Reklama

Reklama

Bielsko-Biała: Tajemnicze zniknięcie pani Kingi. Miała jechać tramwajem, później znaleźli czaszkę

​Miała męża, ośmioletnią córkę i dom w małej miejscowości koło Bielska-Białej. Trzy lata temu chciała się rozwieść, lecz jej partner - mimo wcześniejszych ustaleń - nie zgodził się na to. Pani Kinga wyszła wzburzona z sali rozpraw i... zniknęła. Po kilku dniach znaleziono ciało jej męża, który miał odebrać sobie życie. Jednak wokół oficjalnej wersji wydarzeń narastają wątpliwości. Materiał "Interwencji" Polsatu.

Pani Kinga miała czterdzieści lat. Mieszkała w Buczkowicach - małej miejscowości koło Bielska-Białej. Miała ośmioletnią córkę i męża. Razem prowadzili tu niewielki pensjonat. - Był starszy ponad dziesięć lat. Wyglądali na szczęśliwych. Miesiąc, dwa po ślubie już tego szczęścia nie było po niej widać - mówią "Interwencji" rodzice pani Kingi, Stanisław i Ewa Jakubscy.

- Zbigniew był o nią bardzo zazdrosny - sprawdzał jej rzeczy, telefon, jak się spóźniała, miał ciągle wyrzuty. Ona bała się do domu wracać - tłumaczy Janusz Szostak, dziennikarz śledczy z Fundacji na Tropie.

Reklama

- On ją straszył. Że jeżeli ona odejdzie, to on popełni samobójstwo. Udawał, że ma zawał. Zaczęła robić zdjęcia, żeby mieć dowód dla sądu - mówi pan Stanisław.

Kamery uchwyciły ją w centrum handlowym

Rodzice kobiety twierdzą, że ich córka spotykała się przez krótki okres z Rafałem O. z Warszawy. Tę wersję potwierdza matka mężczyzny. - Byli razem. Krótko, ale... wkręcił się. On był tam w górach i tak jakoś się skojarzyli. Jak to się stało, mówię: w coś ty wdepnął? Przecież ten facet by ciebie załatwił! Wpierw ciebie załatwił, później ją załatwił - dodaje kobieta.

- Początek marca 2018 roku. Kinga zadzwoniła do mnie, że zdecydowała się na rozwód. Czy mamy coś przeciwko. Ja jej powiedziałam, że jesteśmy za nią - wspomina pani Ewa Jakubska.

Jest 13 sierpnia 2018 roku. Tego dnia pani Kinga i pan Zbigniew mają w sądzie pierwszą rozprawę rozwodową. W jej trakcie, mimo wcześniejszych ustaleń, pan Zbigniew nie chce dać żonie rozwodu. Pani Kinga opuszcza budynek bardzo wzburzona. Chwilę później... po prostu znika.

- Pani Kinga opuszcza sąd, kieruje się do galerii handlowej, gdzie monitoring rejestruje ją po raz ostatni. Po tym, jak opuściła tę galerię, właściwie nie wiemy, co dalej działo się z panią Kingą - wyjaśnia "Interwencji" prywatny detektyw Krzysztof Major.

- Miała powrócić do domu. Czy tam dotarła, możemy tylko domniemywać na podstawie logowań telefonów, które badaliśmy w tej sprawie - mówi prokurator Agnieszka Michulec z Prokuratury Okręgowej w Bielsku-Białej, dodając, że mąż jest prawdopodobnie ostatnią osobą, która widziała kobietę żywą. W rozmowie z policjantami powiedział, że żona wyszła z domu, zostawiając wszystkie swoje rzeczy, w tym torebkę z telefonami.


"Wiemy, że się powiesił. Nic nie zostawił"

Około dziewiętnastej trzydzieści pani Kinga najprawdopodobniej wraca do domu. Świadczy o tym logowanie jej telefonu. Wiele wskazuje na to, że na miejscu czeka mąż. To, co dzieje się później, do dziś pozostaje tajemnicą.

- Policja szukała śladów krwi. Nic nie znaleźli. Tutaj posadzka nie była jeszcze myta od tych trzech lat - mówią rodzice zaginionej.

- Nie jest możliwe, żeby ten człowiek w furii, niezawodowy morderca, tak wyczyścił dom, żeby nie było żadnego śladu. Więc tu bym wykluczył to morderstwo - dodaje Janusz Szostak.

Kiedy policjanci zbadali telefon pani Kingi, okazało się, że po jej zaginięciu logował się on w oddalonej o trzydzieści kilometrów Wiśle. Miał go przy sobie jej mąż. Śledczy postanowili więc ponownie z nim porozmawiać. W Buczkowicach pojawili się trzy dni po zniknięciu kobiety. Ale kiedy weszli do domu pana Zbigniewa, ich oczom ukazał się przerażający widok.

- Wiemy, że się powiesił, bo w tym miejscu wisiał kawałek sznurka, policja go nie odcięła. Nic po sobie nie zostawił - tłumaczyła Ewa Jakubska.

- Logika i zasady doświadczenia życiowego wskazują na to, że Zbigniew K. mógł zamordować swoją żonę, następnie ukryć jej zwłoki, po czym popełnić samobójstwo - wyjaśnia prokurator Agnieszka Michulec.

- Na razie to nie ma dowodów, że ona jest zamordowana. Bo nie ma żadnych śladów. On cały czas ją straszył. Że jak ona odejdzie, to on się powiesi - dodają rodzice kobiety.

Zauważyła ją w tramwaju

Nadzieja na odnalezienie pani Kingi pojawiła się w styczniu 2020 roku. Kobieta jadąca tramwajem linii "20" w Warszawie poinformowała państwa Jakubskich, że jechała z zaginioną w tramwaju. Wizerunek uwieczniły kamery monitoringu.

- Nos jest identyczny. I tu nie ma wątpliwości. Ja uważam, że to jest nasza córka - zapewnia Ewa Jakubska.

- Jest monitoring zabezpieczony oczywiście i jest przede wszystkim nieostry. Może być jakieś podobieństwo, ja tego nie wykluczam - dodaje prokurator Michulec.

Istniało podejrzenie, że kobieta mogła uciec do Rafała O. - Nie sądzę, żeby policja tego nie sprawdziła. To na pewno zostało sprawdzone. Został sprawdzony Rafał. Nie sądzę, żeby miał coś wspólnego z zaginięciem Kingi. Chociaż ona mogła mu się zwierzyć, że gdzieś wyjeżdża - tłumaczy Janusz Szostak.

Reporter: Pan miał z nią jakiś kontakt w dniu zaginięcia?

Rafał O.: Ja jestem nieupoważniony do udzielania takich informacji.

Reporter: Kojarzy pan ten wątek z tym tramwajem w Warszawie, gdzie ona miała być widziana?

Rafał O.: Słyszałem, tak.

Reporter: To by pasowało, że może jednak uciekła do pana.

Rafał O.: No, na pewno. I ukrywa się pod stołem.

- Myśmy dawno pogodzili się ze stratą córki. Ale gdyby to nie była Kinga, to ktoś inny już by się zgłosił. Żeby nie publikować zdjęcia jej osoby. Przez dwa lata jest cisza - mówią rodzice zaginionej.

"Czaszka wyglądała, jakby leżała tam sto lat"

Kiedy rodzice pani Kingi zgłosili śledczym, że kobietę widziano w Warszawie, liczyli na to, iż w sprawie nastąpi długo wyczekiwany przełom. Ten rzeczywiście nastąpił - już kilka dni później. Ale zupełnie inny, niż ten, którego oczekiwali bliscy zaginionej kobiety.

W kwietniu 2019 roku w miejscowości Wisła odnaleziono ludzką czaszkę. Leżała w rzece - w rejonie, w którym po zaginięciu pani Kingi logował się jej telefon. Badania DNA potwierdziły, że czaszka należała do zaginionej kobiety. Wydawało się więc, że sprawa jest wyjaśniona.

- Znaleziono czaszkę na jakiejś łasze w miejscowości Wisła i ta czaszka wyglądała, jakby tam przeleżała sto lat co najmniej - mówi Janusz Szostak.

- Strażacy mówili, że to jest czaszka z II Wojny Światowej. Bo była czysta, bez żadnej tkanki miękkiej, nic, była czyściutka - dodaje pan Stanisław.

- Uzyskanie tak wysokiej wartości, z jaką była identyfikacja, wyklucza możliwość pomyłki. Ten wynik wynosi dziewięćdziesiąt dziewięć procent i po przecinku jedenaście dziewiątek - wyjaśnia prokurator Agnieszka Michulec.

- Moja córka miała tu zwężoną głowę. Natomiast ta czaszka jest poszerzona. To nie jest moja córka - zapewnia pani Ewa, dodając, że jej zdaniem ktoś podmienił czaszki.

- Nie ma możliwości, żeby po ośmiu, dziewięciu miesiącach od zniknięcia czaszka wyglądała tak, jakby leżała sto lat gdzieś w ziemi - dodaje Janusz Szostak.

- To jest nie nasza córka i już, no. My tego nie zaakceptujemy, absolutnie - dodaje pan Stanisław Jakubski.

Śledczy: Pani Kinga nie żyje

Prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie zaginięcia pani Kingi. Jest przekonana, że kobieta nie żyje. Rodzina zaginionej złożyła zażalenie na tę decyzję. Sąd rozpatrzy je 13 sierpnia - dokładnie w trzecią rocznicę zaginięcia kobiety.

- Nie, nie mam żalu. Jeżeli zniknęła, to znaczy, że miała jakiś powód - mówi Ewa Jakubska.

- Ta osoba, z którą wyjechała, mogła jej wmówić: słuchaj, wrócisz, to oskarżą cię o zabójstwo męża. Prawda? Może być taka sytuacja. I być może z tego powodu się nie odzywa - dodaje Janusz Szostak.

- Będziemy szukać jej aż do końca. Aż się coś dowiemy. Szukamy prawdy - zapewniają rodzice zaginionej.

Dowiedz się więcej na temat: Zaginiona | Bielsko-Biała

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL