Reklama

Reklama

Z braku dowodów...

"Cold cases" - zagadki, których nie rozwikłano; morderstwa, których sprawców nie zidentyfikowano; osoby, których nie odnaleziono. Elegancki i dyskretny sposób, by ukryć, że policja zawiodła, że na którymś etapie śledztwa popełniła błąd, że zabrakło jej dowodów.

Na całym świecie są tysiące, jeśli nie setki tysięcy, "zamrożonych spraw". I każdego roku przybywają kolejne. Archiwa amerykańskich posterunków policji pełne są niezamkniętych śledztw. Wszystkie czekają na pojawienie się nowych dowodów lub kreatywność kolejnych detektywów przejmujących dochodzenia. Nadzieja głównie w nowoczesnej medycynie sądowej dostarczającej możliwości, o których nawet nie śniło się śledczym jeszcze 15 lat temu.

Reklama

Opinia publiczna zawsze lubiła "cold cases". Skrupulatnie śledziła kolejne "przełomowe" zwroty w śledztwie, z upodobaniem relacjonowane przez media (kogo z nas nie interesują dziś kolejne doniesienia w sprawie Madeleine McCann). Nie potrafiła oprzeć się urokowi tajemnicy, która nieodłącznie towarzyszy "zamrożonym sprawom". W publicznej świadomości zapisało się ich zwłaszcza kilka, między innymi tajemnica morderstwa Elizabeth Short, 22-letniej kelnerki, która marzyła o karierze w Hollywood.

Makabryczne odkrycie

To był zimny, pochmurny poranek. Betty Bersinger szła ze swoją trzyletnią córeczką odebrać buty od szewca. Beztrosko rozmawiały, gdy coś na poboczu przykuło uwagę Betty. Z daleka wyglądało na zepsuty sklepowy manekin. Kiedy jednak przyjrzała się bliżej, krzyknęła i natychmiast zakryła oczy swojej córce.

W trawie leżały przecięte na pół zwłoki młodej kobiety (po odciskach palców policja ustaliła, że należały do Short). Morderca ułożył ręce ofiary ponad głową, pod kątem 45 stopni. Dolną połowę ciała przesunął o 30 centymetrów w bok w stosunku do torsu, nogi szeroko rozłożył. Jelita misternie schował pod pośladki. Twarz makabrycznie oszpecił - w kącikach ust wyciął nożem kilkucentymetrowe otwory, które przydały jej wyrazu obłąkanego klauna. Dokładnie umył ciało z krwi. Ślady po sznurze na nadgarstkach i kostkach u nóg pozwalają przypuszczać, że kobieta była torturowana przed śmiercią.

"Czarna Dalia"

"Czarna Dalia", jak nazywali Beth niektórzy znajomi (z uwagi na uwielbiany przez nią kolor czarny) była piękną i tryskającą życiem dziewczyną. Swoją urodę umiała wykorzystywać, wiedziała jakie wrażenie robi na mężczyznach. Zmieniała ich jak rękawiczki. Miała słabość do mundurowych. Pozwalała zabierać się na wycieczki, stawiać sobie obiady, kupować drogie sukienki. Nie miała zresztą wielkiego wyboru - pensja kelnerki nie pozwalała na wiele, a Beth kochała być "na bieżąco". Jej marzeniem było Hollywood. Wcześniej planowała zostać modelką. W tym celu chciała przenieść się do Chicago. W styczniu 1947 roku pisała o tym w liście do przyjaciela - na siedem dni przed śmiercią.

Ostatnią osobą, która widziała "Czarną Dalię" żywą, był Robert Manley, niedawno poznany znajomy. 9 stycznia odwiózł ją z San Diego do Los Angeles. Twierdziła, że w hotelu Biltmore jest umówiona z siostrą, u której chciała później zamieszkać. Manley zostawił Beth w recepcji około 18.30, a sam wrócił do San Diego.

Dowiedz się więcej na temat: policja | ciało | levy | tajemnica | sprawca | rock | żona | śledczy | Hollywood | morderca | Nie | dziewczyny | zwłoki | morderstwa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje