Reklama

Reklama

To, co początkowo było niegroźne, zamieniło się w koszmar

​Paul O’Rourke to uzależniony od iPhone’a przeciwnik nowoczesnych technologii, dentysta, który nie może rzucić palenia i ateista, nietracący wiary w Boga. Pewnego dnia odkrywa z przerażeniem, że ktoś podszywa się pod niego w sieci, tworząc jego stronę internetową, profil na Facebooku i konto na Twitterze. To, co początkowo stanowi niegroźne pogwałcenie prywatności, powoli zamienia się w koszmar.

Zawieszony między światem realnym a wirtualnym, Paul próbuje odkryć, dlaczego ktoś kradnie mu tożsamość. Musi stawić czoło swojej trudnej przeszłości i zmierzyć się niepewną przyszłością.

Reklama

Wstać znowu o ludzkiej porze przezabawnie przedstawia absurdy współczesnego świata i jednocześnie stawia poważne, odwieczne pytania o sens życia, miłość i prawdę. To książka głęboko poruszająca i zaskakująca.

FRAGMENT KSIĄŻKI:

USTA TO DZIWNE MIEJSCE. Ani całkiem w środku, ani na zewnątrz, ani skóra, ani narząd, tylko coś pomiędzy tym a tym: ciemne, wilgotne, umożliwiające dostęp do wnętrza, którego większość ludzi wolałaby nie oglądać - gdzie zaczyna się rak, gdzie pęka serce, gdzie może nie objawić się dusza.

Zachęcałem swoich pacjentów do czyszczenia zębów nicią. Czasami to było trudne. Powinni je nitkować. Nitkowanie zapobiega chorobom przyzębia i może przedłużyć życie nawet o siedem lat. Ale jednocześnie jest czasochłonne i zasadniczo upierdliwe. Chociaż dentyści tego nie mówią. Facet wraca do domu, wypiwszy cztery czy pięć drinków: ale świetny wieczór, wokół zabawa - i biorąc nić, zadaje sobie pytanie: Po co to? W końcu i tak serce się zatrzymuje, komórki umierają, neurony przestają przewodzić sygnały, bakterie zżerają trzustkę, muchy składają jajeczka, robaki przegryzają się przez ścięgna i więzadła, skóra zamienia się w wiejski twaróg, kości się rozkładają, a zęby zostają uniesione przez wodę. Ale wtedy przychodzi ktoś, kto nigdy w życiu nie nitkował zębów - obraz niewyobrażalnego zaniedbania i niepotrzebnego cierpienia: spróchniałe zęby, opuchnięte dziąsła, jeden wielki chodzący łańcuch infekcji, począwszy od szkliwa, a skończywszy na nerwach - i znowu budzi się we mnie to, co nazywam nadzieją, odwagą, a przede wszystkim sprzeciwem, i przez kilka następnych dni od nowa powtarzam wszystkim pacjentom: "Musi pan nitkować, proszę nitkować, nitkowanie jest bardzo ważne".

Dentysta to tylko w połowie lekarz, którym się mieni. To, że w połowie jest też przedsiębiorcą pogrzebowym, zachowuje dla siebie. Te chore miejsca, które próbuje leczyć. Te martwe, które usiłuje ukryć. Wierci dziury, usuwa to, co zepsute, wypełnia ubytki i maskuje ślady. Wyrywa ząb, bierze wycisk, dobiera odcień i wstawia protezę. Otwarte ubytki to oczodoły czaszki, a trzonowce - nagrobki.

Nazywamy to praktyką, nigdy nie biznesem, ale ciesząca się powodzeniem praktyka stomatologiczna stanowi prawdziwy biznes. Ja zaczynałem od gabinetu bez okien, z dwoma fotelami w Chelsea. W końcu przeniosłem się do małej kliniki na Park Avenue. Stałem się właścicielem połowy parteru w apartamentowcu o nazwie Aftergood Arms. We wschodnim skrzydle mieściło się biuro rachunkowe Bishop & Bishop - wówczas podejrzewane o "kreatywną księgowość".

Park Avenue to najbardziej elegancka ulica na świecie. Odźwierni wciąż ubierają się jak w latach czterdziestych, noszą czapki i rękawiczki, otwierają drzwi matronom i ich pieskom. Markizy sięgają aż do krawężników, żeby nikt nie zmókł w deszczowy dzień, wysiadając z taksówki albo do niej wsiadając, a pod stopami biegnie dywan, przeważnie zielony, czasami czerwony. Przy odrobinie wyobraźni można niemal odtworzyć czasy konnych powozów, kiedy pierwsi bogaci osadnicy płci obojga, manewrując laskami i spódnicami na halkach, próbowali pokonać błoto. Manhattan przeżywa wstrząsy. Sąsiednie dzielnice przechodzą metamorfozy. Miasto zmienia się, gdy śpisz. Jednak Park Avenue pozostaje Park Avenue, na dobre i na złe - zamożne, dostojne, stanowiące kwintesencję Nowego Jorku.

Żeby urządzić klinikę, zaciągnąłem duży kredyt. A starając się jak najszybciej go spłacić, postąpiłem wbrew radom wykonawcy, zastrzeżeniom pani Convoy, własnej intuicji i generalnie zasadom stomatologów na całym świecie. Zrezygnowałem z prywatnego pokoju. Na jego miejsce wstawiłem piąty fotel i przez następne dziesięć lat zaharowywałem się, obsługując pięć foteli w pięciu gabinetach, narzekając na brak prywatności i zgarniając fury pieniędzy.  

Zawsze coś było nie tak. Narzekanie nie pomagało. Czasami naprawdę miałem już dość. Mówiłem sobie, że muszę się pozbierać. Czy mogło być coś lepszego niż kwitnąca praktyka stomatologiczna ze mną samym jako szefem? Nie pracowałem dłużej niż wy, z wyjątkiem czwartków. W niektóre czwartki nie wychodziliśmy z pracy przed dziesiątą wieczorem. Potem w nocy prawie dobrze mi się spało i prawie nie potrzebowałem pigułek. (Kiedy bierzesz leki nasenne, najważniejsze są sny. Skup się na pozytywach - mówiłem sobie, gdy przestawałem śnić. Przynajmniej po przebudzeniu nie odczuwasz potrzeby, żeby dzielić się z kimś żywymi wytworami swojego bogatego życia wewnętrznego).

Niby wszystko grało, ale zawsze coś było nie tak - i na tym polegał cały wic. Kwitnąca praktyka to nie wszystko. Troska o zdrowie pacjentów, popołudniowe mochaccino i piątkowa pizza to nie wszystko. Bandżo, niestety, to też nie wszystko.

Ściągnie filmów bezpośrednio do telewizora początkowo było prawie wszystkim, ale wkrótce stało się byle czym. Red Soksi byli wszystkim przez dłuższy czas, ale w końcu się na nich zawiodłem. Największe rozczarowanie w dorosłym życiu przeżyłem w 2004 roku, kiedy Red Soksi po meczu z Jankesami zdobyli tytuł mistrzowski i wygrali World Series[1].

Jednego lata przez dwa miesiące wydawało mi się, że golf będzie wszystkim. Do końca życia - myślałem - będę poświęcał golfowi całą energię, cały wolny czas, całą pasję. I tak było, przez dwa miesiące, aż zdałem sobie sprawę, że mógłbym do końca życia poświęcać golfowi całą energię, cały wolny czas, całą pasję. Chyba nigdy nie byłem bardziej przybity. Ostatnia piłka, jaką uderzyłem, okrążyła dołek i gdy do niego wpadła, odniosłem przemożne wrażenie, że moje małe życie wycieka za nią w czarną dziurę.

Tak więc ani praca, ani zabawa, ani totalne oddanie czemuś ważniejszemu niż ja sam, czemuś donioślejszemu - pracy, golfowi, Red Soxom - nie może być wszystkim, nawet jeśli czasami potrafi idealnie wypełnić czas. Jestem jak ten marzyciel rozpaczliwie pragnący opisać swoje marzenie, kiedy usiłuję przedstawić satysfakcję, jaką sprawia mi wstawienie nowego zęba w miejsce starego, zepsutego, żeby pacjent znowu mógł się uśmiechać bez skrępowania. Przywracałem ludziom podstawową godność, a to rzecz niemała. Piątkowa pizza też była rzeczą niemałą. I mochaccino sprawiało mi pewną radość. A w tamten wieczór w 2004 roku, kiedy David Ortiz dokopał Jankesom, zapoczątkowując największy comeback w historii sportu, poczułem się naprawdę szczęśliwy, że żyję.

Chciałbym wierzyć w Boga. To mogłoby być coś, co byłoby czymś lepszym od całej reszty. Gdybym wierzył w Boga, zyskałbym spokój, pociechę i pewność. Byłbym nieustraszony! Miałbym przed sobą wieczność! Wszystko byłoby moje: niesamowity dźwięk organów, przemyślenia biskupów anglikańskich. Wystarczyłoby tylko odsunąć od siebie wątpliwości i uwierzyć. Za każdym razem, gdy już byłem tego bliski, zawracałem znad krawędzi. Zachowaj jasność umysłu! - wołałem. Bądź wierny sobie! Życie jest takie przyjemne z jakiegoś powodu, po co przedłużać tę przyjemność, całkowicie poddając się Bogu - tak myślałem, kombinowałem, uparcie, sceptycznie, co zawsze, niestety, szybko powodowało, że rozprawiałem się z Bogiem.

Non serviam![2] - wołał Lucyfer. Nie to, że chciał wyjadać małym dzieciom buzie. Odmawiał jedynie posłuszeństwa. Gdyby je okazał, stałby się jeszcze jednym wśród aniołów, anonimowym, bezimiennym nawet dla żarliwie wierzących.

Próbowałem czytać Biblię. Nigdy jednak nie przebrnąłem przez ten kawałek o sklepieniu. Sklepienie to coś, co w dniu pierwszym albo drugim oddziela wody od wód. Oto macie sklepienie. Obok niego - wody. Jeśli będziecie się ich trzymać, któregoś dnia być może natrafi cie na kolejny skrawek sklepienia, które Bóg nazwał niebem. Ale nie jestem tego do końca pewny, bo na pierwszą wzmiankę o sklepieniu zaczynam ronić łzy śmiertelnej nudy. Zaczynam się niecierpliwić. Przerzucam kartki. Wygląda na to, że dalej leci tak samo: sklepienie, bardzo długa środkowa część, Jezus. Można by przez pół życia czytać o bezpłodnych żonach, rozpalającym się gniewie i całej reszcie, zanimby się dotarło do części "nie rób bliźniemu", która, jak rozumiem, stanowi clou programu. A może nie. Bo z tego, co wiem, clou można znaleźć już, powiedzmy, w Drugiej Księdze Królewskiej. Wyobraźcie sobie, że mielibyście przebrnąć przez Pierwszą Księgę! Nie ułatwiają wam sprawy.

Powiem wam coś, co mnie zdumiewa. Praktycznie zawsze siedzę w metrze obok kogoś, kto czyta Biblię, jest już w połowie, na stronie tysiąc pięćsetnej, i podkreśla albo zaznacza na kolorowo co drugie zdanie. Myślę wtedy, że to niemożliwe, aby ten wytatuowany młody Latynos równie skrupulatnie podkreślał albo zaznaczał złote myśli na pozostałych stronach Biblii, tak jaskrawo widoczne tu, w okolicach drugiej części Księgi Wyjścia. Ale potem facet przewraca kartkę i nie ma wątpliwości, do cholery: jeszcze więcej podkreśleń! W różnych kolorach! Z notatkami poczynionymi ręką brata zakonnego! I nie chcę tu sugerować, że chłopak po prostu przewrócił kartkę. Gość przeskoczył trzysta-czterysta stron do przodu, żeby coś sprawdzić czy porównać, a tam takie samo skupisko kolorów, aż świecących! Przysięgam na Boga, są jeszcze ludzie, którzy przez całe życie studiują Biblię. To starsze Murzynki, czarni faceci w średnim wieku, Latynosi w krawatach albo biali, którzy nie wyglądają na białych. 

Przez całe godziny, tysiące godzin, studiują Pismo Święte i podkreślają jego fragmenty, podczas gdy ja śpię, oglądam mecze bejsbolowe albo molestuję seksualnie samego siebie na kanapie. Czasami myślę, że zmarnowałem życie. Oczywiście, że je zmarnowałem. Czy miałem wybór? Oczywiście, że miałem - dwadzieścia lat z Biblią po nocach. Ale kto mi powie, czy moje życie - żarliwie pobożne, pełne poświęcenia, klasztornie powściągliwe i boleśnie otwarte na wszelkie sugestie i zalecenia boże - byłoby bardziej wartościowe niż to obecne, z wieczorami przy piwku i świtami z podpuchniętymi oczami? To był dopiero zakład Pascala: szansa na wieczność w zamian za kilka godzin w mojej codziennej gonitwie.

Pamiętam czasy, kiedy brałem udział w niektórych z wielu spacerów po mieście. Celem takiego spaceru jest pokazanie, jak wiele się zmieniło, jak wiele się zmienia i jak wiele się zmieni od jakiegoś momentu przed twoimi narodzinami do innego, długo po twojej śmierci. W końcu te spacery stały się tak przygnębiające, że skończyłem z nimi i zacząłem się uczyć hiszpańskiego. Wcześniej jednak zdążyłem się dowiedzieć, jak - gdy zmienił się przekrój imigracji i jedna grupa etniczna zajęła miejsce drugiej - świątynie, niegdyś tak ważne w życiu dzielnicy, straciły swoje znaczenie. Dotyczyło to szczególnie Lower East Side, gdzie liczne synagogi, służące wczesnym imigrantom żydowskim, zostały na użytek napływających później chrześcijan przekształcone w kościoły. Nie można było jednak zmienić architektury takiego budynku ani zdobień jego fasady. Dlatego są w mieście kościoły, w których obok umieszczonego na dachu krzyża i marmurowego posągu Matki Boskiej widnieje gwiazda Dawida, rzeźbiona menora albo odciśnięte w betonie litery alfabetu hebrajskiego.

Zachowaj jasność umysłu! - wołałem. Pamiętaj, jak łatwo można przekształcić jedną świątynię w zupełnie inną, bo jeśli zapomnisz, los twojej duszy stanie się zależny od zmian demograficznych i nieskończonej zdolności człowieka do adaptacji starego na nowe.

Ostatni raz byłem w kościele w czasie podróży po Europie z Connie. W ciągu dwunastu dni, które tam spędziliśmy, musieliśmy odwiedzić osiemset-dziewięćset kościołów. Gdyby ją o to zapytać, odpowiedziałaby, że ze cztery. Cztery kościoły w dwanaście dni! Potraficie to sobie wyobrazić? Z powodu wizyty w jakimś kościele stale zdejmowałem i wkładałem czapkę Red Soxów. Kościół był zawsze sławny, z tych, których nie można pominąć. Ale jeden nie różnił się od drugiego. Od razu po wejściu, niezależnie od pory dnia czy wypitych espresso, chciało mi się ziewać.

Connie zwracała mi uwagę, że nie muszę tego robić tak głośno. Porównywała moje ziewanie do strzyżenia trawy. Podobno miała wrażenie, że gdy się odwróci, zobaczy strzelające mi z ust drzazgi. Często mimowolnie kładłem się na ławce, a ona rzucała mi wściekłe spojrzenia. Ale dajcie spokój, to było tylko ziewanie! Nie wykonywałem żadnych wulgarnych gestów. Nie proponowałem, żebyśmy się w kościele zabawili. Kiedyś powiedziałem, że byłoby fajnie, gdyby zrobiła mi laskę za kościołem, przy kubłach na śmieci. Oczywiście żartowałem. Bo nie było tam żadnych kubłów! I to nie był przecież sklep spożywczy. Mam słabość do takich zabaw na tyłach sklepów spożywczych. Na Manhattanie to niełatwy numer. Już łatwiej go zrobić w New Jersey, gdzie akurat jest to legalne. Connie traktuje Europę zbyt poważnie - myślałem. Z poważną miną studiowała te wszystkie freski i drobne napisy, zatroskana o nieskończoność. 

Poeci to taka ponura gromada (Connie była poetką). I większość z nich to hipokryci. W Ameryce nawet nie wstąpią do kościoła, ale po przylocie do Europy od razu biegną do transeptu, jakby na ich przybycie czekał tam od wieków sam Bóg, Bóg Dantego i chiaroscuro, niebosiężnych przypór i Bacha. Jakiemuż zniewoleniu, jakiejż tęsknocie za świętością ulega w europejskim kościele poeta. A przecież Connie była Żydówką! Trzeciego dnia zamiast "Europa" zacząłem mówić "Eupora" i przestałem dopiero po wylądowaniu w Newark. W Jersey zaproponowałem, żebyśmy podjechali do sklepu spożywczego, zanim wrócimy do miasta, ale Connie miała mnie już dość. Moim zdaniem kościół to miejsce, w którym człowiek się nudzi.

Mówię to z całym szacunkiem dla osób wierzących. Nie jestem obojętny na urok ich braterstwa w wierze. Sam chciałbym uczestniczyć w świętych obrzędach, trzymaniu się za ręce, wspólnych żarliwych śpiewach. Ale byłbym przeklęty, dosłownie przeklęty, gdyby jakiś bóg, w którego bym uwierzył, chciał, abym przestrzegał jego zaleceń. Śmiałby się w hostii. Ryczałby ze śmiechu w winie mszalnym. Pewnie w ogóle patrzyłby z pożałowaniem na te ziemskie symbole. Och, zresztą czy ja wiem? Tyle że ta nuda, która ogarnia mnie w kościele, nie jest nudą bierną. To żywa, dręcząca niecierpliwość. Niecierpliwość, aby znaleźć miejsce będące ostatecznym celem, gdzie łatwo się otworzyć; dla mnie to koniec ślepej uliczki, ciemny przystanek autobusowy. Wejść do kościoła to zamknąć wszystko, co sprawia, że wejście do kościoła z pochwałą na ustach jest czymś słusznym i właściwym. 

[1] World Series - finał Major League Baseball, najważniejszej amerykańskiej  (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

[2] Non serviam! (łac.) - Nie będę służył!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne