Polak dostarczył na front 372 auta. Exen: To też moja wojna
Gdzie trwają najtrudniejsze walki, jak unika się dronów i dlaczego ukraińscy żołnierze śmiali się z Donalda Trumpa? W wywiadzie dla Interii opowiada o tym Exen, czyli Mateusz Wodziński - twórca największej w Polsce prywatnej akcji pomocy Ukrainie, który dostarczył na front setki samochodów terenowych.

Jakub Krzywiecki, Interia: Przez cztery lata wojny dostarczyłeś ukraińskiej armii 372 terenówki. Prezydent Zełenski odznaczył cię teraz "Orderem za Zasługi". Czujesz, że to też twoja wojna?
Mateusz Wodziński, Exen: - Od dawna wiem, że to moja wojna. Spędziłem tam tyle czasu, tylu ludzi poznałem, którzy walczą za swój kraj, że oczywiście czuję, że to moja wojna. Nie dlatego, że chcę im pomagać, że nienawidzę Rosji czy chcę, żeby Rosji było jak najgorzej. Dlatego, że Ukraińcy się bronią i jednocześnie działają w naszym interesie. Im dalej od nas rosyjskie wojsko, tym jesteśmy bezpieczniejsi.
Samochody na front kupujesz za pieniądze ze zbiórki. Dla wspierających to też nasza wojna? Zaangażowanie w pomoc Ukrainie zmieniło się przez cztery lata? Wspierających jest więcej, mniej? Jak dzisiaj wygląda zbieranie pieniędzy?
- Dzisiaj na pewno jest trudniej, to nie to samo co dwa-trzy lata temu. Ludzie mają dość tej wojny, są zmęczeni, tracą zainteresowanie. To nic dziwnego, tyle czasu to trwa. Uważam, że to naturalna kolej rzeczy. Z drugiej strony moja akcja jest dużo bardziej znana, niż na początku. Dużo więcej ludzi o niej wie i są tacy, którzy chcą wspierać ten wysiłek, więc to się jakoś równoważy.
Może ludzie są zmęczeni nie tylko czasem, ale też aferami, ukraińską biurokracją, korupcją. Masz wpływ na to, że twoje samochody trafiają rzeczywiście do żołnierzy?
- Zupełnie się nie dziwię, że ludzie mają dość tych afer, które niestety się pojawiają. Ale cała akcja jest pomyślana od samego początku w taki sposób, że mamy stuprocentową pewność, że przekazujemy auta do żołnierzy, którzy są na froncie. I że będą z nich korzystać w taki sposób, jak to było zaplanowane. Każde auto przekazujemy do rąk własnych.
Gdzie trafiają samochody? Gdzie dzisiaj są największe potrzeby?
- Można powiedzieć, że to się nie zmienia od lat. Przede wszystkim Donbas, tam sytuacja jest najtrudniejsza. Ale też na odcinek charkowski, bardziej na północ przy granicy z Rosją. Poza Donbasem teraz też sporo dzieje się na Zaporożu. Ukraińcy prowadzą tam minikontrofensywę. Założenie jest takie, że auta mają trafiać tam, gdzie toczą się najcięższe walki w danej chwili. Przez długi czas to był Bachmut, później Awdijiwka, potem Toreck.
Jak bardzo zbliżasz się do frontu?
- To też się zmienia. W pierwszych dwóch latach wojny byłem nawet na 800 metrów od ruskich pozycji. To był Bachmut, Awdijiwka, Toreck, ale wtedy jeszcze nie było dronów. Teraz drony FPV są wszędzie i nie można sobie na tyle pozwalać. Teraz nie podjeżdżamy bliżej niż 10-15 kilometrów od linii frontu. Aczkolwiek tam też już jest niebezpiecznie, bo drony atakują 30-40 kilometrów w głąb terytorium przeciwnika.
Przed dronami można się zabezpieczyć?
- Są zagłuszarki i wykrywacze dronów, ale my z nich nie korzystamy. Jedziemy z Polski na front, przekazujemy auta i wracamy, więc na froncie nie spędzamy dużo czasu. Mamy przekazać auto i wyjechać. Ale dla żołnierzy, medyków, którzy tam są cały czas, to absolutne minimum, bez tego nie poruszają się blisko frontu.
Na froncie rozmawiałeś z dziesiątkami, setkami żołnierzy. Wciąż chce im się walczyć? Duch patriotyzmu, który był w 2022 roku wciąż się utrzymuje?
- Na pewno widać zmęczenie, bo teraz zaczął się już piąty rok wojny. Ale myślę, że to zaszło tak daleko, że większość tych żołnierzy nie jest w stanie się pogodzić, że będzie rozejm i pójdą do domu. Że mają oddać Donbas i wtedy wojna się skończy. Myślę, że na to nie ma szans. Przez to paradoksalnie ten duch patriotyczny wśród tych, którzy walczą, jest większy, niż na początku. Przeszli już tyle, że nie widzą innej opcji, niż walczyć do sprawiedliwego końca.

- Jesteśmy tam regularnie, co dwa tygodnie. Pokonujemy te same trasy, widzimy, co się zmienia z miesiąca na miesiąc. Nie zmienia się jedno. Żołnierze tam cały czas są. Raz w lepszych, raz w gorszych nastrojach. Ale są pogodzeni, że wojna jest długa i że będą walczyć. To robi na mnie największe wrażenie, że wojna naprawdę długo trwa i ta walka się nie kończy.
Pamiętasz swój najgorszy, najniebezpieczniejszy moment podczas akcji pomocy?
- Było kilka niebezpiecznych sytuacji, szczególnie przez dwa pierwsze lata, jak podjeżdżaliśmy blisko frontu. Było kilka ostrzałów, które nie wiadomo, jak mogły się skończyć. Nie wiesz, co się może stać, nie wiesz, gdzie jesteś.
Paradoksalnie duch patriotyczny wśród tych, którzy walczą, jest większy, niż na początku. Przeszli już tyle, że nie widzą innej opcji, niż walczyć do sprawiedliwego końca
- Przede wszystkim nie wiesz jak, w którą stronę wyjechać, żeby było bezpiecznie. Myślę, że ten brak orientacji jest najgorszy, bo łatwo popełnić błąd. Dlatego do frontu zbliżamy się wyłącznie z żołnierzami, którzy są tam na co dzień, którzy znają trasy, aktualną sytuację, zagrożenia. Gdybyśmy robili to na własną rękę, mogłoby się skończyć źle.
Kiedy miałeś największą satysfakcję ze swojej akcji?
- Od dwóch-trzech lat maluję auta na czarny mat i dodaję białe oznaczenie, litery "EXEN". Zawieźliśmy ich już tyle, że teraz za każdym razem przy froncie w Donbasie spotykamy przypadkowo któryś z samochodów zawiezionych wcześniej. Są widoczne. To dla mnie najbardziej satysfakcjonujące, że te auta tam są i rzeczywiście pracują.

- Nawet ostatnio widziałem reportaż dziennikarki z Polski, która wrzuciła zdjęcia z wyjazdu na front. W tle było auto ode mnie. To budujące i mam poczucie, że to naprawdę ma sens.
Ale w całej akcji zdarzają się też absurdy. Na początku 2024 roku opisałeś jak na przejściu granicznym w Zosinie Straż Graniczna wyrzuciła was z kolejki, bo uznała, że zawożone samochody to towar eksportowy, a nie pomoc. Jest więcej takich sytuacji?
- Było ich dosyć sporo. Aczkolwiek teraz sytuacja się uspokoiła, nie mamy większych problemów. Zdarza się, że dostaniemy mandat za jakąś głupotę, ale to mniejsze sprawy. Bardziej chodzi o to, że w pewnym momencie, tak dwa lata temu, pomocy przez granicę szło bardzo dużo. Celnicy totalnie sobie z tym nie radzili, byli przytłoczeni. Myślę, że stąd brały się problemy. Teraz pomocy jest znacznie mniej, więc kolejki są dużo mniejsze i sytuacja na granicy jest spokojniejsza.
Jeszcze sprawa z sierpnia 2024 roku. Napisałeś o pogróżkach, które dostajesz ty i twoi bliscy. Wiesz kto za tym stał?
- Dostaję groźby cały czas. Oczywiście mam w internecie wielu zwolenników, ale też hejterów, którzy może nie tyle, że nienawidzą mnie, ale ogólnie są przeciwko pomaganiu Ukrainie. Albo są raczej za Rosją, chcą, żeby wygrała. Tak wyszło, że może stałem się dla nich symbolem polskiej pomocy Ukrainie i wyżywają się na mnie. Tego jest bardzo dużo, oni nie chcą, żeby Polska w jakikolwiek sposób pomagała Ukrainie. A ja jestem jednym z tych, którzy pomagają, więc w sumie logiczne, że mnie atakują. Natomiast ja do tego totalnie się już przyzwyczaiłem. Nie rusza mnie to w ogóle.
I będziesz pomagał dalej?
- Tak, tutaj nic się nie zmienia. Tylko pytanie, kiedy zakończy się wojna. Mnie wszyscy o to pytają i nie wiem. Pytam o to żołnierzy, oni też tego nie wiedzą. Tak naprawdę nie wiem, kto ma wiedzieć.
Jest jakiś horyzont czasowy, moment, w którym chciałbyś zakończyć pomoc?
- Nie, myślę, że wojna musi się zakończyć. Wtedy będzie można przystopować. Tylko nie wiadomo, jak to ma się skończyć. Nie wyobrażam sobie tego. Od dłuższego czasu było mówione, że Trump przyszedł do władzy i on zakończy wojnę. Ale na froncie wszyscy się z tego śmiali. Z obu stron, dla Ukrainy i Rosji, ta wojna to rozpędzona maszyna, której nie da się tak po prostu zatrzymać. On stwierdził, że będzie koniec wojny i wszyscy go posłuchają. No nie, tak się nie da i chyba Trump już się zorientował, że to wcale nie jest prosta sprawa.
- Tym bardziej, że Ukraińcom teraz może trochę lepiej idzie. Przez długi czas byli w trudnej sytuacji i stopniowo tracili koleje tereny. Czyli ruscy jakieś sukcesy jednak odnosili, dla nich to żadna motywacja, żeby zakończyć wojnę, jak mają postępy. Jedna i druga strona nie chce przegrać w obecnych warunkach. Tylko Ameryka chce, żeby wojna skończyła się teraz.
Rozmawiał Jakub Krzywiecki
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz na jakub.krzywiecki@firma.interia.pl













