Trzaskowski bliżej wygranej
Debata przybliżyła do prezydentury Rafała Trzaskowskiego. Nie dlatego, że w jakiś spektakularny sposób przygwoździł Karola Nawrockiego albo dlatego, że prezes IPN nie poradził sobie z presją, ale dlatego, że po raz pierwszy od dawna prezydent Warszawy mówił własnym głosem, mobilizował swoich wyborców zamiast próbować nie denerwować wyborców przeciwnika.

Rafał Trzaskowski słabym występem na debacie mógł przegrać prezydenturę. Po I turze, w której przewagę zanotowali kandydaci prawicowi, przy relatywnej demobilizacji elektoratu, który 15 października 2023 odrzucił rządy PiS Trzaskowski, musiał zmobilizować swoich zwolenników i pokazać drogę do zwycięstwa. I to zadanie wykonał.
Nawrocki starał się pokazać się jako kandydat "propolski", przedstawiając swojego przeciwnika jako przedstawiciela wrogiej, popieranej przez międzynarodowe siły, elity. I choć sugerował Trzaskowskiemu związki z Von Der Leyen czy Sorosem a z drugiej strony chodzenie w marszach LGBT, to nie umiał zarysować wyraźnej opozycji "swój" - "obcy", którą PiS tyle razy wygrywał na swoją korzyść. Trzaskowski kontrował zdolnościami do załatwiania ważnych spraw w Unii i na świecie, swoimi kontaktami i kompetencjami - których ludzie od prezydenta oczekują.
Nawrocki był przygotowany do tego, żeby wybronić się z coraz to nowych kompromitujących faktów na swój temat - a to ustawek kibicowskich, a to ciągnącej się za nim sprawy kawalerki czy podejrzanych znajomości w półświatku. Ale zostanie z nami pytanie Trzaskowskiego: czego jeszcze dowiemy się o Nawrockim po 1 czerwca?
Wrażenia
Debata to nie walka bokserska. Rzadko zdarza się nokaut (jak w debacie Biden-Trump, gdzie ten pierwszy ewidentnie nie dawał sobie rady z wypowiedziami). Żaden sędzia nie punktuje rund. "W zdrowiu był remis, w bezpieczeństwie wygrał Trzaskowski, za to w sprawach społecznych górą był Nawrocki" - pozostaje ogólne wrażenie. To, co następnego dnia powtórzy się znajomym przy piwie.
Stojący z uchylonymi ustami, niezbyt lotnie wyglądający Nawrocki vs momentami nieco sztucznie uśmiechający się Trzaskowski. Zdjęcie z pedofilem z wioski archeologicznej - który był po prostu skazanym urzędnikiem dzielnicy, z którym Trzaskowski nie miał żadnych osobistych relacji, vs tajemnicze ustawki z chuliganami i niejasne tłumaczenie się z przejęcia kawalerki od starszego człowieka skazanego za przestępstwa seksualne.
W mniej spolaryzowanym społeczeństwie taki człowiek jak Nawrocki nie miałby najmniejszych szans na robienie kariery, czy to w IPN, czy tym bardziej na kandydowanie na prezydenta. Właśnie na takich ludzi stawia Kaczyński: zbyt słabi, żeby merytorycznie rywalizować, pełni osobistych słabości - mogą realizować się w polityce, w której coraz mniejsze znaczenie mają osobiste walory, a coraz większe ślepa wierność jednemu z obozów.
Wybory
Prezydentura, to dla wyborców coś więcej niż test z partyjnej lojalności: tu głosujemy na konkretnego człowieka. Kogoś, kto będzie nas - indywidualnie - jako obywateli RP reprezentował jako Pierwszy Obywatel - primus inter pares. Ktoś, z kogo będziemy dumni. Za kogo przynajmniej nie będziemy musieli się wstydzić. Przed światem? Też. Choć po Trumpie wstyd przestał być istotną kategorią polityczną. Ale przede wszystkim przed sobą. Kto będzie w stanie realnie sprostać wyzwaniom, których w pamięci większości z nas nigdy nie musieliśmy podejmować.
Wyniki z pierwszej tury wyborów dałyby większość konstytucyjną koalicji Kaczyński-Mentzen-Braun. Zwycięstwo Nawrockiego przybliża realność takiego scenariusza. To wizja dystopijna, państwa zmierzającego w kierunku autorytaryzmu, opresyjnego wobec inaczej myślących, wierzących, kochających. Skłóconego z sojusznikami z Europy, odwróconego od Ukrainy walczącej z Rosją, z gębami pełnymi narodowych frazesów, które - jak w 39 - nie obronią nas przed wrogami.
Stawka
Politykę udało sprowadzić się do kategorii kiepskiego - ale popularnego - show, w którym ocenia się, kto komu lepiej dołożył gadżetem albo zgrabną ripostą, kto ustał, a kto nie wytrzymał. Ale to nie kolejny youtubowy standup udający publicystykę, ale sprawa śmiertelnie poważna.
Nawet jeśli nie możemy oczekiwać, że te stawki jasno i zrozumiale postawią przed nami liderzy opinii, którzy sami sprowadzili się do roli klepiących frazesy influencerów, to my, jako wyborcy, jako ludzie rozumiejący rzeczywistość, musimy sami oddzielić to, co jest informacyjnym szumem, na którym można dobrze zarobić, a tym co jest esencją demokracji.
Nie możemy mieć potem do nikogo pretensji. "To nie tak miało być". "Oszukali nas". Wybór pierwszego czerwca nie jest idealny - żaden wybór taki nie jest. Ale przynajmniej jest jasny. I - jak rzadko kiedy - zależy tylko od nas.
Nie spier... tego.
Leszek Jażdżewski