Putin zaklina rzeczywistość. Nie chce nawet uruchamiać syren alarmowych
Władze Rosji robią wszystko, aby w kraju na głos nie padło słowo "wojna". Mimo coraz częstszych ataków na Krym czy nawet Moskwę, Władimir Putin pilnie strzeże, aby nie wywołać paniki np. poprzez uruchamianie syren ostrzegających przed dronami. Formalnie Rosja nie jest w stanie wojny, więc w niektórych regionach mieszkańcy nie wiedzą nawet, gdzie są schrony.

W skrócie
- Ukraińskie ataki na terytoria Rosji i okupowany Krym są tłumaczone przez władze innymi przyczynami, jak "nieplanowane prace konserwacyjne" czy "strukturalna transformacja gospodarki".
- Rosyjskie władze nie włączają syren alarmowych i nie informują o schronach, by według nich nie wywoływać paniki, podając takie powody w komunikatach lokalnych.
- W życiu publicznym i komunikacji oficjalnej stosuje się eufemizmy i neutralizację języka, a informacje o atakach oraz ich skutkach są ograniczane lub wyciszane.
- Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii, otwiera się w nowym oknie
Ukraińcy coraz częściej przeprowadzają ataki na rosyjskie terytoria, w tym także te znajdujące się pod ich okupacją. Mowa o Półwyspie Krymskim, który w ostatnim czasie stał się głównym celem uderzeń Kijowa.
Mimo że konflikt staje się zauważalny dla obywateli Rosji w ich własnym kraju, władze wciąż nie mówią otwarcie o wojnie i skutkach ataków - w zamian za to przedstawiają społeczeństwu inne wytłumaczenia.
Za niedobory paliwa, spowodowane atakami na rafinerie, urzędnicy państwowi obwiniają "nieplanowane prace konserwacyjne" w tych obiektach. Rosnące wydatki na wojsko i prowadzenie pełnoskalowego konfliktu, które dotknęły gospodarkę krajową, to z kolei "strukturalna transformacja gospodarki".
Ukraina atakuje Rosję. Moskwa na wszystko znajduje wytłumaczenie dla społeczeństwa
"The New York Times" zauważa, że Władimir Putin - a także jego otoczenie - przez lata posługiwał się eufemizmami jako swego rodzaju tarczą, aby izolować obywateli od konsekwencji wojny.
"Jednak w miarę jak wojna coraz bardziej dociera do obywateli, rozdźwięk między retoryką a rzeczywistością staje się źródłem frustracji dla zwykłych Rosjan" - dodaje dziennik. Tymczasem dyktator początkowo nie wspomniał o atakach na Moskwę z połowy czerwca. Do uderzeń na stolicę odniósł się dopiero kilka dni temu i obwinił za to Zachód.
Jak czytamy, Putin zapowiedział urzędnikom, że należy wprowadzić odpowiednie środki, aby uporać się z brakami paliwa, czym zajmie się wyznaczona grupa zadaniowa. "Nie wyznaczył jednak publicznie urzędników do przygotowania schronów ani systemów wczesnego ostrzegania na wypadek przyszłych ataków" - dodaje "The New York Times".
Jednak i na to znalazło się wytłumaczenie rosyjskich władz. W podmoskiewskich miejscowościach Kotielniki oraz Lubierce, gdzie ostatnio uderzyły ukraińskie drony, tamtejsi włodarze powiedzieli, że nie ujawnią lokalizacji schronów ani nie włączą syren alarmowych, bo "kraj nie znajduje się formalnie w stanie wojny".
Dodano, że informacje te zostaną przedstawione mieszkańcom tylko w przypadku okresu mobilizacji i w czasie wojny. W Lubiercu polecono też ludziom zapoznać się ze wskazówkami, jak postępować w przypadku ataku dronów.

Wojna przenosi się do Rosji. Władze wolą nie ostrzegać przed dronami
Z kolei w innych regionach Federacji Rosyjskiej syreny alarmowe, ostrzegające przed zagrożeniem powietrznym, nie są uruchamiane, aby "nie powodować paniki".
Jak donosi amerykański dziennik, szef republiki Baszkirii oświadczył, że "jego administracja postanowiła nie uruchamiać syren w każdej sytuacji, aby nie wywoływać niepokoju wśród ludności". Podobnie postąpiono w marcu podczas ataków na obwód jarosławski.
W publikacji czytamy, iż Rosjanie nie kryli swojego oburzenia w sieci, kiedy dotarło do nich, dlaczego nie włączono syren alarmowych. Inni zauważali natomiast, że mimo otrzymywanych SMS-ów o zagrożeniu powietrznym, zdarza się, że ostrzeżenia te przychodzą za późno bądź wcale.
Zdaniem Aleksandry Arkhipovej, zajmującej się naukami społecznymi w paryskiej École Normale Supérieure, jest to jedna z form posłuszeństwa wobec Władimira Putina i jego reżimu. Kolejną jest posługiwanie się eufemizmami.
Nie wojna a "specjalna operacja wojskowa". Tak Rosja zakłamuje rzeczywistość
Arkhipova zwróciła uwagę na zastępowanie określonych słów zupełnie innymi. W ten sposób Rosjanie mówią "klask" zamiast "wybuch", "pozbawiony życia" zamiast "zabity", czy "cel powietrzny" zamiast "dron". Najbardziej znanym jest określenie wojny mianem "specjalnej operacji wojskowej".
Władze Federacji Rosyjskiej nie chcą też, aby ewentualna panika była pokazywana w wiadomościach w telewizji. Z tego powodu, jak podaje "The New York Times", ataki na Moskwę praktycznie nie zostały ukazane w serwisach informacyjnych.
Mylących określeń używano już także na początku pełnoskalowej inwazji, kiedy to zamknięte z powodu zachodnich sankcji sklepy zdobiły tabliczki z informacją: "zamknięte z przyczyn technicznych".
Z kolei na niektórych lotniskach nie ma informacji o opóźnionych czy odwołanych lotach, a także o przyczynach - są za to "korekty rozkładów lotów". Natomiast gdy wstrzymywana jest praca lotnisk w obwodzie moskiewskim, podróżnym mówi się, że to przez opóźniony przylot maszyny, a nie ataki dronów.
- Ludzie rozumieją, że coś się dzieje, ale co dokładnie, nie jest takie jasne - mówi Aleksandra Arkhipova, dodając, że to celowa neutralizacja języka.
Źródło: "The New York Times"
















