Reklama

Reklama

Bił prosto w ranę

Roman M. z Wojnowic wrócił do domu. Jak zwykle w piątek wieczorem. Jak zwykle pijany. Domagał się obiadu, ale nie chciał dać pieniędzy na zakupy. Wpadł w szał.

...zaczął dusić żonę, drugą ręką uderzał ją w głowę, prosto w ranę po operacji tętniaka. Krótko potem stracił wszystko - rodzinę i własny kąt. Sąd nakazał oprawcy wyprowadzić się i nie wskazał mu żadnego lokalu. Takie jest nowe prawo, które chroni ofiary przemocy domowej.

Reklama

Umrze w takim stresie

- Co ja mam zrobić, jak tata będzie chciał cię zabić? - Andżelika M. (20 lat) pytała mamę w każdy piątek, gdy ojciec miał wrócić z delegacji.

Teresa M. z Wojnowic przez 20 lat znosiła męża pijaka, jego wyzwiska, awantury, bicie i biedę, którą serwował rodzinie. Roman nie mówił do niej po imieniu, tylko: "s..., małpo, stara k..., Babo Jago, wiedźmo". Wychowywała czwórkę dzieci, na czarno dorabiała w polu u gospodarzy.

- Komornik zabierał mężowi z renty na mandaty i grzywny, więc pożyczałam pieniądze na jedzenie dla dzieci. Potem mąż mówił, że jak narobiłam długów, to mam sama je oddać - Teresa M. (54 lata) zeznała w prokuraturze. - Wreszcie zgadzałam się na wszystko, żeby tylko dać dzieciom coś jeść.

W 2004 roku pani Teresa dostała wylewu, przeszła operację tętniaka mózgu. Ma nadciśnienie, w każdej chwili może dojść do drugiego wylewu. Lekarze ostrzegają, że stres może ją zabić.

- Gdy mama wróciła ze szpitala, ojciec ciągle groził, że ją "walnie w łeb" - zeznała Justyna T. (33 lata).

Roman M. spełnił groźby w sierpniu 2007 r. W domu nie było obiadu, więc jedną ręką dusił Teresą, drugą uderzał ją w miejsce, gdzie była operowana.

Wstyd na wsi

- Dziwiłam się, że mimo brania silnych leków, stan pacjentki w ogóle się nie poprawia, narzekała na ból głowy, ciągle miała nadciśnienie.

Dopiero po pięciu latach wizyt przyznała się, że jej mąż znęca się nad rodziną. Ale wstydziła się zgłosić to na policję - mówiła lekarka z ośrodka zdrowia w Osiecznej.

Dzieci państwa M., które zeznawały na policji, nie ukrywały szczegółów. Dziś są dorośli i mieszkają poza Wojnowicami, ale nadal cierpią przez ojca. Mają nerwice i lęki.

- Ojciec ciągle groził, że zabije mamę. Już jako dzieci chowaliśmy ze strachu noże - wspomina Justyna T.

- Teść po trzeźwemu nie rozmawia, dopiero po alkoholu rozwiązuje język. Wygląda tak, jakby on nienawidził teściowej - uważa Małgorzata M. (35 lat), synowa.

- Zawsze był agresywny do mamy, a teraz jeszcze do naszej najmłodszej siostry, która mieszka z rodzicami - zeznał najstarszy syn Jacek M. (35 lat).

- Nie było zgłaszania, bo mama liczyła, że on się zmieni. Zresztą w takiej małej miejscowości to wstyd, jak przyjeżdża policja.

- Gdy mówiliśmy mamie o rozwodzie to twierdziła, że ja muszę mieć ojca. Chyba było jej go szkoda, ale teraz zaczęła się porządnie bać - uważa Andżelika.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje