Reklama

Reklama

Została bez mieszkania i dokumentów

Wyjechali z domu na kilka dni. Wrócić nie mieli już dokąd. Arleta W. i jej dzieci niespodziewanie zostali skazani na tułaczkę.

Młoda mieszkanka Wrześni samotnie wychowuje dwójkę dzieci. Nie mając własnego lokum, w 2008 r. wynajęła mieszkanie w bloku. Mieszkała w nim niewiele ponad rok.

Reklama

- Umowa najmu wygasła mi w maju tego roku, ale nie mieliśmy się gdzie podziać i nadal tam mieszkaliśmy; aż do feralnego dnia w lipcu, kiedy wróciliśmy z kilkudniowych wakacji - opowiada Arleta W. - Wróciliśmy, ale tylko do Wrześni; nie do mieszkania, bo ono było zamknięte na przysłowiowe cztery spusty. Maciej G., właściciel lokum, wymienił zamki w drzwiach, co uniemożliwiło nam wejście do środka. Kiedy zadzwoniłam do niego, żeby dowiedzieć się, dlaczego to zrobił, poinformował mnie, że mieszkam tam bezprawnie, a ponadto jestem mu winna pieniądze. Fakt, miałam zaległości, ale tylko 650 zł. Czy to powód, żeby wyrzucać nas na bruk?

Z informacji przekazanych nam przez Arletę W. wynika, że mimo wielu próśb, właściciel mieszkania pozostawał nieugięty i nie otworzył drzwi do "jej" domu. Mało tego, nie pozwolił też nic z mieszkania zabrać.

- Zostaliśmy wyrzuceni, tak jak staliśmy. Nie miałam dokąd pójść z dziećmi ani w co je ubrać. Przez ponad trzy tygodnie tułaliśmy się po znajomych i rodzinie - dodaje kobieta.

Nasza rozmówczyni znalazła w końcu inne mieszkanie. Szkopuł jednak w tym, że nie miała czym go umeblować, bo - jak utrzymuje - cały dorobek jej życia został w poprzednim domu.

- Wielokrotnie prosiłam Macieja G., żeby wydał nam nasze rzeczy. Błagałam go wręcz o swoje dokumenty, bo nie mam teraz nawet dowodu osobistego czy książeczek zdrowia dzieci. Niestety, nie oddał nam nic. Powiedział, że naraziłam go na duże straty finansowe. Na jakie? Tego nie wiem - mówi Arleta G.

Mając dość spania na materacach i przebywania w pustym mieszkaniu, zdesperowana kobieta kilka dni temu ponownie skontaktowała się z właścicielem mieszkania, które wcześniej wynajmowała. Ku jej zaskoczeniu Maciej G. zgodził się, by zabrała swoje rzeczy.

- Powiedział, że wszystkie meble stoją w piwnicy, że mogę je zabrać w sobotę o godzinie 9.30. - mówi Arleta W. - Nie mogłam w to uwierzyć, byłam taka szczęśliwa...

Niestety, szybko się okazało, że radość kobiety była przedwczesna.

- Byłam już prawie na miejscu, kiedy Maciej G. poinformował mnie telefonicznie, że nie mam po co tam przychodzić, bo... zostałam okradziona - mówi. - Stwierdził, że nie dysponuje już żadnymi moimi rzeczami. Nie zastanawiając się długo, poinformowałam o wszystkim policję. Zgłosiłam, że Maciej G. przywłaszczył sobie moje rzeczy.

Tymczasem właściciel mieszkania twierdzi, że wszystkie meble oraz inne rzeczy pozostawione przez kobietę w lokalu... nadal tam są.

- Nic nie zginęło - zapewnia Maciej G. - Wstawiłem wszystko do jednego pokoju i tam czeka na panią Arletę. Okradziono tylko piwnicę. To mnie zależy, żeby ta pani odebrała swoje rzeczy, bo blokują mi mieszkanie. Przecież nie wyrzucę ich na śmietnik, a z nimi nie mogę nikomu wynająć tego mieszkania.

Chcieliśmy sprawdzić, czy Maciej G. mówi prawdę, czy nadal dysponuje rzeczonymi meblami. Niestety, nie chciał nam ich pokazać, twierdząc, że nie rozumie dlaczego się tym zajmujemy, że od takich spraw jest policja i sąd.

Słowa Macieja G. szybko znalazły potwierdzenie w rzeczywistości; z informacji uzyskanych w Komendzie Powiatowej Policji we Wrześni wynika, że funkcjonariusze zajmują się już tą sprawą.

W poniedziałek wrzesiński OPS skierował Arletę W. do Fundacji "Podaruj Ciepło". Dzięki natychmiastowej pomocy mieszkanie kobiety zostało wyposażone w niezbędne rzeczy. W końcu przypomina prawdziwy dom.

Dorota Tomaszewska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne