Reklama

Reklama

Piekarnia wspólników

Andrzej Sójka i Henryka Radziszewska, przyjaciele od lat, zbliżeni wiekiem, prawie dwadzieścia lat temu rozpoczęli wspólną działalność. Ich dzieło to piekarnia i sklep na ul. Sienkiewicza w Krotoszynie.

Był to czas, kiedy prywatyzacja stawiała pierwsze kroki. - I z tego wziął się pomysł, żeby zacząć pracować na własną rękę - mówi pani Henryka zwracając się do wspólnika - pamiętasz, jak zapożyczyliśmy się wtedy?

Reklama

Andrzej postawił wszystko na jedna kartę, razem ze swoją żoną Hanną, postanowili zwolnić się z pracy. Pracował wtedy w PSS Społem, jako kierownik piekarni - Miałem pewną posadkę i byłem ostatni do zwolnienia w razie czego. Pani Henryka również złożyła wymówienie, pracowała jako księgowa w sp

ółdzielni rzemieślniczej, jej mąż wówczas był kierownikiem w innej z piekarni. - Rzuciłam robotę faktycznie w ciemno, ale mąż został u siebie, gdyby się nie powiodło...

Potrzebowali sporą sumę pieniędzy, aby zapłacić właścicielowi wadium, a za chwilę była już pierwsza spłata raty - To była masakra - śmiejąc się mówi Andrzej - Latałem z pożyczkami, tu pożyczyłem na dwa tygodnie, a za dwa tygodnie gdzieś indziej, żeby spłacić poprzedniego.

Problem z pracownikami

W pierwszych latach wypiekiem chleba trudnił się tylko Andrzej ze swoim ojcem, również piekarzem. - Byłem tak zmęczony, że czasem nie wiedziałem, czy do piekarni przyjechałem samochodem, czy przyszedłem na pieszo. Pracowałem po szesnaście godzin, musiałem też przychodzić zarobić kwasy. Początki nie były fajne, ale z czasem było ekstra, kolejki za chlebem do Słodowej...

- Nie było żadnych ludzi do produkcji, każdy bał się, mówili, że u prywatnego może nie być ani wypłaty, ani roboty, a może i ZUS nie opłacony. Ludzie byli wtedy niedoinformowani i niechętnie zwalniali się z państwowej posady - mówi pani Henryka. Nawiązuje i do obecnego czasu, stwierdza, że i teraz problem nie jest mniejszy - Z ludźmi jest ciężko, jest to duży problem, a podobno jest bezrobocie. Mnóstwo piekarzy przekwalifikowało się do innych zawodów i nie chcą wracać. Poza tym nie szanują pracy, przychodzą na przykład na dwa, trzy dni, potem kilka dni po prostu ich nie ma. Są też tacy, co mówią, że pracowali w piekarni i wiedzą, o co chodzi, natomiast w praktyce wygląda to zupełnie inaczej. W ich zakładzie naukę w zawodzie ukończyło około dziesięciu uczniów.

Stare receptury

Chleb wypiekany jest wg starych tradycyjnych metod bez używania polepszaczy. - Nie stosujemy ich, nie o to chodzi, żeby karmić ludzi chemią. Nasza stugramowa bułka, nie jest rozdmuchana, podobną bułkę można kupić np. w markecie, ale ona będzie ważyła o połowę mniej - mówi mistrz. Bardzo dobrze wiedzą, co zrobić, aby pieczywo miało dobry smak i wygląd. Przygotowywaniem kwasów zajmuje się tylko pan Andrzej. - I to jest ta sprawa najważniejsza, jest to pracochłonne, czasochłonne, ale daje efekt - mówi.

Na początku w sklepie można było kupić tylko chleb, kanapki i bułki, nie można było zwiększyć produkcji. Z czasem asortyment się poszerzał, a w tej chwili oprócz chleba i bułek piekarnia ma bogatą ofertę ciast, bez kremowych, są też pizzerki.

Bywają też problemy

Gros wysyłek odbywa się wcześnie rano, czasem jest to pewien problem. - Produkcja jest ustawiona, a tu masz, kiepski węgiel, nie chce się palić, trzeba zrobić przerwę w pracy, a odbiorcy rano podjadą. Zdarza się też problem z mąką, nie z każdej wyjdzie chleb, a dziś klient jest wrażliwy, nawali się raz i do widzenia. Mieliśmy też taką sytuację, rano wyjeżdża transport po wsiach, a tu drogi zasypane, nie odśnieżone, wtedy człowiek robi wszystko, żeby zaopatrzenie dotarło na czas. Trzeba się poświęcić, żeby sprzedać, bo jak nie sprzedasz to zapomnij o zysku.

Pytam fachowca, po czym poznać wypieczony chleb? - W dobrze wypieczonym jest popękana skórka i niekoniecznie on musi być ciemny. Można również popukać go od spodu, jeśli będzie głośno, to znaczy, że jest w porządku - odpowiada. Dziś zatrudniają pięć osób. - U nas nie ma traktowania z góry, tu spędza się część życia. Jak trzeba potańczyć na ścierce, to wszyscy to robimy - mówi kobieta.

O czym marzą, co lubią?

Pani Henryka: - Kiedyś marzyłam, że jakbym wygrała w totolotka to postawiłabym taką ładną nową piekarnię, a znajomi mówią: "Po co, przecież nie musiałabyś pracować". A ja im mówię, że fajnie byłoby być na swoim. My jesteśmy pokoleniem, które ceni sobie pracę i lubi pracę. Nie wyobrażam sobie siedzenia w kapciach przed telewizorem. Chciałabym podróżować, a z takich realnych to muzyka lat siedemdziesiątych, osiemdziesiątych. Spogląda na wspólnika, bo - jak wynikło z późniejszej rozmowy - mają fajne wspomnienia. Pan Andrzej: - Moje hobby, to jest to co robię, lubię to, trafiłem w zawód. Gdy są dwa dni świat, to w drugi dzień już nie wiem, co z sobą zrobić. Lubię jeszcze ogródek, ale go nie mam, jak miałem to spędzałem w nim wiele czasu.

Ich chleb i wypieki można kupić w kilku miejscach w Krotoszynie, dowożony jest też na wsie w obrębie piętnastu kilometrów, a także w sklepie na miejscu, który jest czynny już od godz. 5.00 rano. A dlaczego tak wcześnie? - Tak zostało, kiedyś dużo ludzi, szczególnie kobiet pracowało w pobliskiej szwalni i wtedy wchodzili po świeże bułeczki przed pracą - odpowiadają.

Bożena Maćkowiak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama