Reklama

Reklama

Z Wołynia do Libanu, przez piekło Syberii

W czasie II wojny światowej i tuż po jej zakończeniu w Libanie osiedliło się około sześciu tysięcy Polaków, głównie kobiet i dzieci. W tej grupie była również Przemysława Hernacka.

Korespondencja własna z Libanu

Reklama

Dziś starsza pani wciąż mieszka w Ghazirze, mieście przyległym do Bejrutu, w pięknej willi na wzniesieniu, z okien której rozpościera się widok na Morze Śródziemne.

Zostało po nas wiele grobów

- Mam tu swój raj na ziemi - mówi pani Sława, gdy siadamy na tarasie z drugiej strony domu, w otoczeniu bujnej zieleni, mając przed sobą kolejne wzniesienie pełne oliwkowych drzewek.

Trudno nie przyznać jej racji.

Lecz droga do tego raju wiodła przez zimowe piekło Syberii, gdzie 8-letnia Przemysława trafiła wraz z matką i bratem w 1940 roku. Wcześniej, w rodzinnym Zdołbunowie na Wołyniu, NKWD zatrzymała i skazała na zsyłkę ojca mojej rozmówczyni. Mężczyzna przepadł bez wieści.

Pani Sława niechętnie opowiada o pobycie w Związku Radzieckim. O tym, że były to dramatyczne doświadczenia, świadczyć może to jedno zdanie, którym opisuje przerzut do Iranu, w 1942 roku, wraz z żołnierzami armii Andersa.

- Zapakowali nas jak zwierzęta, do bydlęcych wagonów - wspomina, po czym milknie na kilkanaście sekund.

Iran znajdował się wówczas pod zarządem brytyjskim, ale również lokalne władze i zwykli Persowie stawali na głowie, by najpierw podratować wyniszczonych fizycznie uchodźców, a później zapewnić im godziwe warunki do życia.

- Chodziliśmy do szkoły, polskiej szkoły - podkreśla pani Sława. - Dostawaliśmy nawet kieszonkowe.

Mimo tych wysiłków na terenie Iranu - na skutek złego stanu zdrowia - zmarło niemal trzy tysiące polskich uchodźców (i ponad sześciuset żołnierzy gen. Andersa). Jeśli zestawimy to z liczbą czterdziestu trzech tysięcy cywilów, którym dane było ewakuować się z ZSRR, uzyskamy bardzo wysoki wskaźnik śmiertelności.

- Zostało po nas wiele grobów - starsza pani uśmiecha się smutno.

Lęk przed powtórką z historii

W sumie w irańskim Isfahanie Hernaccy spędzili cztery lata. W 1946 roku, wraz z dwoma tysiącami innych Polaków, głównie dzieci, zostali przeniesieni do Libanu.

- Jak Was przyjęli Libańczycy? - pytam.

Kobieta rozpromienia się gwałtownie.

- Wspaniale - zapewnia. - Zwykli ludzie kupowali nam jedzenie, wciskali do kieszeni pieniądze. Widać było, że bardzo nam współczują - tego, że mimo końca wojny nie mogliśmy wrócić do swojego kraju. Miałam wtedy 14 lat, nie byłam już małym dzieckiem. Niemal z miejsca zakochałam się w Libanie.

A później w Libańczyku. W 1950 roku Hernacka postanowiła przenieść się do Londynu, by tam skończyć studia. Jednak po roku przerwała naukę i wróciła pod Bejrut w towarzystwie poznanego w brytyjskiej stolicy libańskiego urzędnika. To wówczas, już jako pani Hernacka-Azzi, podjęła ostateczną decyzję o pozostaniu w Libanie. Jak zapewnia, nigdy jej nie żałowała - nawet wtedy, gdy druga ojczyzna pogrążyła się w koszmarze wojny domowej.

Ów konflikt zostawił nie tylko fizyczne ślady - są one widoczne także w postawach i opiniach wielu Libańczyków. Pani Sława, choć na własnej skórze doświadczyła uchodźczej niedoli, niechętnie patrzy na uciekinierów z pobliskiej Syrii. Boi się ich masowego napływu. To strach przed powtórką z historii. Libańczycy wciąż pamiętają, czym stały się obozy dla palestyńskich uchodźców, rozlokowane na terenie ich kraju. Jak faktyczna eksterytorialność tych miejsc i wylęgające się tam terrorystyczne idee, destabilizowały Liban. I czym skończyły się odwetowe ataki chrześcijańskich bojówek z 1975 roku. Dziś wielkich obozów już się nie tworzy, ale w liczącym 4 mln mieszkańców kraju schronienie znalazło niemal 1,2 mln syryjskich uciekinierów, w większości muzułmanów. Sama ich liczba rodzi obawy o przyszłość kruchej stabilności, opartej o religijny parytet, uwzględniający interesy wszystkich najważniejszych wspólnot.

- Chciałabym, żeby Syryjczycy jak najszybciej wrócili do siebie - deklaruje starsza pani.

Ona sama nie myśli nawet o odwiedzeniu Polski, czy rodzinnych stron, leżących dziś na terytorium Ukrainy.

- Nie czuję takiej potrzeby - mówi wprost. Wciąż świetnie włada polskim, ale z córką Janiną porozumiewa się po francusku. - W moim wieku każda podróż mogłaby okazać się tą ostatnią. A byłby sens stąd wyjeżdżać? - pyta retorycznie. - To wszystko moja ziemia - kreśli dłonią odległe granice rodzinnej posiadłości, nie kryjąc przy tym dumy.

*          *          *

W 1951 roku, na znak wdzięczności za przyjęcie tysięcy polskich uchodźców, rząd RP na uchodźctwie przyznał ówczesnemu prezydentowi Libanu, Biszarze Al-Churiemu, Order Orła Białego.

Marcin Ogdowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje