Reklama

Reklama

Kobiety, które przeżyły obozowe piekło

Janka, Janeczka, Stefa i Joasia. Cztery niezwykłe kobiety. Poznały się kilkadziesiąt lat temu. W Polsce szalała wojenna zawierucha. Hitlerowcy nakręcali spiralę nienawiści i pogardy dla drugiego człowieka, a między nimi rodziła się przyjaźń. Uczucie wielkie i wspaniałe, któremu pozostały wierne do dziś.

Nie sposób opisać wszystkiego, co razem przeszły. Był obóz koncentracyjny i trudne, powojenne lata.

Udowodniły jednak, że nawet w piekle można pozostać przyjacielem...

Warszawa, rok 1940

- Pamiętam dzień, w którym wychowawczyni przyprowadziła do klasy dwie dziewczynki wywiezione wraz z rodzinami z poznańskiego - Jankę z Koźmina i Stefę z Leszna. Być może dlatego, że moja mama pochodziła z okolic Leszna, z Jezierzyc Kościelnych, szybko się zapoznałyśmy i poczułyśmy do siebie sympatię. Potem dołączyła do nas jeszcze Janeczka z Poznania. Spędzałyśmy razem wolny czas, coś nas do siebie ciągnęło - wspomina Joanna Kiąca - Fryczkowska, obecnie leszczynianka, która w stolicy znalazła się już w 1935 roku z racji pracy swojego ojca, mechanika silników lotniczych.

Reklama

Dziewczyny miały po 12 lat. Janka była trochę czupurna. Lubiła mieć odrębne zdanie, ale potrafiła je uargumentować. Stefa z kolei była niezwykle łagodna i delikatna, zarówno z charakteru, jak i postury, a poza tym bardzo opiekuńcza w stosunku do innych. Joasia inteligentna i towarzyska, zawsze otwarta na nowe, a Janeczka najbardziej wesoła z całego towarzystwa; śmiała się pięknie, perliście i zarażała tym śmiechem innych.

- Nigdy nie było między nami żadnej rywalizacji. Nigdy - podkreśla leszczynianka. - Jedna za drugą poszłaby w ogień, a bywały chwile niebezpieczne, pełne grozy.

Warszawa, rok 1944

Wszystkie należały do harcerstwa, a dzięki Janeczce zostały przyjęte do Szarych Szeregów. Chodziły razem już nie tylko do szkoły, ale też na tajne zbiórki, gdzie szkolono je na łączniczki. W lutym 1944 roku złożyły przysięgę żołnierską i zostały wcielone do Armii Krajowej.

- Terror narastał. Publiczne egzekucje, aresztowania, łapanki na ulicach. Coraz głośniej mówiło się o Oświęcimiu i innych obozach koncentracyjnych. Nie sposób było pozostać biernym - wyjaśnia Joanna Kiąca - Fryczkowska.

Podczas Powstania Warszawskiego cała czwórka została przydzielona do jednej placówki. Miały utrzymywać łączność między Ochotą a Śródmieściem. Gdy losy powstania wydawały się już przesądzone, było im naprawdę ciężko. Zaczęło brakować żywności. Nie milkły strzały i wybuchy granatów.

- Niemcy zgodzili się, aby w określonych godzinach ludność zajętej przez nich części dzielnicy, których powstanie zastało na ulicy, mogła wrócić do domów. Janeczka mieszkała niedaleko. W porozumieniu z dowództwem z uniesioną w ręce białą chustką opuściła placówkę. Patrzyłyśmy na nią z niepokojem. Na szczęście dotarła do domu. Dla Janki, Stefy i mnie było to niemożliwe... - urywa zdanie leszczynianka.

Ravensbrück, rok 1944

17 - letnie Joasia, Janka i Stefa po spacyfikowaniu przez Niemców Woli i Ochoty znalazły się w pociągu towarowym do Ravensbrück, gdzie znajdował się obóz koncentracyjny dla kobiet. O okropnościach, jakie hitlerowcy przygotowali osadzonym tam więźniarkom, historycy napisali już grube tomy.

- Nie rozmawiałyśmy o tym wówczas, ale tkwiła w nas podświadoma wiara w to, że przeżyjemy tylko, jeśli będziemy trzymać się razem. Najbardziej bałyśmy się rozdzielenia - wyznaje pani Joanna.

Codziennie ocierały się o śmierć i codziennie wieczorem dziękowały Bogu za podarowany im dzień. Różaniec prowadziła Stefa, która najgorzej znosiła trudy obozowego życia. W barakach roiło się od robactwa, a ona po każdym ukąszeniu miała odczyn zapalny.

- Pewnego dnia Niemcy wybierali kobiety do pracy w fabryce zbrojeniowej. Rozdzielili nas uznając, że Stefa jest zbyt wątła i słaba. Ona pod koniec selekcji podeszła do stołu, przy którym siedzieli hitlerowcy i po niemiecku powiedziała, że jest silna i może pracować pokazując przy tym swoje wynędzniałe bicepsy. Bałyśmy się strasznie, bo przecież mogli ją zastrzelić - wspomina J. Kiąca - Fryczkowska.

Na szczęście tak się nie stało. Dziewczyny przez całe piekło przeszły razem. Podtrzymywały się na duchu, w razie potrzeby leczyły i pomagały sobie. Po kolejnych selekcjach przyjaciółki przetransportowano do innych obozów. Oswobodzono je, gdy były w najstraszniejszym z możliwych miejsc - Bergen - Belsen.

Włochy, rok 1945

Z Niemiec przyjaciółki trafiły do korpusu generała Andersa, który stacjonował we Włoszech. W słonecznej Italii zostały otoczone opieką i pod okiem wyśmienitych polskich intelektualistów kontynuowały edukację.

- Nauczycieli mieliśmy fantastycznych - zapewnia J. Kiąca - Fryczkowska. - Udało mi się tam zrobić małą maturę. W 1946 roku cały korpus został przetransportowany do Wielkiej Brytanii. Janka, Stefa i Joasia, które miały wówczas po 19 lat, wciąż trzymały się razem. Po roku zdecydowały, że wracają do ojczyzny.

- Zostałam wychowana w duchu patriotycznym. Chciałam wrócić do Polski. To z nią wiązałam swoje plany - tłumaczy dziś leszczynianka.

Poznań, rok 1947

Po powrocie do kraju wszystkie znalazły się w Poznaniu, gdzie była już Janeczka, wówczas studentka pierwszego roku farmacji. To ona pomogła im odnaleźć się w realiach "nowej Polski".

- Chciała, abym przed złożeniem dokumentów na studia, pokazała jej swój życiorys. Poprawiła go, wykreślając między innymi przynależność do AK. Dzięki niej nie tylko dostałam się na wymarzone studia medyczne, ale też uniknęłam szykan i prześladowania, a może nawet uratowałam życie. Bardzo mi w tym czasie pomogła, wiele jej zawdzięczam - uważa pani Joanna. Stefa i Janka nie poszły na studia. Znalazły pracę, obie w administracji.

- Byłyśmy ze sobą blisko nawet po założeniu rodzin. Stefa została chrzestną mojej córki, a ja jej - dodaje J. Kiąca - Fryczkowska.

Boszkowo, rok 2012

Dziś Joanna Kiąca - Fryczkowska każdą wiosnę i lato spędza w Boszkowie. Ma tam dom, w którym niejednokrotnie gościła swoje przyjaciółki. W myślach przygotowuje się już do wyjazdu do Warszawy. 1 sierpnia, w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego, nie może jej zabraknąć w stolicy. Czuje potrzebę obecności na Cmentarzu Powązkowskim. Jeszcze nie tak dawno wszystkie tam jeździły... Teraz dwóch na pewno zabraknie.

- Janka od 10 lat jest przykuta do łóżka. Jako jedyna z nas nie wyszła za mąż, mieszka z siostrą w Jarocinie. Odwiedzamy ją raz lub dwa do roku. Niestety, choroba postępuje. Ostatnio już nas nie poznała - ze smutkiem stwierdza pani Joanna. - Janeczka mieszka z córką pod Warszawą. Zmaga się z Alzheimerem. Ostatni raz widziałam ją dwa lata temu. To było bardzo wzruszające spotkanie. Stefa mieszka w Poznaniu. Jest w dobrej kondycji, jeśli zdrowie jej pozwoli na pewno przyjedzie.

Anna Machowska

Reklama

Reklama

Reklama