Reklama

Reklama

Kłamliwy głos z telefonu

- To był sympatyczny blondyn koło trzydziestki - zeznała Marianna M. z Rawicza. Dała mu 4600 euro w białej kopercie. Wziął pieniądze, grzecznie się pożegnał i zniknął.

Ani ona, ani jej mąż Antoni nie znali tego człowieka i nigdy wcześniej o nim nie słyszeli. Ale dali mu pieniądze, bo prosił ich o to przez telefon Marek, ich syn. O tym, że to nie był ich syn, dowiedzieli się dopiero kilka godzin później. Ale rano, gdy pan Antoni odebrał telefon, nie miał wątpliwości, kto dzwoni, choć zachrypnięty mężczyzna po drugiej stronie słuchawki powiedział tylko: "Dzień dobry, to ja".

Reklama

Witaj synu

- Marek?! - ucieszył się pan Antoni.

- Tak tato, to ja Marek - usłyszał.

A potem rozmowa potoczyła się tak, jak sobie zaplanował zachrypnięty.

- Powiedział, że mam mu przywieźć do Leszna na ul. Poznańską 15 tys. zł - opowiada pan Antoni. Miał pieniądze, bo Marek, który przez kilka lat pracował na budowach za granicą, u rodziców trzymał oszczędności: 4600 euro. Pan Antoni bez zbędnych pytań zaczął się szykować do drogi, ale po chwili znowu zadzwonił telefon. To był znowu Marek.

- Tym razem powiedział, że mam jednak nie przyjeżdżać, że on przyśle kogoś po pieniądze - relacjonuje Antoni M. - Powiedział, że to będzie jego znajomy Tadeusz Wrona. Odpowiedziałem, że będziemy czekać.

Czekała jednak tylko pani Marianna, bo jej mąż, wiedziony wewnętrznym niepokojem, jednak wsiadł w auto i z Rawicza pojechał do Leszna na ul. Poznańską. Dopiero, gdy dotarł na miejsce i okazało się, że takiego adresu na ul. Poznańskiej wcale nie ma, domyślił się, że chyba zostali oszukani. Było już jednak za późno.

Kilka minut po wyjściu pana Antoniego z mieszkania do domofonu zadzwonił wysłannik Marka. Przedstawił się jako Wrona Tadeusz i poprosił, żeby pani Marianna przyniosła mu pieniądze na dół. Dała mu banknoty w białej kopercie:

- Spytałam o pokwitowanie, ale on odpowiedział, że nie ma - opowiada kobieta. - Uśmiechnął się sympatycznie i odszedł.

To było 17 października 2008 roku.

Witaj ciociu

Cztery dni później, inna mieszkanka Rawicza, 85-letnia Dagmara G. niemal w identyczny sposób straciła 12 tys. zł. Do niej też zadzwonił zachrypnięty mężczyzna:

- Zosiu, jestem w Lesznie.

- Krzysiu?! - ucieszyła się pani Dagmara mając na myśli swojego siostrzeńca z Koszalina.

Głos natychmiast potwierdził, a potem powiedział, że robi w Lesznie interesy, ale zabrakło mu 18 tys. zł. Na co mu są potrzebne, powiedzieć nie może, ale wyjaśni wszystko później. Ciocia Dagmara miała tylko 12 tys. zł (wliczając w to lokatę w banku, którą mogła zlikwidować), ale to go urządzało. Umówili się, że za godzinę przyjedzie do niej znajomy Krzyśka niejaki Tadeusz Wrona i poda hasło: "Jestem od Krzysztofa i przyjechałem po przesyłkę do niego".

Było dokładnie tak, jak zapowiedział Krzysiek. Pani Dagmara przekazała Wronie pieniądze w białej kopercie. Coś jej jednak nie dawało spokoju. No bo po pierwsze kwota spora, a po drugie Krzysiek od dawna się nie odzywał, a tu nagle taka prośba. Telefonując po rodzinie szybko ustaliła, że tak naprawdę Krzysiek wcale nie ruszał się z Koszalina i nie był w Lesznie w interesach, tylko na swojej działce pod miastem obrywał owoce. Nazajutrz, gdy już częściowo wyszła z szoku, udała się na rawicką komendę policji.

Wrona, czyli Tobiasz K.

Dobrze zrobiła, bo w ciągu godziny na zdjęciach, które pokazali jej policjanci, rozpoznała Tadeusza Wronę. Wprawdzie nie nazywał się Wrona, tylko Tobiasz K., ale to był na pewno on. Zresztą wszelkie wątpliwości rozproszyła Marianna M., która także rozpoznała w nim rzekomego emisariusza od syna.

Tobiasz K. mieszka w Mosinie, a winę zwalał na Ciabaka i jego żonę Ciubkę (takie pseudonimy nosi małżeństwo, które zna).

- Kiedyś przyjechał do mnie Ciabak swoim mercedesem okularnikiem i zaproponował pracę - zeznał Tobiasz K. policji. - Kupił mi komórkę i kazał czekać na telefon. Potem zadzwonił jakiś facet i spytał, czy będę dla niego odbierać pieniądze od ludzi. Zgodziłem się, ale nie wiem, za co były te pieniądze.

Cześć, tu Andrzej

Policja nie miał problemów z ustaleniem tożsamości wspólników: Ciabak to Andrea Ł., Ciubka to jego żona Sylwia W. Początkowo zaprzeczali, a nawet próbowali najpierw zastraszyć Tobiasza K. spaleniem i pobiciem, a potem przekupić obiecując adwokata jeśli tylko zmieni zeznania. Ostatecznie jednak oboje przyznali się do winy, choć w swojej wersji.

A według ich wersji cała winę ponosił niejaki Andrzej. Problem w tym, że Andrzeja nie widzieli na oczy. Znali tylko jego głos, bo się z nimi kontaktował przez telefon.

- To on mówił, dokąd trzeba jechać - tłumaczył Andrea Ł. - Myśmy wysyłali Tobiasza, a on przywoził nam pieniądze i dostawał działkę. Sobie zostawiałem 500 zł, a resztę dawałem kurierowi od Andrzeja.

Wiadomo, że Tobiasz K. był w Pile. Wolsztynie, Chodzieży, Rawiczu, Bydgoszczy, Sulechowie, Lesznie. Według prokuratury szajka dokonała co najmniej 5 oszustw i wyłudziła od starszych ludzi co najmniej 36.000 zł.

Sąd Rejonowy w Rawiczu skazał Andreę Ł. na rok i 8 miesięcy więzienia, Sylwię W. na rok i 4 miesiące w zawieszeniu na 4 lata. Sąd dał im 2 tygodnie czasu na zwrot pieniędzy. Wyrok jest już prawomocny. Proces Tobiasza K. wciąż trwa.

Arkadiusz Jakubowski

PS. Imiona i inicjały poszkodowanych osób zostały zmienione.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL