Reklama

Reklama

Widzew domaga się odebrania Polonii licencji

Działacze Widzewa poinformowali , że w środę złożyli pismo do Ministra Sportu i Turystyki, w którym domagają się m.in. zawieszenia uchwały Komisji Odwoławczej ds. Licencji Klubowych PZPN przyznającej Polonii Bytom prawo na grę w ekstraklasie.

Ich zdaniem Polonia otrzymała licencję z naruszeniem obowiązujących przepisów.

Reklama

Minister sportu nie będzie jednak jedynym politykiem, który w najbliższym czasie ma się zająć sprawami licencji przyznawanych przez PZPN. Jan Tomaszewski poinformował, że w poniedziałek przesłał do kancelarii premiera dokumentację świadczącą o tym, że w 2004 roku z naruszeniem prawa przyznano licencję... Widzewowi.

- W 2004 roku Widzew tylko dzięki przestępstwu otrzymał licencję. Od dawna pełna dokumentacja dotycząca tej sprawy znajduje się we wrocławskiej prokuraturze u pana Roberta Tomankiewicza, który jednak konsekwentnie zamiata ją pod dywan. Teraz ma się nią zająć p. Julia Pitera z kancelarii premiera, która poprosiła o dostarczenie wszystkich materiałów dotyczących tej sprawy. W poniedziałek przesłałem te materiały do kancelarii premiera - powiedział Tomaszewski.

Jego zdaniem nieprawne przyznanie Widzewowi licencji w 2004 roku kosztowało Skarb Państwa ok. 2,5 mln zł. - Były to m.in. pieniądze z praw telewizyjnych, które zamiast wpłynąć do urzędu skarbowego i ZUS, w których Widzew był zadłużony, wpłynęły na inne konto nowo powołanego klubu - wyjaśnił Tomaszewski.

Podkreślił, że w tej chwili Widzew zachowuje się nie fair domagając się odebrania licencji Polonii Bytom. - Widzew przegrał z Polonią sportową rywalizację na boisku i zasłużenie pożegnał się z ekstraklasą. Przyznanie Polonii licencji na grę w najwyższej klasie rozgrywkowej jest działaniem zgodnym z duchem sportu - dodał Tomaszewski.

Zdaniem b. bramkarza reprezentacji Polski i b. szefa Komisji Etyki PZPN obecny właściciel Widzewa zamiast próbować odebrać licencję Polonii powinien podać do sądu osoby, od których kupił klub.

- Pan Cacek nie ma nic wspólnego z licencyjnymi oszustwami z 2004 r., bo nie było go wtedy w klubie. Później okazało się jednak, że kupując Widzew kupił "skradziony samochód". Zapewniano go, że klub nie ma nic wspólnego z korupcją, a okazało się, że ma. Do tego dochodzą nie zakończone do dzisiaj sprawy licencji sprzed czterech lat. Gdyby pan Cacek podał do sądu tych, od których w dobrej wierze kupił Widzew, to wygrałby z nimi wszystkie sprawy - uważa Tomaszewski.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy