Reklama

Reklama

Zbigniew Religa dokonał udanej transplantacji serca

Zanim stanął przy operacyjnym stole i wziął do ręki skalpel, musiał zburzyć etyczne bariery i pokonać potężny opór medycznego środowiska. Samej transplantacji się nie bał, bo - jak przyznał - „trenował na zwłokach”. Mimo problemów z dawcą i mimo braku benzyny w karetce pogotowia, do transplantacji jednak doszło. 5 listopada 1985 roku „pomocnik Boga”, Zbigniew Religa, dokonał pierwszego w Polsce udanego przeszczepu serca, otwierając nowy rozdział kardiochirurgii.

Pomysły młodego, ambitnego lekarza od razu napotkały na sprzeciw ówczesnych autorytetów medycznych, a samą decyzję o transplantacji naukowcy skwitowali krótko i wymownie jako "skok do basenu bez sprawdzania czy jest w nim woda".

Reklama

Religia w swym postanowieniu jednak trwał i od bodaj jednej z najtrudniejszych w jego życiu operacji nie odwiódł go nawet telefon od medycznej sławy, profesora Jana Nielubowicza.

"Profesor wiedział, że szykuję się do takiego przeszczepu i bardzo mnie prosił, żebym go nie przeprowadzał. Powiedział, że jak mnie się ta operacja nie uda, to on sam nie będzie mógł zrealizować swojego największego marzenia - przeszczepienia wątroby" - przyznał w jednym z wywiadów Religa.

Miał też świadomość, że pobierając narząd od pacjenta, którego mózg nie pracuje, ale serce bije, dokona czegoś, co nie jest powszechne akceptowane, choć prawo na to pozwala. Presja społeczna była ogromna, zwłaszcza że pierwszy taki zabieg przeprowadzony w Polsce, przez profesora Jana Molla w  1969 roku, zakończył  się porażką. Pacjent zmarł na operacyjnym stole. 

Z bijącym sercem na sygnale

Szanse na sukces od początku były nikłe, żeby nie powiedzieć, że ocierające się o porażkę. Z całego zespołu, który miał przeprowadzać transplantację, gruntownie przygotowany był jedynie sam Zbigniew Religa. Dla pozostałych była to całkowita nowość. W dodatku pojawił się problem z dawcą. Chętnych do orzeczenia śmierci mózgu u pacjenta było niewielu, a bez tego organu pobrać nie wolno.

Ostatecznie jednak udało się. Z pomocą przyszli lekarze ze Szpitala Wolskiego i do przeszczepu doszło. Poprzedziła go jeszcze rozmowa z matką dawcy, którą poinformowano nie tylko o śmierci syna, ale i o tym, że jego jeszcze bijące serce "dostanie" ktoś inny.

Wszystko zostało dopięte na ostatni guzik, ale misternie ułożony plan mógł zniweczyć... pusty bak karetki wiozącej pacjenta z Warszawy do Zabrza.

"Kierowca zatrzymał się na stacji benzynowej. Nie miał jednak kartek na benzynę i nie chciano mu wydać paliwa" - wspominał w wywiadzie z Janem Osieckim Religa.

"Załoga karetki niemal sterroryzowała kierownika stacji benzynowej. Nie wiem, jakim cudem, ale udało im się wymusić zgodę na skorzystanie z jego służbowego telefonu. Dzwonili po 'wszystkich świętych' z partii. I w końcu ktoś kazał temu człowiekowi sprzedać im benzynę bez kartek" - dodał profesor.

"Perfekcyjny zabieg"

62-letni rolnik z Krzepic dostał nowe serce, a pionierską operację oficjalnie uznano za udaną, mimo że pacjent przeżył jeszcze tylko dwa miesiące. Pokonała go sepsa, którą spowodowało przyjmowanie nadmiernej ilości leków  obniżających odporność. W ocenie profesora Andrzeja Bochenka, który uczestniczył w operacji, "pod względem chirurgicznym pierwszy przeszczep został wykonany perfekcyjnie".

Kolejne wielkie dokonania medyczne profesora Religi nie odbiły się już tak szerokim echem jak nowatorski zabieg z 5 listopada 1985 roku, o którym rozmawiano w każdym polskim domu. Pionierem jednak pozostawał, a jego osiągnięcia zapisały się na kartach historii polskiej kardiochirurgii.

Do tych największych zaliczyć należy nowatorski przeszczep płuc i serca, przeprowadzony w 1986 roku, oraz zabieg leczenia przewlekłej zatorowości płucnej. Prof. Religa stworzył też prototyp sztucznego serca i zastawki biologicznej.

Religia o sobie mówił skromnie: "W moim życiu układa się tak, że najpierw są porażki, a dopiero później przychodzi sukces". Tych ostatnich z jego udziałem można naliczyć całe mnóstwo, bo nigdy się nie poddawał i każde niepowodzenie przekuwał w zwycięstwo.

Przegrał jedynie z rakiem, co nie oznacza, że z nim nie walczył. "Umrę na nowotwór, ale choroba mojego zachowania nie zmienia" - powtarzał do końca.

Odszedł 8 marca 2009 roku, a pamięć o nim trwa. Nikogo to nie dziwi. Ten wielki człowiek pozostawił po sobie wielkie dokonania!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje