Reklama

Reklama

Szpital nie przyjął 11-latka. Jest dochodzenie

Jest doniesienie do prokuratury w sprawie przychodni w Dąbrowie Górniczej. Z tej placówki odesłano 11-letniego Igora skarżącego się na kłopoty z oddychaniem. Wkrótce po tym chłopiec zemdlał na przystanku autobusowym.

Zawiadomienie złożyła do prokuratury matka chłopca. Śledczy zabezpieczą monitoring z poradni, przesłuchają świadków i sprawdzą, czy personel naraził zdrowie i życie chłopca na niebezpieczeństwo.

Reklama

Po publikacjach RMF FM sprawą zainteresowała się też rzecznik praw pacjenta. Według Krystyny Barbary Kozłowskiej wszystko wskazuje na to, że chłopcu nie udzielono należytej pomocy, nawet jeśli matka powinna była Igora od razu zawieźć do szpitala. 

"Nie wymagał transportu sanitarnego"

Przypomnijmy, że 11-letni Igor, cierpiący między innymi na padaczkę, poczuł się źle po tym, jak kolega podczas zabawy uderzył go w klatkę piersiową. Chłopiec miał kłopoty z oddychaniem. Matka zabrała dziecko do poradni, która świadczy usługi w ramach nocnej i świątecznej opieki medycznej.

- Powiedziałam pani w rejestracji, co się stało, że syn miał uraz klatki piersiowej, że nie może oddychać, że jestem sama. Wtedy przyszła druga pani, podejrzewam, że pani doktor. Stwierdziła, że jest to przypadek nagły, kwalifikuje się na chirurgię i powinnam udać się do Klimontowa (Centrum Pediatrii w Sosnowcu Klimontowie - przyp. red.). Usłyszałam, że karetki nie dostanę, powinnam wezwać sobie taksówkę - opowiada RMF FM pani Marta, matka Igora.

Dodaje, że 20 minut później jej syn leżał nieprzytomny na przystanku. Stamtąd do szpitala dziecięcego zabrało go pogotowie.

Piotr Ziętek, prezes poradni, tłumaczy, że dziecko nie wymagało transportu sanitarnego. - Nie wymagało żadnej porady. Na monitoringu widać, że przyszło i wyszło o własnych siłach - opisuje. Podkreśla, że chłopca widziała lekarka i był on badany.

Matka 11-latka twierdzi jednak, iż jej syn "nie został nawet dotknięty". - Nikt nie zrobił mu EKG, nie zmierzył mu ciśnienia. Nikt do niego wyszedł. Nawet nie zapytali, jak ma na nazwisko - wylicza pani Marta.

Według prezesa poradni, obsada lekarska w przychodni była taka, jaka być powinna, a nawet większa. - Na pokładzie znajdowała się jeszcze jedna pani doktor, która przyjechała odwiedzić męża, czyli było trzech lekarzy i trzy pielęgniarki - mówi.

Jak się okazało, to właśnie pani doktor, która formalnie nie miała dyżuru, widziała Igora. Na miejscu do dyspozycji była też karetka. - Stan dziecka nie wymagał jednak transportu sanitarnego - podkreśla prezes.

Anna Kropaczek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy