Wytrzymać
Czy wybory w Polsce znów wygrają Tusk z Kaczyńskim? Tak, wiem, że tym razem nie startują, choć każdy z nich raz próbował. A mimo to mogą wygrać. I to obaj naraz. Czy to nie jest prawdziwa sztuka?

Porażka Karola Nawrockiego przestała być oczywista. Przez co paradoksalnie będzie bardziej dotkliwa. Jeśli ostatecznie nastąpi. Najbardziej skłonni do rebelii Mateusz Morawiecki i bezrobotny od sierpnia Andrzej Duda nie wydają się być kandydatami na Brutusów. Nie z braku chęci bynajmniej, ale umiejętności i politycznej wagi.
Lepiej spiskować i próbować urządzić się na swoim, czy dalej stać z bronią u nogi, jak gwardia eunuchów przy tronie starzejącego się sułtana? Potwornie trudny dylemat. Bo niby dużo można wygrać, ale jeszcze więcej stracić. A gdy człowiek jest długo w polityce, to wie, że musi być jak kożuch na odstałym mleku. Unosić się na powierzchni.
Sławomir Mentzen, który miał być taranem wybijającym niecierpliwym kolegom drogę do władzy przez drzwi, przy których wartuje omszały zakon PC, ewidentnie oklapł i zamiast robić mijankę z Nawrockim musi zerkać na lewy pas, na którym mruga mu migaczem Hołownia.
W TV Republice program Mentzen.exe zaciął się na zdaniu: "mam największe szanse wygrać z Trzaskowskim w drugiej turze". Raczej "Atak klonów" niż "Nowa nadzieja". Mentzen na tyle podbił oczekiwania, że wynik poniżej 12-15 proc. będzie uznany za porażkę i nie ułatwi mu konsolidacji własnego środowiska, nie mówiąc o ekspansji.
Jeśli wynik Nawrockiego będzie przyzwoity, a Mentzena zmieści się w paśmie fal krótkich lub co najwyżej średnich, wówczas Kaczyński otrąbi zwycięstwo (to znaczy oszustwo), ogłaszając się, po raz 74., moralnym wygranym rywalizacji o status pierwszego męczennika III RP. Co oczywiście zmusi cały zbity PiS do ustawienia się w pokornym szeregu intonującym "Boże coś Polskę" z obowiązkowym "Racz nam wrócić Panie".
Jest dobrze, ale nie beznadziejnie
Nawet szykując się do porażki, prawica wciąż może liczyć na zwycięstwo. O ile rozdrobnienie poparcia dla prawicowych kandydatów w pierwszej turze może nie skumulować się wygraną w drugiej, to jeśli PiS i Konfederacja dotoczą się w miarę niezmienionej konfiguracji do wyborów parlamentarnych (czytaj: jeśli się nie pożrą między sobą i nie podzielą) wówczas mają mają wszelkie szanse, żeby przejąć władzę w 2027.
Tym bardziej, że aktualna koalicja uprawia mimikrę, próbując przekonać Polaków, że w sprawie migracji, nacjonalizacji, wydatków socjalnych, Unii Europejskiej, zielonego ładu, Ukrainy, tradycyjności [niepotrzebne skreślić] Tusk z Trzaskowskim są bardziej prawicowi od PiS-u i bardziej papiescy od papieża.
To dość niezwykłe, nawet jak na erę postpolityki, w której żyjemy, że choć PO doszła do władzy na mobilizacji przeciwko PiS dziś jej polityka, przy fanfarach retorycznych ataków, z których niewiele wynika, polega na przejmowaniu od PiS kolejnych postulatów.
Kaczyńskiego metodą polityczną jest tak zirytować komentariat PO, żeby musieli go zaatakować, tym samym podbijając emocje w elektoracie i aparacie PiS na wybranym przez niego polu. Dokładnie tę samą metodę stosuje Tusk - który stara się wkurzyć tych samych "jajogłowych”, wierząc, że ich oburzenie uwiarygodni go w oczach "normalsów", "milczącej większości" - wyborców, których poparcie jest niezbędne dla zdobycia władzy. A na końcu okładana i poniżana inteligencja i tak zagłosuje na Tuska. No bo na kogo?
Cały pomysł na politykę: "nie musisz mnie kochać pod warunkiem, że nienawidzisz mojego przeciwnika" kończy się tam, gdzie zaczyna się zmęczenie i obojętność. Bo też ile można słuchać o PiS-ie? Na końcu pada pytanie: to po co braliście tę władzę, czy tylko po to, żeby tamci nie rządzili?
Przypomina się obrazek Janka Kozy z "Polityki". Dwóch facetów pod krawatem kopie leżącego na ziemi. Jeden pyta drugiego: "Nie boli go?". Na co ten odpowiada: "To nasz najtwardszy elektorat". Czy wytrzyma? Dowiemy się 18 maja.
Zamiast naśladować metodę Trumpa i grać emocjami, które ożywiają i mobilizują tysiące obywatelskich aktywistów i mikroinfluencerów PO robi wszystko, żeby trzymać się wyimaginowanego środka sceny jak pijany płotu. Tylko że PO nie odbiera PiS i Konfederacji wyborców, za to odrywa się ideowo od własnego zaplecza. Można zapomnieć o mobilizacji z 2023 roku. Przy tych nastrojach raczej należałoby liczyć na niezbyt wysoką frekwencję.
Dwóch kłócących się wujków
W debacie w "Super Expressie" najmocniejsze ciosy padały przeciwko partiom rządzącym Polską od 20 lat. Niemal żaden z polityków nie starał się bronić status quo. O rządzie i ministrach z lewicy najwięcej mówiła Magdalena Biejat, pozostali wydawali się mieć z władzą tyle wspólnego co podmiot liryczny "Taty dilera" z samochodami drogimi. Czyli nic.
Mentzen i Zandberg chcieli wielkich inwestycji, Polski z krzemu i pożegnania się z obecną klasą polityczną. Stanowski machał laurkami i wypominał systemowe niedociągnięcia. Hołownia jak zawsze mówił z miłością o sobie i z wyższością o innych, ale też zachowywał się jak polityczna dziewica (co sam zarzucał Karolowi Nawrockiemu) a nie jak marszałek sejmu z nadania KO-Trzeciej Drogi i Lewicy.
Gdyby oceniać moment historyczny po retoryce wyborczej Polska stałaby na progu rewolucji i obalenia starego ustroju. Tymczasem główne partie mają się dobrze. Małe tracą, ale bynajmniej nie objawia się jakaś nowa siła zdolna nawet nie tyle przewrócić stolik co chociaż zmienić menu i obsługę.
PiS i PO są jak dwóch kłócących się wujów na imprezie, która nie może się skończyć. Siedzą i perorują, jeden przez drugiego. Nie sposób im przerwać. Gdy jeden nabiera oddech, drugi wchodzi mu w słowo. A gdy tylko ktoś próbuje ich odciągnąć, żeby wreszcie zamknąć lokal i pójść do domu, unisono zakrzykują intruza, aż ten jak niepyszny oddala się z podkulonym ogonem.
Choć siły status quo nie mają większości w społeczeństwie każda z osobna, to nie mają jej również zwolennicy zmiany - rozdrobnieni między polityczny plankton, uwikłani w niewygodne polityczne koalicje. Umiejętne zarządzanie społeczną emocją i własnym zapleczem sprawiają, że Tusk i Kaczyński, nawet słabnący, nawet notujący doraźne porażki, i tak pozostają wygranymi.
Postępuje zmęczenie tym, co jest, ale nic nowego nie jest w stanie się objawić. Nie ma warunków, żeby potraktować sprawy publiczne serio. Polityka już tak scyniczała i spsiała, że interesuje nas tylko doraźny spektakl?
Ryglem wrota zwarte
Przyjemnie jest otworzyć drzwi na oścież i odetchnąć, po zaduchu dawno niewietrzonej izby, świeżym nocnym powietrzem. Ale do tego, żeby wyjść na zewnątrz, w mrok, bez światła potrzeba odwagi i determinacji. Nieznane niesie obietnicę. I groźbę.
"Stary świat umiera, a nowy nie może się narodzić. Teraz jest czas potworów" - napisał Antonio Gramsci, w luźnej interpretacji Slavoja Žižka.
Może jednak lepiej zamknąć drzwi. Wrócić do tych samych od 30 lat historyjek opowiadanych z entuzjazmem, jakby były hitem roku. Ciężko wytrzymać. Ale przynajmniej człowiek wie, na co się pisze.
I usiąść grzecznie na swoim miejscu.
Leszek Jażdżewski















