To on pierwszy powiadomił o rakietach w Przewodowie
Najpierw było przerażenie mieszkańców, sprawdzenie miejsca zdarzenia, a następnie proceduralna machina ruszyła. O tragedii w Przewodowie świat powiadomił wójt Dołhobyczowa Grzegorz Drewnik.

Około godz. 15:40 we wtorek pojawiły się pierwsze sygnały o niespotykanym wcześniej huku w Przewodowie. Jedni myśleli, że wybuchła butla z gazem, inni że to odgłos pękniętej opony, a jeszcze inni, że na Przewodów spadła rakieta.
Przewodów na ustach świata
Wieść niosła się pocztą pantoflową, ale nikt nie wiedział dokładnie, co stało się w niewielkiej miejscowości w powiecie hrubieszowskim.
- Tak naprawdę różne działania pojawiły się trochę z mojej inicjatywy. Bo kiedy tylko tam pojechałem, gdzieś po godzinie od zdarzenia, niewiele osób o tym wiedziało - opowiada Interii wójt Dołhobyczowa Grzegorz Drewnik.
To on jako pierwszy zaalarmował władze samorządowe, a te, siłą rozpędy, uruchomiły kolejne kontakty. W ten sposób ruszyła machina informacyjna, która dotarła do polskich mediów, ale również rządzących. Dość powiedzieć, że po kilku godzinach sprawą interesował się cały świat.
Przewodów. Mówili, że butla z gazem. Ale w budynku nigdy nie było gazu
- Nie będę ukrywał, że od początku mówiło się o jakichś świstach, gwizdach rakiet, ale wszystko wskazywało na to, że to zwykły wybuch, np. gazu. Kiedy dowiedziałem się od pracownicy, że w tym budynku nigdy nie było żadnego gazu, uznałem, że trzeba pojechać na miejsce - opowiada nam wójt Dołhobyczowa.
- Zacząłem wykonywać telefony, m.in. do starosty powiatu hrubieszowskiego i powiatowego szefa zarządzania kryzysowego. W pewnym momencie telefony zaczęły się urywać. Myślę, że po kilkunastu minutach wszyscy już wiedzieli, co się stało - dodaje wójt.
Jak podkreśla, gdy przybył na miejsce zdarzenia, "już było niebiesko od migających świateł".
- Na miejscu było OSP, PSP, dużo policji. Później zaczęły się zjeżdżać kolejne służby, a z czasem byliśmy wypychani dalej - relacjonuje wójt. Do tego stopnia, że teraz jest to teren objęty ścisłym nadzorem. Jak opowiada Drewnik, do zdarzenia doszło w kompleksie budynków po byłym PGR, w samym sercu wsi. Dziś interesy prowadzi tam prywatna firma.Z Przewodowa: Łukasz Szpyrka, Dawid SerafinChcesz porozmawiać z autorami? Napisz: lukasz.szypyrka@firma.interia.pl; dawid.serafin@firma.interia.pl