Reklama

Reklama

Andżelika przepadła bez śladu 25 lat temu. Pojawił się nowy trop

10-letnia Andżelika Rutkowska w styczniu 1997 r. wyszła na podwórko pobawić się z dziećmi. Wtedy bliscy widzieli ją po raz ostatni. Trzy miesiące później prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie uprowadzenia dziewczynki, po 10 latach zniszczono akta sprawy, a rodzina została sama ze swoim dramatem. Kilka tygodni temu bliscy dostali przełomową dla nich wiadomość - niemieccy policjanci chcieli przesłuchać osobę, która może mieć sporą wiedzę na temat zaginięcia dziecka. Rozpaloną nadzieję szybko swoją decyzją zgasił polski prokurator.

- Boję się najgorszej prawdy. Jeśli odnajdę jej szczątki, to ją pochowam. Co będzie później, nie wiem. Szukam jej przez pół swojego życia. Myślę, że człowiek może dużo znieść. Miewam czasem stany załamania. Czasem sobie nie radzę. Brakuje sił. Coś jednak pcha mnie do przody - opowiada Izabela Jankowska, chrzestna Andżeliki.

To ona, jak mówi, wymodliła swojej siostrze dziecko. Później poprosiła Matkę Boską, aby to była dziewczynka. Wybrała jej imię. Traktowała jak córkę. Od ćwierć wieku szuka prawdy o jej losie.

Dopóki nie ma ciała, jest nadzieja. - Wyobrażam sobie, że stoję w kuchni. Otwierają się drzwi, a w nich stoi kobieta. Łzy zaczynają mi spływać po policzkach. Ostatni raz widziałam ją, gdy była dzieckiem. Brakuje słów. Utykają w gardle. Tulimy się - mówi.

Reklama

Kilka tygodni temu nadzieja znów odżyła, kiedy odezwali się niemieccy policjanci. 

Granatowa kurteczka

W piątek 31 stycznia 1997 r. Izabela Jankowska przyszykowała swojego kilkumiesięcznego syna do wizyty u lekarza. Dziewczynka chciała iść z ciocią. - Będziesz się nudzić - odpowiedziała kobieta. Po latach zadaje sobie pytanie: co by było, gdybym ją wtedy ze sobą zabrała...

Przeczytaj również: Tajemnicze zabójstwo Pawła. Po jego śmierci zniknęły ubrania żony 

Dziewczynka mieszkała z dziadkami w kamienicy przy ul. Mickiewicza w Kole. Jej mama 30 metrów dalej, w starym budynku. Do pobliskiej Warty nie zbliżała się za często, bo bała się wody. Nawet zamoczenie stóp do kostek było wyzwaniem. Świat dziecka wyznaczały cztery ulice: Kajki, Jasna, Pułaskiego i Mickiewicza. To tutaj bawiła się na podwórku lub pobliskim placu zabaw.

Po rozmowie z ciocią dziewczynka zdecydowała, że wyjdzie pobawić się z rówieśnikami. Założyła granatową kurteczkę, która na obu rękawach miała paski koloru czerwonego. Założyła dresowe spodnie z białym napisem wzdłuż jednej z nogawek, do tego wełnianą czapkę koloru miodowego i brązowe trapery. To wszystko wiemy z policyjnej dokumentacji.

Czerwona teczka

W domu pani Izy do dziś znajduje się czerwona teczka. A w niej własnoręcznie sporządzone zapiski (z kim porozmawiać i co sprawdzić), wycinki z gazet, zdjęcia, zeszyt do religii, plakat informujący o poszukiwaniach.

Pierwsze notatki umieścił w niej dziadek dziewczynki Czesław Przyłębski. To on pierwszy spostrzegł, że Andżelika długo nie wraca. Była godz. 16, kiedy skończył przygotowywać obiad dla wnuczki. Krewni postanowili poszukać dziewczynki. Być może zasiedziała się u którejś z koleżanek albo nadal bawiła się na pobliskim placu zabaw - myśleli. Zapytali sąsiadów. Jeden z nich widział dziewczynkę o godz. 15 na skrzyżowaniu ul. Kajki i Pułaskiego.

Zobacz rónież: Ania wyszła ze szkoły i zaginęła. Jaką tajemnicę skrywa Simoradz?

O godz. 19 mama i dziadek zgłosili zaginięcie na pobliskim komisariacie. Rodzina poprosiła o psa tropiącego, ale policja odmówiła, bo suka miała cieczkę. Funkcjonariusze zasugerowali, że dziewczynka mogła się utopić w pobliskiej Warcie. Na miejsce nie wezwano jednak płetwonurków. Rzeka zostaje przeszukana jedynie z pokładu niewielkiej łodzi.

Jasnowidzowie

Rodzina szukała pomocy wszędzie. Po zaginięciu poszli do jasnowidzów. Jeden z nich wskazał opuszczoną posesję w Kole, gdzie dziewczynka miała być przetrzymywana. Inny powiedział, że dziecko było obserwowane i zwabiono je do samochodu, po czym zamknięto w piwnicy i wmawiano jej, że została sprzeda przez rodzinę. Kolejny miał wizję dziewczynki z łańcuszkiem (takim, jaki miała Andżelika). Jego zdaniem miała przebywać na dworcu we Włocławku.

Bliscy spędzili tam tydzień, nocując w samochodzie. Nie natrafili na żaden trop. O wizjach jasnowidzów rodzina poinformowała policjantów. Śledczy we Włocławku znaleźli osoby, które rozpoznały dziewczynkę. Ta zdaniem świadków miała się błąkać przez kilka dni od stolika do stolika w dworcowym bufecie.

Przeczytaj także: Zabójcze trio kobiet. "Lukrecja szeptała: wytrzymajcie jeszcze trochę" 

W kwietniu 1997 r. prokurator umorzył dochodzenie "w sprawie pozbawienia wolności wobec niestwierdzenia przestępstwa". Śledczy wykluczyli wersję o utonięciu. Zdaniem prokuratora Andżelika faktycznie była widziana we Włocławku.

Jak zdaniem śledczych dziewczynka pokonała 70 km, które dzieliły Koło od Włocławka? Dlaczego przez kilka dni nikt nie zainteresował błąkającym się po dworcu dzieckiem? I jeśli rzeczywiście była to Andżelika, to co się z nią stało potem? Na te pytania nie znaleziono odpowiedzi. 

Po latach zapoznanie się z prokuratorskimi aktami jest niemożliwe. Zostały one zniszczone 10 lat po zaginięciu.

Tajemnica skrywana przez mieszkańców

W Kole nadal żyje wiele osób, które pamiętają wydarzenia sprzed lat. Na przestrzeni ostatnich trzech lat rozmawialiśmy z nimi kilkukrotnie.

Andżelika Rutkowska w okresie poprzedzającym zaginięcie spędzała czas z trójką kolegów: Rafałem T., Igorem K. i Marcinem P. Wiemy to z zapisków dziadka dziewczynki. Po latach potwierdziły to inne osoby.

Po zaginięciu dziewczynki cała trójka twierdziła, że nie widziała jej feralnego dnia. Przeczy to opowieści Jerzego S. Mężczyzna miał widzieć Rafała, Igora i Andżelikę na skrzyżowaniu ul. Jasnej i Kajki. Po zniknięciu dziecka próbował o tym rozmawiać z Igorem, ale od tamtej pory chłopcy go unikali. Informację przekazał panu Przyłębskiemu. Po latach tę wersję potwierdził w rozmowie z nami.

Grupę dzieci tego samego dnia widział inny mężczyzna, który przejeżdżał przez most na Warcie. Ten znajduje się niedaleko domu dziewczynki.

"Utopiła się"

Z notatek pozostawionych przez Czesława Przyłębskiego można się dowiedzieć, że w dniu zaginięcia jego wnuczka poszła do domu rodzinnego Igora K. Zapytał o to chłopca, ale ten zaprzeczył. Jego siostra Magdalena twierdziła natomiast, że jej brat jeździł z Andżeliką tego dnia razem na rowerku. Dziewczynka miała wyjść z domu K. o godz. 18.30. Magdalena zapytana o to ponownie kolejnego dnia zaprzeczyła.

Z Igorem K. dzień po zaginięciu rozmawiała Ewa W. Chłopiec przyszedł odwiedzić jej syna. Zapytany o to, co stało się z Andżeliką, odpowiedział, że dziewczynka się utopiła. Według słów chłopca świadkiem tego miał być Rafał T.

"Bardzo dużo płakał"

T., jak opowiadają nasi rozmówcy, przez kilka dni po zaginięciu 10-latki bardzo dużo płakał. Szczególnie, kiedy pytany był o to, co stało się z Andżeliką.

Podczas rozmowy z psychologiem Rafał T. miał powiedzieć, że nieprawdą jest to, co mówi Marcin P. (trzeci z chłopców). P. miał twierdzić, że Rafał T. wziął Andżelikę nad Wartę i wepchnął ją do wody. Kiedy ta wyszła, została wrzucona drugi raz. Śledczy nigdy nie podążyli tym tropem.

Co ciekawe relacja Rafała T. i Igora K. z dnia zaginięcia są bardzo szczegółowe, ale nie są ze sobą spójne. Opowieści chłopców tuż po zaginięciu Andżeliki wysłuchał biegły psycholog.

Postać T. pojawia się w tej sprawie ponownie w 2013 r. Komenda Główna Policji nakazuje policjantom z Koła przepytanie mężczyzny w związku z zaginięciem Andżeliki. Miejscowym funkcjonariuszom ponad roku zajęło ustalenie, że mężczyzna pracuje w Niemczech. Z naszych informacji wynika, że T. do dziś nie został przesłuchany w tej sprawie.

Tajemnicze zdjęcie

Tymczasem w drugiej połowie 2014 r. do rodziny zaginionej Andżeliki zgłosiła się Agata S., to była partnerka Rafała T. Para zamieszkała razem niedaleko Koła w kwietniu 2014 r. Pewnego dnia kobieta zauważyła, że ktoś przesłał jej partnerowi zdjęcie dziewczynki. Nie dostrzegła jednak treści wiadomości.

Zdziwiło ją to, dlatego zapytała, kim jest dziecko ze zdjęcia. Według słów kobiety T. miał powiedzieć, że to dziewczynka, z którą bawił się kilka godzin przed jej zaginięciem. Mężczyzna skasował otrzymaną wiadomość. Kiedy Agata dopytała o szczegóły, T. ją odepchnął i powiedział, że to nie jej sprawa.

Próbowaliśmy porozmawiać z Rafałem T. i Igorem K. Bezskutecznie.

Niemiecka pomoc

Kilka tygodni temu do bliskich Andżeliki odezwali się przedstawiciele niemieckiej policji. Uznali, że są oni w stanie przesłuchać T. w związku ze zniknięciem dziewczynki. Warunek był jeden, pismo polskiej prokuratury. Tego jednak nie będzie.

Prokuratura Rejonowa w Kole pod koniec września wysłała wiadomość do rodziny Andżeliki. Wynika z niego, że śledczy nie widzą podstaw do działania. Choć taką możliwość daje im artykuł 327 kodeksu postępowania karnego: "Przed wydaniem postanowienia o podjęciu lub wznowieniu, prokurator może przedsięwziąć osobiście lub zlecić Policji dokonanie niezbędnych czynności dowodowych w celu sprawdzenia okoliczności uzasadniających wydanie postanowienia".

To zresztą nie pierwszy raz, kiedy kolska prokuratura podejmuje zaskakujące decyzje. W 2020 r. do śledczych z wielkopolski trafiła analiza przygotowana przez policjantów z krakowskiego Archiwum X. Z dokumentu wynikał, że dziewczynka nie żyje, a za jej zniknięciem stoją osoby trzecie.

Rodzina dziewczynki chciała, aby śledczy ponownie zajęli się tą sprawą. Tym razem pod kątem ewentualnego zabójstwa. Prokurator zdecydował jednak o tym, że sprawą się nie zajmie. Co ciekawe, dopuszczał możliwość, że hipoteza przedstawiona przez śledczych z Krakowa - o zamordowaniu dziewczynki - może być prawdziwa. Prokurator stwierdził, że nawet jeśli przyjąć, że ta wersja jest prawdziwa, to śledztwa podjąć nie może. Wyjaśnia bowiem, że "nie byłoby prawnej możliwości pociągnięcia rzekomego sprawcy do odpowiedzialności karnej, albowiem w dniu czynu tj. 31 stycznia 1997 r. nie miał on ukończonych 13 lat".

Bliscy Andżeliki od decyzji się odwołali, ale Sąd Okręgowy w Koninie w lutym 2021 r. uznał, że nie widzi podstaw do wszczęcia spawy.

"Poszukiwania to kawał mojego życia"

Izabela Jankowska do komendy już nie przychodzi. Ma żal do miejscowej policji. Do dziś pamięta sytuację, kiedy przyszła zapytać o to, czy coś nowego wiadomo w sprawie zaginięcia. — Wie pani, ile samochodów ginie rocznie? - miał odpowiedzieć jeden z funkcjonariuszy.

Jednak największy żal jest o to, że policjanci od 25 lat odmawiają rodzinie dostępu do dokumentów sprawy poszukiwawczej. Cztery tomy, 800 stron notatek i informacji. Policja odbija zarzut i mówi, że działania mają charakter operacyjny, w związku z tym są to dokumenty niejawne.

- Zależy nam na wznowieniu sprawy ponieważ jest wiele nieścisłości, które należałoby sparawdzić. Czekamy na kogoś odważnego i skurupulatnego kto zgodzi się zająć sprawą od nowa - mówi Izabela Jankowska.

- Mam przeczucie, że zbliża się czas, kiedy prawda wyjdzie na jaw. Poszukiwanie to kawał mojego życia. Nie wiem, jak ono będzie wyglądało, kiedy to wszystko już się wyjaśni. Zdają sobie sprawę, że ja żyję tym. Nie mam własnego życia. Do końca będę walczyć o prawdę. Mam nadzieję, że się to wyjaśni - konkluduje.

Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: dawid.serafin@firma.interia.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy