt nie chce wyprowadzać Polski z Europy, czy że od zawsze byli Europejczykami i są z tego powodu dumni, to czuję w tym fałsz. Przecież dopiero co przeżyliśmy kompromitację w Brukseli, kiedy to właśnie przez polski rząd, ten reprezentowany przez Prawo i Sprawiedliwość, chciał zrobić wszystko, żeby nie było tej wspólnoty i żeby nie było takiego myślenia wspólnotowego także w Rzymie. Przecież to widać gołym okiem. Jeżeli suweren właśnie tak określa dobrą zmianę, jak mieszkańcy Legionowa, to warto się zastanowić. Jeżeli dziś mamy wyniki sondaży, które na pewno dla Prawa i Sprawiedliwości powinny być jakimś momentem do zastanowienia się, to warto zastanowić się, dlaczego tak jest, że dobra zmiana oceniania jest jako arogancka, jako zła, jako niezgodna z interesami Polski, że polityka szukania wroga - bo wrogiem jest Polak w Unii, wrogiem jest społeczeństwo, które myśli inaczej, jest oceniana źle.

Panie pośle, kiedy Platforma Obywatelska wysłała do prezydenta prośbę, apel, o zwołanie Rady Bezpieczeństwa Narodowego?

- Mówimy o tym od wielu dni.

W mediach. Ale mówię o takiej oficjalnej prośbie, piśmie, apelu.

- Być może i takie stanowisko trzeba zawrzeć, ale przecież nie to jest istotą...

To nie jest istota sprawy, że jeśli się chce coś takiego zorganizować, to należałoby się formalnie zwrócić do prezydenta.

- Prezydent jest Zwierzchnikiem Sił Zbrojnych. Prezydent, który nie zauważa problemu, który związany jest już nie tylko z dezorganizacją armii, ale z takim bardzo konsekwentnym rozmontowywaniem naszego bezpieczeństwa, nie tylko sprzeniewierza się konstytucji, ale przestaje być w ogóle potrzebny. Po co nam Zwierzchnik Sił Zbrojnych, który nie dba o nasze bezpieczeństwo.

Pytanie, co mogłaby zmienić RBN w tej sprawie?

- Byłaby informacja, której dzisiaj żąda, ale żąda listownie. No przecież kwestia tego demontażu polskiej armii i polskiego bezpieczeństwa, jest widoczna gołym okiem. Ponad 30 generałów, w tym trzej najważniejsi generałowie odchodzą. Generałowie Gut, Gocuł i Różański mówią o tym, że nie są w stanie wypełniać obowiązków, które nakłada na nich obowiązek budowania zdolności obronnej armii. Jeżeli nie są zdolni, to jest dzwonek alarmowy i prezydent musi reagować. Natychmiast.

Dowiedz się więcej na temat: Andrzej Halicki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy