Reklama

Reklama

Morskie Oko. Ruszyły badania koni wożących turystów. Nowe zasady

Po raz pierwszy weterynarze zbadają stan zdrowia koni znad Morskiego Oka wtedy, gdy zwierzęta są w trasie, a na ciągniętych przez nich wozach zasiada komplet turystów. Dotychczas takie testy przeprowadzano przed tym, jak konie rozpoczęły pracę. To niejedyna nowość na popularnym tatrzańskim szlaku. Władze parku narodowego chcą umożliwić przejażdżkę wozem o napędzie hybrydowym.

Lekarze weterynarii co roku sprawdzają, jakim zdrowiem cieszą konie wożące turystów nad Morskie Oko. Od tego roku wprowadzono nowe zasady takich testów. Po raz pierwszy specjaliści doglądają koni, gdy są "w trasie", a w ciągniętych przez nich furmankach zasiada komplet dwunastu urlopowiczów.

Badania zorganizowano w dwóch miejscach. W Opalenicy Białczańskiej lekarze wstępnie doglądają koni, m.in. pod kątem ortopedycznym. Drugi punkt zorganizowano na Włosienicy, czyli niewielkiej polanie leżącej na drodze do Morskiego Oka; tam zwierzęta są badane, gdy pracują, a więc ciągną za sobą spory ciężar. 

Reklama

Co roku część koni nie wraca do pracy

- Weterynarze próbują wychwycić wszelkie uszczerbki na ich kondycji. Konie to przecież żywe organizmy, więc jeśli eksperci stwierdzą nieprawidłowości, takie zwierzę jest "zawieszane" i przestaje wozić turystów - wyjaśnił w Polsat News leśniczy z Morskiego Oka Grzegorz Bryniarski. 

Jak dodał, wszystkie 300 koni kursujących nad tatrzańskie jezioro trzeba przebadać w ciągu trzech dni, czyli od piątku do niedzieli. - Trudno jest znaleźć chętnych do zapełnienia wozów (aby obciążenie rzeczywiście było maksymalne - red.) - przyznał Bryniarski.

Leśnik wyliczył, że wykluczonych zostaje zazwyczaj kilka lub kilkanaście koni. Część z nich nie wraca do pracy. - Jeśli okazują się niezdolne do dalszej jazdy, wykupują je fundacje albo trafiają do gospodarza, u którego dożywają starości - wyjaśnił.

Koniom pomoże... hybryda

W zeszłym roku, ze względu na nadejście koronawirusa, nie zorganizowano badań koni znad Morskiego Oka. Nie oznacza to jednak, że władze Tatrzańskiego Parku Narodowego nie zajmowały się poprawą ich losu. Przygotowywano wówczas prototyp hybrydowego wozu konnego, mającego odciążyć te zwierzęta.

Wstępne próby ekologicznego wynalazku odbyły się w jesienią 2020 roku i wypadły pomyślnie. Pojazd chwalili również wozacy, mający docelowo używać hybrydy. W połowie czerwca rozpoczną się pierwsze przejazdy z pasażerami.

- Chcemy zwiększyć częstotliwość kursów. Obecnie czekamy na tzw. ładowarkę adaptacyjną, która ma jeszcze bardziej usprawnić działanie wozu - powiedział Zbigniew Kowalski z TPN.

Hybrydowy wóz zmieści więcej pasażerów

W hybrydowym wozie zastosowano zupełnie nowe rozwiązania. Część podzespołów została sprowadzona z Wielkiej Brytanii oraz Włoch. Zmienił się także system przekazywania energii na bardziej płynny. W poprzednim prototypie w pewnych momentach konie były pchane przez wóz, a w innych przetrzymywane.

- Powożący będą musieli nauczyć się obsługi mechanizmu, aby umiejętnie nim sterować. Podczas zjazdu akumulatory będą się ładowały i wówczas można odzyskać nawet i 90 proc. energii zużytej do podjazdu. Podczas testu naszym zadaniem będzie ustawienie odpowiednich parametrów mechanizmu ładującego - wyjaśnił Kowalski.

Nowy wóz może zabrać nawet do 16 pasażerów, ponieważ konie będą ciągnęły wóz o stałym ciężarze, niezależnie czy trasa w danym momencie prowadzi pod górę, czy też w dół. Za ten prototyp Tatrzański Park Narodowy zapłacił około 120 tys. zł.

Pierwszy taki pojazd powstał pięć lat temu, jednak w 2018 roku uległ zniszczeniu po tym, jak zapłonęły jego baterie.

Dowiedz się więcej na temat: Morskie Oko | konie | Tatry

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy