Reklama

Reklama

Żołnierz w cienkiej sukience. Wspomnienia dziewczyny z powstania

2 października 1944 r. skończyło się powstanie warszawskie. Miało trwać trzy, może cztery doby. Upadło po 63 dniach. Dramatyczną walkę osamotnionych warszawiaków, trudne pożegnania, ale też niezwykłe uśmiechy losu i niewielkie, ale znaczące gesty umęczonych powstańców wspomina Halina Jędrzejewska, ps. „Sławka”, żołnierz AK, sanitariuszka batalionu „Miotła”. W dniach powstania przeszła cały szlak bojowy Zgrupowania „Radosław”.

Spotykamy się na Starej Ochocie, w mieszkaniu Haliny Jędrzejewskiej. Dopiero pod koniec lat siedemdziesiątych udało się jej odzyskać prawa do tego miejsca. Piękna kamienica z przestronnym podwórkiem. Stąd właśnie po raz pierwszy w czasie powstania warszawskiego przeprowadzono przekopem do kanału oddział powstańców.

Kanały to jedno z najgorszych wspomnień "Sławki". Mokre były, ciemne i śmierdzące. - Nie było wyjścia i dałam radę - stwierdza. I dodaje ze śmiechem: - Bo co innego miałam zrobić?

Często się uśmiecha i żartuje. - Powiem pani coś śmiesznego - wtrąca kilka razy i opowiada okupacyjno-powstańcze anegdotki. Ale też zamyśla się na krótki chwile. Wtedy szklą jej się oczy. Pierwszy raz, gdy mówi o rozstrzelanym ojcu...

Reklama

Justyna Tomaszewska, Interia: To z tego mieszkania wyszła pani do powstania?

Halina "Sławka" Jędrzejewska: - Tak, to było 1 sierpnia 1944 roku, gdzieś pewnie koło czwartej, może wpół do czwartej. Wyszłam późno, bo nie dotarła do mnie informacja o godzinie "W". Był dokładnie ułożony plan postępowania. Rozkaz miał trafić do jednej z naszych koleżanek i potem kolejno do czterech pozostałych. Ja byłam piąta, ostatnia w tej kolejce. Złożyło się tak, na szczęście dla mnie, że koło drugiej przyszedł do mnie kolega. Chciał się pożegnać przed walką. Ja się najpierw zdziwiłam, że on już coś wie. Potem się przeraziłam, że ja nie wiem. Od razu pojechałam do tej mojej koleżanki, która miała mnie zawiadomić o godzinie wybuchu powstania i punkcie koncentracji. I znowu miałam szczęście. Kilka razy się tak ułożyło w czasie powstania, że ono naprawdę mi dopisywało.

- Spotkałam ją w drzwiach. "To ty jedziesz do mnie?" - zapytałam. "Nie zdążyłabym, jadę na punkt koncentracji" - odpowiedziała. Gdybym nie przyjechała do niej, to bym nie wiedziała, gdzie mam się zgłosić! Ale nic, nie było czasu się zastanawiać. Dałyśmy sobie buzi, powiedziałyśmy "do widzenia". Ona mi powiedziała, co mi miała powiedzieć. I pognałam do domu, żeby się pożegnać z rodzicami i wziąć torbę sanitarną.

Rodzina wiedziała, że pani idzie do powstania?

- Rodzice wiedzieli sporo, bo w naszym mieszkaniu dużo się działo. Tu, w tym pokoju właśnie, odbywały się wykłady z anatomii tajnego Uniwersytetu Warszawskiego. Moja siostra była jego studentką. Nie wiem dokładnie, ilu przychodziło studentów, bo ich nigdy razem nie widziałam. Jak już zamknęli się w pokoju, to się tam nie wchodziło. Moja mama i moja siostra zawdzięczają życie lekarzowi, który prowadził te wykłady.

Co takiego zrobił?

- Po tym jak tu Niemcy weszli, mój ojciec został rozstrzelany w grupce kilkunastu mężczyzn. Mama została z moją siostrą. Danusia była sanitariuszką w szpitaliku, który znajdował się obok naszego domu, na Mianowskiego 15. To był całkowity przypadek, że dostała ten przydział, ale dzięki temu mogła być przy rodzicach. Nie zdecydowała się ewakuować kanałami z oddziałem. Kiedy ojca zabrano, zostały we dwie. Mama była w opłakanym stanie. Przeszły przez "Zieleniak", a potem trafili do obozu w Pruszkowie.

- Tam działało ambulatorium, stworzone przez lekarzy Armii Krajowej. Kiedy do obozu przywożono kolejną grupę, sanitariusze sprawdzali, kim się trzeba zająć w pierwszej kolejności. W pewnym momencie ten lekarz, który wykładał w naszym mieszkaniu, zobaczył moją siostrę. Zawsze się śmieję, kiedy o tym pomyślę. Bo wie pani, co on powiedział, kiedy zobaczył Danusię? "Danka, ale skądeś ty się tu wzięła?!". To pytanie było nie z tej ziemi w tych wojennych warunkach.

- On właśnie zajął się mamą i siostrą. W końcu trafiły do Milanówka, a nie do Auschwitz. Tak ocalały.

Szła pani do powstania i myślała "trzy, może cztery dni i koniec"...

- Tak, tak wszyscy myśleli! Nie byłam odosobniona. Przecież my ze sobą nic nie miałyśmy! Mówię o tej naszej piątce sanitariuszek z oddziału "Miotła" Władysława Franciszka Mazurkiewicza, ps. "Niebora". To było normalne. Nikt się na powstanie nie pakował. Miałyśmy tylko torby sanitarne. Nawet sweterka nie wzięłam, założyłam tylko cienką sukienkę.

- Dni były upalne, ale noce zimne. Pamiętam pierwszą noc po zdobyciu Monopolu. Najpierw deszcz. Pamiętam, jak szłam z oddziałem, w końcu sanitariuszka liniowa. Skradaliśmy się do ataku pod murem. Padał deszcz, co w zasadzie nam pomogło, bo tłumiło nasze kroki. Atak się udał. Potem siedziałyśmy z koleżanką na kamiennych schodach Monopolu i trzęsłyśmy się z zimna. Pani sobie nie wyobraża, jak nam było strasznie zimno!

To było 1 sierpnia. Walczyła pani 63 dni. Z torbą sanitarną w ręku. Ramię w ramię z kolegami z batalionu. Jak wspomina pani ostatnie dni powstania?

- Byliśmy wtedy na Książęcej. Koło 6-7 września przeszliśmy tam z Czerniakowa. Tam już zostaliśmy do końca powstania i stamtąd wyszliśmy do niewoli. Tak, w kolumnie szliśmy do niewoli...

- Pamiętam jak zaczęły do oddziału docierać wiadomości, że prowadzone są rozmowy kapitulacyjne. Najpierw nie chcieliśmy w to wierzyć. Uważaliśmy, że ktoś nam tak tylko mówi, żeby nasze nastroje obniżyć. Nie wierzyliśmy w to. W końcu jak przyszedł dowódca. Powiedział, że trwają rozmowy kapitulacyjne i trzeba brać pod uwagę to, że za parę dni powstanie się skończy. Dowódcy uznali, że dalej się nie utrzymamy, że straty są ogromne ponoszone. Nie ma pomocy znikąd...

---

Posłuchaj fragmentu wspomnień Haliny Jędrzejewskiej:

---

- Wie pani co? To jest dziwaczne. Jak myśmy do ostatniego dnia liczyli - ja mówię o swoim oddziale, ale na pewno było podobnie w innych oddziałach - że jednak jakaś pomoc, choćby w ostatniej chwili przyjdzie. Dziś, gdy  patrzę na to z perspektywy, wydaje mi się nieprawdopodobne: zmordowani, głodni, brudni, słabi już, przemarznięci. Że myśmy wciąż chcieli walczyć? To jest dla mnie ciągle zagadka.

- Mówię o tym, bo to jest prawdziwe. Nie opowiadam tego po to, żeby pani myślała, że byliśmy tacy nadzwyczajni, tacy bohaterzy do końca: będziemy walczyć i ginąć. Naprawdę liczyliśmy na to, że pomoc jednak będzie.

- Przecież wtedy osiemnastego (września - red.), jak samoloty amerykańskie nadleciały, myśleliśmy, że to desant. Co to była za radość! Tylko patrzyliśmy w niebo i dziwiliśmy się, że nie widać, że ludzie spadają.

Spadały paczki, a i tak na stronę wroga.

- W 80 procentach na teren niemiecki! Pomoc była spóźniona. Gdyby nam przysłali broń w porę, to też byłoby inaczej. Już nie mówię o Rosjanach, którzy siedzieli naprzeciwko za Wisłą.

- Jeden z powstańców ułożył wierszyk, który zaczynał się tak: "Przybądź wreszcie, czerwona zarazo!" To wyrażało nasze poglądy na sprawę: wiadomo, kim jesteście, ale jeśli macie przyjść z pomocą, to przychodźcie. Najwyższa pora!

- Od kiedy dowiedzieliśmy się, że powstanie się kończy, nastroje bardzo się obniżyły. Było nam strasznie, strasznie smutno, że taki jest finał naszej walki. Że za parę dni opuścimy miasto. To było już zarysowane, jak wyjdziemy, gdzie złożymy broń. W naszym batalionie postawiono sprawę tak: jeśli ktoś ma rodzinę w Warszawie i chce do niej dołączyć, to niech idzie. Jeśli ktoś niezależnie od bliskich chciałby kapitulować z cywilami, to dowódca nie zgłasza sprzeciwu. Większość jednak zdecydowała się pójść razem, jako żołnierze. Ja też. Tym bardziej, że miałam przeświadczenie, że zostałam bez rodziny. Takie dotarły do mnie informacje.

Kiedy się pani dowiedziała, że mama i siostry jednak żyją?

- O najstarszej siostrze Wandzie, bardzo późno, dopiero po wojnie. Ona była w partyzantce. Wiedziałam tylko tyle, że jest na północnym wschodzie kraju. Wyszła w czerwcu 1943 roku do oddziału. Jeśli chodzi o Danusię, to nie znałam jej przydziału. Myśmy nic o sobie nie wiedziały.

To była niesamowita konspiracja.

- Ale taka musiała być! Żeby tych aresztowań i wpadek było jak najmniej, należało mieć tylko absolutnie niezbędne informacje. Jak najmniej adresów, jak najmniej telefonów. Jak najmniej pseudonimów, bo nazwisk to przecież w ogóle nie.

Myśli pani wciąż o sobie "Sławka"?

- Tak, cały czas. Bardzo długo było tak, że ja w ogóle nie reagowałam na swoje imię. Jak ktoś zawołał: "Halina, Halinka!", to nic. Jeszcze na "Halszkę" reagowałam, dlatego że w domu i w szkole byłam Halszką.

- Pamiętam, jak nas z Warszawy wywozili do obozu jenieckiego. Stałam sama na peronie przed wagonami, bo moje koleżanki - te które przeżyły - zdecydowały, że pójdą z rodzinami. Chłopcy byli ładowani osobno.

- Raptem usłyszałam wołanie "Halszka!". Nie skojarzyłam tego ze sobą, jeszcze w głowie miałam "Sławkę". To był mój nie tylko powstańczy, ale i konspiracyjny pseudonim. "Halszka! Halszka!" - powtarzało się. Miałam wrażenie, że to znany mi głos. Szłam w kierunku, z którego dochodził. I okazało się, że woła mnie moja bardzo dobra koleżanka z sąsiedztwa. Ona już siedziała w wagonie ze swoimi przyjaciółkami. Tym sposobem znalazłam się w tzw. rodzinie pięcioraków. Tak nas nazywano w obozach. Myśmy się od tego spotkania na peronie zawsze trzymały w pięć.

Potem trafiłyście do obozu jenieckiego.

- Najpierw do Sandbostel, potem do Oberlangen.

- Głód był potworny. W Oberlangen na parę tygodni przed uwolnieniem to naprawdę było okropnie. Niektóre z nas w ogóle nie wstawały z prycz. W Sandbostel nie miałyśmy prycz, tylko leżałyśmy na mokrej podłodze.

- A jakie te moje dziewczyny były! W Sandbostel przebywał też narzeczony mojej starszej siostry. Walczył w "Baszcie", do obozu trafił przede mną. Jakoś mnie odnalazł. Raz, choć to było trudne, bo nie zawsze był łaskaw pan Niemiec pozwolić, ale można było dostać przepustkę - odwiedził mnie w naszym baraku kobiecym.

- Poznaliśmy się, nasza piątka i on. Tadeusz, bo miał na imię tak, jak mój przyszły jeszcze wtedy mąż, bardzo źle wyglądał. Po latach się okazało, że chorował w tym czasie na ciężką gruźlicę. W prezencie przyniósł nam słoik dżemu. Ach, co to wtedy znaczyło! Przy tym głodzie. Myśmy nie chciały wziąć. Ale on się uparł i nam to zostawił.

- Za parę tygodni miał przyjść znowu. Byłam uprzedzona grypsem. Chciałam mu oddać swoją porcję chleba, ale dziewczyny powiedziały, że nie ma mowy, że one też oddadzą swoje porcje i Tadeusz dostanie od nas cały nasz chleb. Znowu były przepychanki, ale w końcu przyjął ten prezent. To tak na marginesie opowiadam, żeby pani wiedziała, jakie gesty się zdarzały w tym okropieństwie obozu.

- W Sandbostel na przykład od czasu do czasu rozdawali ziemniaki. Byłyśmy po kolei dyżurnymi. Wtedy każda z nas, pamiętam dokładnie, starała się z kotła wybrać te kartofle tak, żeby swoim przyjaciółkom nie dać większych. Żeby nie być posądzonym o jakąś stronniczość. Takie były te historie. Niby drobne. A tak naprawdę znaczące.

Dlaczego trzeba mówić o powstaniu?

- Żeby młodzi wiedzieli, jak było. I żeby nie słuchali takich bajek, że gdyby nie było rozkazu, to powstanie by i tak wybuchło. To jest bajka. Uważam, że powstanie musiało wybuchnąć - to jest mój osobisty pogląd, którego nie zmienię pewnie aż do śmierci. Moim zdaniem, powstanie musiało i powinno wybuchnąć, mimo wszelkich strat. W końcu straciłam członków rodziny i przyjaciół, bardzo bliskich mi ludzi. Może powinnam myśleć inaczej.

- Natomiast opowiadanie, że gdyby nie było rozkazu, to i tak by się rozpoczęło, jest nieprawdziwe. Byliśmy wojskiem zdyscyplinowanym. Słabiej wyszkolonym niż normalne wojsko, młodym na ogół, ale bardzo zdyscyplinowanym. Nigdy w życiu nie poszlibyśmy walczyć bez rozkazu. Przecież jak byliśmy skoszarowani te dwa-trzy dni przed powstaniem, ludzie byli bardzo niezadowoleni, jak odwołano rozkaz. Wszyscy chcieli walczyć.

- Tak samo, jak chcieli walczyć wtedy, gdy powstanie dobiegało końca, gdy słyszeliśmy o możliwej kapitulacji. Jak to ludzi denerwowało! Niektórzy wręcz płakali. Uważaliśmy, że ktokolwiek chciałby nam pomóc, czy z prawa, czy z lewa, czy zza Wisły, czy z powietrza, to będziemy kontynuować.

"Biegłam po wolność ul. Wolność" - tak wspomina pani godzinę "W". Kiedy poczuła się pani prawdziwie wolna?

- Kiedy? Wtedy właśnie, 1 sierpnia 1944 r., jak zobaczyłam tego chłopaka z orzełkiem na czapce, biało-czerwoną opaską na ramieniu i bronią w ręku.

Rozmawiała Justyna Tomaszewska


-------

2 października 1944 roku w Ożarowie płk. Zygmunt Dobrowolski i płk. Kazimierz Iranek-Osmecki podpisali układ o zaprzestaniu działań wojennych. W mieście zaprzestano walk już ok. godz. 21.00.

Rada Jedności Narodowej i Krajowa Rada Ministrów wystosowały "Apel do ludów świata": "Krwi swej nie chcieliśmy oszczędzać, ale brak pomocy uczynił tę walkę całkowicie beznadziejną. Staje się więc rzecz, za którą odpowiedzialność spada na te czynniki, które tę pomoc uniemożliwiły [...] Ta kapitulacja stanie się niewątpliwie piekącym wyrzutem dla świata".

Prezydent Raczkiewicz (w radiowym przemówieniu do kraju): "Bohaterscy obrońcy Warszawy, bohaterska ludności stolicy: jako Głowa Państwa i najwyższy Zwierzchnik Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej zaświadczam wobec całego świata, że spełniliście do końca swój żołnierski i obywatelski obowiązek".

Premier Mikołajczyk (w radiowym przemówieniu do kraju): "Przysięgamy na pamięć tych, co polegli, i na krew przelaną, że nie zmarnujemy i nie pozwolimy uszczuplić ani umniejszyć tego kapitału, który oni zaskarbili, pokazując światu, że dla Polaka nie ma ceny, której by nie zapłacił za prawdziwą wolność i niepodległość".

------

Zobacz więcej: Powstanie Warszawskie. Kalendarium walki i osamotnienia

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy