Sarema i Hiuma. Te nazwy rozpalają imperialną wyobraźnię Kremla na Bałtyku
- Dla Rosji Bałtyk ma znaczenie strategiczne - podkreśla w rozmowie z Interią prof. Andrzej Makowski z Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni. Rozmawiamy o tym, jak pod okiem NATO Kreml finansuje wojnę, dlaczego państwa bałtyckie są takim oczkiem w głowie Rosji i jaki krok byłby dla Moskwy niezwykle bolesny, ale mógłby zostać uznany przez nią za casus belli.

Justyna Kaczmarczyk, Interia: Jak ważny dla Rosji jest Bałtyk?
Prof. Andrzej Makowski, były wojskowy, komandor, specjalista w zakresie obronności państwa i sztuki wojennej: - Ma znaczenie strategiczne. Do teraz wielkim bólem dla Federacji Rosyjskiej jest podstawa operacyjna ich działania wojskowego na Morzu Bałtyckim - ta po rozpadzie Związku Radzieckiego w zasadzie ogranicza tylko do enklawy kaliningradzkiej, Petersburga i Wyspy Kotlin z bazą Kronsztadt. Jeśli chodzi zaś o kwestie gospodarcze, Bałtyk ma dla Rosji znaczenie pierwszoplanowe.
Dlaczego akurat ten akwen? Przecież to niejedyne rosyjskie morze.
- Chodzi o obecną strukturę wykorzystania portów i przeładunków, przede wszystkich surowców energetycznych - ropy naftowej i produktów ropopochodnych. Od rozpoczęcia przez Rosję pełnoskalowej agresji na Ukrainę przez Bałtyk przechodzi ogromna część rosyjskiej ropy i produktów ropopochodnych (46 procent) i ponad połowa kontenerów.
- Rosyjskie porty na Dalekim Wschodzie czy Morzu Czarnym są o wiele mniej efektywne. A przecież za pomocą handlu morskiego, szczególnie surowcami energetycznymi, Rosja finansuje działania zbrojne.
- Jeśli spojrzymy na działalność bałtyckich portów w ogóle, to pod względem przeładunkowym pierwszym portem jest rosyjska Ust-Ługa, drugim polski Gdańsk, trzecim rosyjski Primorsk, a czwartym również rosyjski Petersburg. To też w jakimś sposób pokazuję kwestię ważności tego morza dla Rosji.
Odzyskanie kontroli nad portami w Estonii i na Łotwie ma dla Rosji kolosalne znaczenie dla działania floty wojennej. Kontrola nad wyspami takimi jak Sarema czy Hiuma jest kluczem do panowania nad Zatoką Fińską
To dlatego Ukraińcom tak zależy, by uderzać w rosyjskie porty nad Bałtykiem? Czy to realnie osłabi Moskwę?
- Podchodzę z dużym szacunkiem do działań Ukraińców, bo fakt, że są w stanie skutecznie zaatakować Primorsk czy Ust-Ługę i doprowadzić do czasowego wyłączenia portu z eksploatacji, to duża rzecz. Niemniej po kilku dniach wszystko wraca do normy. Te uderzenia są dla Rosji bardzo uciążliwe, natomiast moim zdaniem nie doprowadzą do przerwania wojny.

A zamknięcie Bałtyku? Są wyliczenia dla szwedzkich sił zbrojnych, z których wynika, że w przypadku zamknięcia Bałtyku Rosja mogłaby stracić 90 mld dolarów rocznie lub 30 mld dolarów w przypadku częściowej blokady.
-To realistyczne obliczenia.
To by znacznie osłabiło rosyjską gospodarkę. Mówił pan jednak ostatnio, że ewentualne zamknięcie Bałtyku dla Rosji byłoby uznane za casus belli. Dlaczego?
- Wynika to z gigantycznego wolumenu rosyjskiego eksportu przez ten akwen. Blokada byłaby potężnym uderzeniem w rosyjskie finanse.
Czy nie o to właśnie chodzi?
- Uważam, że taki krok Rosja potraktowałaby jako naruszenie prawa do tranzytu przez cieśniny międzynarodowe, takie jak Sund czy Wielki Bełt. Formalnie Rosja nie jest w stanie wojny z żadnym z państw Sojuszu Północnoatlantyckiego. Natychmiast zwołaliby Radę Bezpieczeństwa ONZ. Stawka byłaby tak wysoka, że Rosja mogłaby odpowiedzieć bardzo ostro - agresją na państwa bałtyckie lub szantażem atomowym.
Rosjanie wiedzą, że są obserwowani. Oczywiście trwa gra nerwów i "chuligaństwo morskie" czy powietrzne, ale najważniejszym polem walki jest obecnie walka radioelektroniczna i cyberzagrożenia
A jak Rosja odczuła zniszczenie rurociągów Nord Stream?
- Musiała poszukać innych rynków zbytu, ale uważam, że najbardziej gospodarczo ucierpiały na tym Niemcy.
Pytam o Nord Stream, bo to też Bałtyk i obiekt o znaczeniu strategicznym.
- Tutaj rzeczywiście reakcja Rosji była stosunkowo "miękka", co rodzi też wiele hipotez co do sprawców. Bo może ktoś pomyślał, że odcięcie Europy od gazu zmusi ją do poproszenia o wznowienie dostaw? Takie myślenie zresztą - o wznowieniu szerokich dostaw surowców energetycznych z Rosji - wciąż tli się w Europie, zwłaszcza w Niemczech.
Jakie powinny być działania NATO wobec Rosji na Bałtyku?
- NATO nie jest w stanie wojny z Rosją, więc musi stosować narzędzia odstraszania: pokazywać potencjał, sprawność i wiarygodność. Operacja "Straż Bałtyku" spełnia to zadanie - odkąd ją wprowadzono, liczba incydentów typu uszkodzenie kabli czy rurociągów bardzo wyraźnie spadła.
- Rosjanie wiedzą, że są obserwowani. Oczywiście trwa gra nerwów i "chuligaństwo morskie" czy powietrzne, ale najważniejszym polem walki jest obecnie walka radioelektroniczna i cyberzagrożenia.
I jak nam, mam na myśli Sojusz Północnoatlantycki, idzie na tym polu?
- Uważam, że dobrze. Polska ma tu duże zasługi, m.in. dzięki pracy generała Karola Molendy, który stworzył świetne podstawy do zwalczania cyberzagrożeń. Poza tym uważam, że te zagrożenia właśnie - czyli radioelektroniczne, w tym zagłuszanie sygnałów GPS, czy cyberataki wysuwają się dzisiaj na pierwszy plan.
- Mogą być bardzo uciążliwe i niebezpieczne, szczególnie w portach, które są dzisiaj oprzyrządowane z wykorzystaniem nowych technologii i sztucznej inteligencji. Oczywiście nie jesteśmy bezradni, bo Unia Europejska na przykład ma własny system Galileo, który można uruchomić w awaryjnej sytuacji zamiast systemu GPS, nie mówię już nawet o Starlinkach. Ogólnie przewaga technologiczna wciąż jest po stronie NATO.
Na Bałtyku NATO ma jednoznaczną przewagę. Jeśli chodzi o wysuniętą obecność sił natowskich, w tym floty państw bałtyckich wobec sił rosyjskich, to przewaga wynosi sześć do jednego
Ale wobec floty cieni Sojusz momentami wydaje się bezradny.
- Powtórzę: nie jesteśmy w stanie wojny, nie prowadzimy działań zbrojnych na morzu. Możemy sięgać po narzędzia związane np. z ubezpieczeniami czy przynależnością tych statków. Flota cieni rzeczywiście stwarza zagrożenie - od kolizji, przez zagrożenia ekologiczne, po działania hybrydowe.
- Bardzo dobrym instrumentem byłby Port State Control, ale tu nie można go uruchomić, bo te statki nie zawijają do żadnych portów poza rosyjskimi. Natomiast można żądać tego typu dokumentów na morzu terytorialnym, tylko tu w grę wchodzą jedynie Dania i Szwecja. A z kolei na to się nakłada oczywiście polityka zagraniczna tych państw, które nie do końca chcą się narażać na konflikt. Musimy też pamiętać o jednym.
O czym?
- Rosja cały czas dostarcza do Europy gaz ziemny, zwłaszcza skroplony. Ten łańcuch dostaw ma zostać przerwany dopiero w 2027 r. Także mamy do czynienia ze skomplikowaną sytuacją polityczno-dyplomatyczno-wojskową. Z jednej strony mamy sankcje nakładane przez Unię Europejską na Rosję, z drugiej państwa UE kupują od niej surowce energetyczne.
Wracając do samego Bałtyku - czy państwa bałtyckie są dla Rosji "obiektem pożądania" właśnie ze względu na to morze?
- Odzyskanie kontroli nad portami w Estonii i na Łotwie ma dla Rosji kolosalne znaczenie dla działania floty wojennej. Kontrola nad wyspami takimi jak Sarema czy Hiuma jest kluczem do panowania nad Zatoką Fińską. Chodzi też o bazy wojskowe. Myślę, że Rosjanom to mocno siedzi w głowach. Uważam jednak, że dzisiaj byłaby to sprawa zbyt ryzykowna dla Rosji.
Dlaczego?
- Na Bałtyku NATO ma jednoznaczną przewagę. Jeśli chodzi o wysuniętą obecność sił natowskich, w tym floty państw bałtyckich wobec sił rosyjskich, to przewaga wynosi sześć do jednego. Technologicznie też póki co mamy przewagę, choć myślę, że zagrożeniem mogą być rosyjskie drony podwodne, które Rosja posiada, a o których niewiele wiemy.
A polska marynarka wojenna? Jak ocenia pan jej stan?
- Powiedziałbym, że to marynarka niezrównoważona, jeśli chodzi o siły i środki. Posiadamy okręty na granicy okresu eksploatacji, ale budujemy również nowe. Zmieniamy też jej strukturę, jeśli idzie o udział okrętów bojowych w jej składzie. Musimy to zresztą robić w myśl artykułu trzeciego Paktu Północnoatlantyckiego.
Jakie są nasze postępy?
- Zaległości są duże, bo przez długie lata to, co odziedziczyliśmy po Układzie Warszawskim, konserwowaliśmy zamiast rozwijać. Obecnie jednak idziemy w dobrym kierunku. Ogólnie dzisiaj żadne z państw europejskich NATO, łącznie z Wielką Brytanią, niegdysiejszą "królową mórz", nie mówi o samodzielności, jeżeli chodzi o działania na morzu. Mamy w Polsce czasem takie skłonności do budowania tak zwanej samodzielności obronnej? Nie wiem, czy nie są to czasem skłonności samobójcze. Tutaj postawa Szwecji i Finlandii, które po latach neutralności zdecydowały się na przystąpienie do NATO, jest najlepszą odpowiedzią na tę wątpliwość - na ile sami damy radę zapewnić sobie skuteczną obronę militarną.
Rozmawiała Justyna Kaczmarczyk












