Reklama

Reklama

Szewczyk: Lekarze coraz częściej leczą śmierć

Postęp medycyny wydłużył umieranie. Lekarze coraz częściej leczą śmierć. Dlatego aktualne staje się pytanie: żyć długo, czy żyć dobrze? O odmowie leczenia, "instynkcie śmierci" i wygodnictwie moralnym polskich lekarzy rozmawiamy z bioetykiem, profesorem Kazimierzem Szewczykiem.

Agnieszka Waś-Turecka, Interia: Niedawno w mediach głośno było o przypadku Amerykanki Brittany Maynard. Zdiagnozowano u niej złośliwego raka mózgu. Po pierwszych bezowocnych próbach leczenia kobieta odmówiła dalszej opieki onkologicznej i - chcąc "umrzeć z godnością", a nie wyniszczona przez chorobę - zdecydowała się na wspomagane samobójstwo. Czy w Polsce można odmówić leczenia?

Reklama

Profesor dr hab. Kazimierz Szewczyk, bioetyk z Uniwersytetu Medycznego w Łodzi: - Prawo do odmowy leczenia, np. przedłużającego życie - w tym przypadku chemioterapii - jest jednym z podstawowych praw pacjenta, także w Polsce. W medycynie obowiązuje zasada poszanowania autonomii decyzyjnej pacjenta kompetentnego pod względem prawnym, czyli pełnoletniego i psychologicznym, to znaczy zdolnego do zrozumienia przekazywanych mu informacji oraz mogącego swobodnie wyrażać swoje życzenia.  Jeśli taki pacjent stwierdzi, że nie chce się dalej leczyć, to wedle prawa i bioetyki lekarz nie ma nic do gadania, pomijając niewiele ustawowo regulowanych wyjątków.

Prawo do odmowy leczenia przysługuje pacjentom świadomym. A co z tymi, którzy z różnych przyczyn stracą przytomność?

- W Polsce ta kwestia wzbudza znacznie więcej kontrowersji niż odmowa leczenia. W przedmiocie oświadczeń pro futuro, dość nieszczęśliwie znanych u nas powszechnie pod nazwą "testamentu życia", wypowiedział się  Sąd Najwyższy w 2005 roku w sprawie Bogusławy Ł. W wyroku stwierdzono, że pacjent ma prawo odmówić na przyszłość wszelkich świadczeń bez względu na to, jaka kieruje nim motywacja. Jeśli istnieje wyraźne oświadczenie woli pacjenta co do niepodejmowania leczenia, to lekarz - jeśli pacjent jest w danej chwili nieprzytomny - nie może sam decydować o podjęciu akcji ratowania życia, tylko winien uwzględnić wolę pacjenta.

- W praktyce bywa różnie. Wielu ekspertów uważa, że mimo wszystko to lekarz powinien decydować, ponieważ pacjent jednak jest nieprzytomny.

Czy polskie prawo określa, jak powinno wyglądać oświadczenie pro futuro?

- Niestety nie. Ale na przykład w prawie angielskim jest ustawa o zdolności do czynności prawnych, która daje wręcz wzór takiego oświadczenia. U nas tego nie ma. Co więcej, kodeks etyki lekarskiej i jego interpretacja są kompletnie niejasne w tej kwestii. Ludzie, którzy są niewłasnowolni, czyli np. stracą przytomność w wyniku wypadku, są w zasadzie skazani na decyzje lekarzy, którzy w większości wypadków boją się postąpić zgodnie z wcześniej złożoną wolą pacjenta. Dzieje się tak z różnych przyczyn: z obawy przed oskarżeniami o eutanazję, z wygodnictwa moralnego... Nadto, problem jak dotychczas, jest czysto teoretyczny. Pomijając Świadków Jehowy praktycznie nie ma takich oświadczeń.

Czyli polskie prawo dopuszcza możliwość odmowy leczenia, ale jest tak niejasne w tym względzie, że prawo to nie zawsze jest przestrzegane?

- Tylko w przypadkach, gdy pacjent jest niewłasnowolny, np. traci przytomność, albo jest dzieckiem.

W przypadku dzieci nie mogą decydować rodzice?

- Najważniejsza jest interpretacja prawa, ponieważ przepisy nie stwierdzają jednoznacznie, czy mogą, czy nie. A znaczna część prawników uważa, że zawsze, gdy rodzice decydują przeciwko utrzymywaniu przy życiu dziecka, działają wbrew jego najlepiej pojmowanemu interesowi. W takich sytuacjach zazwyczaj zawiesza się prawa rodzicielskie i podejmuje leczenie przedłużające życie dziecka - czy trzeba, czy nie trzeba.

Czyli jeśli rodzice uznają, że dla ich pociechy nie ma już nadziei i tylko niepotrzebnie cierpi, to nie mogą tego cierpienia zakończyć?

- Tylko w nielicznych przypadkach. Na przykład w 2012 roku przyszła na świat Madzia Słabiak. Jeszcze w czasie ciąży rodzice dowiedzieli się, że córka urodzi się z zespołem HLHS, czyli tzw. jednokomorowym sercem. Czasem rokowania dla takich dzieci są dość dobre, w tym sensie, że mogą przeżyć do 3 lat w dobrym zdrowiu fizycznym i psychicznym. Rekordziści żyją nawet 11 lat. Jednak w ostatecznym rozrachunku zawsze jest to wada letalna. W przypadku Madzi Słabiak sytuacja była tak zła, że rodzice zdecydowali o zaniechaniu leczenia. Komitet etyczny w warszawskim Centrum Zdrowia Dziecka wydał opinię zgodną z ich wolą i lekarze, uwzględniając ją, odstąpili od operacji na otwartym sercu. Dziewczynka zmarła w domu w 38. dniu życia.

- Zawieszanie praw rodzicielskich jest jednak o wiele częstszą praktyką. Choć trzeba przyznać, że coraz więcej lekarzy i prawników - trudno powiedzieć, jaki to procent, bo nikt nie zrobił jeszcze badań - uważa, podobnie jak ja, że rodzice powinni mieć prawo decydowania o życiu bądź śmierci swoich krytycznie chorych dzieci.

- Pamiętajmy, że za każdym razem to są decyzje bardzo skomplikowane. Przecież żaden rodzic nie chce, by jego dziecko umarło.

Czy odmowa leczenia i oświadczenie pro futuro mogą być odczytywane jako alternatywa dla eutanazji?

- Pewnie tak. Choć ja skłaniam się do poglądu, że są one uzupełnieniem eutanazji, oczywiście w tych krajach, gdzie jest ona legalna.

- Pamiętajmy jednak, że eutanazja, taka jaką ją znamy w Europie, w wydaniu belgijskim czy holenderskim wymaga, by pacjent odczuwał intensywny ból lub cierpiał albo jedno i drugie, przy czym stan ten musi być nieodwracalny. Nie ma natomiast wymogu, by pacjent był umierający. Czyli decydując się na eutanazję osoba uprzedza ostatnie stadia choroby.

- Takie decyzje warunkowane są jednak coraz częściej poczuciem samotności. Coraz więcej ludzi dożywa starości w pojedynkę, bez żony czy męża, bez dzieci. Eutanazja jest więc ucieczką przed samotnością. Jeśli do tego dojdzie jeszcze cierpienie, czy ból... Ja to rozumiem.

- To jest coraz większa fala, która ogarnia Europę. Zwłaszcza liberalne światopoglądowo społeczeństwa demokratyczne z dobrze rozwiniętą służbą zdrowia. Czasem przeciwnicy eutanazji mówią, że np. w Holandii obserwowana jest presja społeczna na ludzi starszych, by nie robili rodzinie i państwu problemów, tylko decydowali się na eutanazję. To jednak kompletna  bzdura, zwłaszcza że mówimy o zupełnie innej kulturze niż nasza, bo to są społeczeństwa protestanckie.

- Do Polski ta fala jeszcze nie dotarła. Obawiam się, że gdybym u nas poważnie zachorował, to mimo że teoretycznie służba zdrowia jest bezpłatna to i tak kosztowałoby mnie to bardzo dużo. Podejrzewam, że gdyby do tego doszło, to mógłbym uznać, że zamiast te pieniądze przechorowywać bez sensu i umrzeć po tylu cierpieniach, wolę zapisać je wnuczce. Wnuczka jest jeszcze mała, więc sama by mnie do niczego nie zmuszała, jednak przymus wewnętrzny pewnie byłby znacznie silniejszy, niż jakakolwiek presja zewnętrzna.

Jak zatem lekarze w Polsce radzą w sobie z konfliktem między obowiązkiem ulżenia cierpieniu a ratowania życia?

- Z wyjątkiem lekarzy opieki paliatywnej, w ogóle sobie nie radzą. W Polsce lekarze najczęściej wolą kontynuować leczenie, nieraz agresywne i nie podejmować skutecznej terapii opioidami (np. morfiną) z obawy przed oskarżeniami o eutanazję, albo uciekają w pryncypializm moralny, który - moim zdaniem - jest wygodnictwem, np. postawa "zawsze ratuję życie", bez względu na to, za jaką cenę. I nie chodzi mi tu o koszt finansowy, ale egzystencjalny. Te powody i wiele innych przyczyn, np. brak właściwej edukacji lekarzy, sprawia, że leczenie przeciwbólowe w naszym kraju jest tragiczne. Bezradność państwa w tym względzie jest tak wielka, że prowadzi do naruszenia jednego z podstawowych praw człowieka, jakim jest zakaz tortur i nieludzkiego traktowania.

- Szczególnie źle z akceptacją śmierci pacjenta jest wśród onkologów. W książce-wywiadzie z Kamilem Durczokiem o jego chorobie nowotworowej, przytoczona jest wypowiedź leczącego go prof. Bogusława Maciejewskiego: "Pięć procent szans znaczy przecież, że pięciu pacjentów na stu zostałoby w tym przypadku wyleczonych. [...] Nawet jeden procent szans oznacza konkretne życie. Dlatego ostrożnie z liczbami. Wolę powiedzieć po ludzku: Jest nadzieja".  Z jednej strony lekarz gruntownie wykształcony, a z drugiej wierzy w cuda! Przecież margines błędu statystycznego to 5 proc., czyli ten jeden pacjent, o którym mówi prof. Maciejewski, to jest sfera, gdzie nauka nie sięga, a 5 chorych to granica nauki, rzadko osiągalna. I jeszcze jedna sprawa - co z tymi 95 czy 99 pacjentami, którzy wystawiani są na zupełnie niepotrzebne tortury w imię jakiejś iluzorycznej nadziei?

- Nie wolno mylić nadziei z szansami. Ja też mam czasem nadzieję, że wygram w lotka i od czasu do czasu obstawiam. Ale gdybym uwierzył, że mam szansę, to bym zaczął grać systemem i poświęcił na to duże pieniądze i znaczą część życia. Czasem mam nadzieję, że ode mnie zacznie się nieśmiertelność, ale jeśli uwierzę, że jest na to szansa, to przecież mnie w szpitalu psychiatrycznym zamkną!

- Przy czym zaznaczam, że nie chcę tutaj krytykować konkretnego człowieka. Te słowa po prostu dobrze obrazują stan kultury lekarskiej w Polsce.

W Stanach Zjednoczonych dużą popularnością cieszy się bioetyk i onkolog Ezekiel Emanuel. Dziś ma 57 lat i deklaruje, że chciałby umrzeć w wieku 75 lat. Mówi: "do tego czasu doświadczę wszystkiego, co było do doświadczenia: pracy, kariery, rodziny. Po co psuć to ryzykiem demencji, ślinienia się i bycia ciężarem dla najbliższych?". Czy Pan Profesor też czasem myśli o tym, kiedy dobrze byłoby umrzeć?

- Na razie nie. W Stanach Zjednoczonych jest trochę inaczej, ponieważ tam umieranie jest strasznie drogie. Lęk przed tym, że w wyniku wypadku wpadniemy w stan wegetatywny i obciążymy rodzinę kosztami opieki zdrowotnej, jest w społeczeństwie amerykańskim powszechny. U nas tego jeszcze nie ma, ponieważ w Polsce z uwagi na gorszy stan służby zdrowia taki pacjent względnie szybko umiera.

- Dodatkowo w USA silny jest kult tzw. selfmademan-a, dlatego trudno im pogodzić się z faktem, że mogą zupełnie utracić kontrolę nad swoim życiem.

Mimo wyznaczonej mniej więcej daty śmierci Emanuel jest przeciwnikiem eutanazji. W wieku 75 lat - jeśli uzna, że starość nieodwracalnie uprzykrza mu życie i stał się ciężarem dla rodziny - zamierza odmówić leczenia, np. onkologicznego albo przyjmowania antybiotyków. Czy te kwestie - starość i kłopot dla krewnych - to dobre powody, by zacząć się zastanawiać nad śmiercią?

- Dla niektórych z pewnością tak. Mamy demokrację i medycyna nie może nas zmuszać do wyczerpania wszystkich opcji terapeutycznych dla utrzymania przy życiu. Pamiętajmy, że jednym z celów medycyny jest unikanie przedwczesnej śmierci, ale także dążenie do spokojnej śmierci. Nie do przedłużania życia za wszelką cenę.

Emanuel pyta, po co dobre, spełnione życie psuć tym, co niesie ze sobą starość.

- To powszechny dylemat za oceanem. Dlatego coraz więcej stanów, choć zabrania eutanazji, to dopuszcza wspomagane samobójstwo.

Na czym polega różnica?

- Przy wspomaganym samobójstwie pacjent musi być umierający. Wtedy lekarz może, ale nie musi - obowiązuje klauzula sumienia - przepisać "leki eutanatyczne", które potem pacjent sam zażyje. Lekarz nie musi przy tym być. W przypadku eutanazji natomiast, w tej wersji w jakiej znamy ją z Holandii, pacjent nie musi być umierający, ale musi odczuwać nieustannie intensywny ból lub cierpienie, albo jedno i drugie, przy czym stan ten musi być nieodwracalny. Wtedy lekarz przepisuje odpowiednie środki i osobiście je podaje.

- Na początku ubiegłego wieku Ilja Miecznikow, współpracownik Ludwika Pasteura, napisał w "Zarysach optymistycznych", że kiedyś będziemy tak długo żyli, że życie nam się znudzi i śmierć będzie najsłodszą rzeczą, jaką człowiek może doznać. Stwierdził, że jeśli jest instynkt życia, to musi być też instynkt śmierci, tylko po prostu jeszcze za wcześnie umieramy.

Niektórzy bioetycy mówią, że postęp medycyny pozwolił wydłużyć życie, ale bez zachowania jego jakości; że z jednej strony to triumf, ale z drugiej niekoniecznie.

- Podkreśla się też, że nie chodzi o wydłużenie życia, ale wydłużenie umierania. Lekarze coraz częściej leczą śmierć. To każe nam zapytać: żyć długo, czy żyć dobrze? Oczywiście - żyć dobrze, bez dozgonnego uzależnienia od skomplikowanej aparatury.

- Ten dylemat jest coraz bardziej obecny w zachodniej kulturze. Kwestia czasu, kiedy na większą skalę dotrze do Polski.

- U nas na razie ta dyskusja jest bardzo trudna. Mamy po pierwsze, bardzo konserwatywne władze lekarskie, a po drugie, ogromny wpływ Kościoła katolickiego. Te dwie siły uniemożliwiają jakąkolwiek rozmowę, wszystko sprowadzając do eutanazji. W efekcie polskie społeczeństwo jest niesamowicie rozdarte. Ale trudno się temu dziwić, skoro za bioetyka uważa się księdza, który mówi, że dzieci z in vitro mają bruzdę dodatkową na czole. To jest szczyt dyletanctwa i nieodpowiedzialności! Bruzda dodatkowa jest, ale głównie w zespole Downa i to nie na czole, a na ręce. Nie mówiąc już o tym, że wielu zdrowych ludzi też ją ma.

Czy medycyna jest w stanie obiektywnie określić, jak długo powinno trwać przedłużanie umierania?

- Nie powinno się w ogóle przedłużać umierania. Natomiast niektórzy bioetycy postulują, by w pewnym wieku zaprzestać określonych zabiegów. Np. Amerykanin Daniel Callahan proponuje, by pacjentom po 85. roku życia nie robić już przeszczepów serca. Te postulaty nieustannie spotykają się jednak z ostrą krytyką.

- Pamiętajmy, że dziś w krajach bogatych można pacjenta w stanie wegetatywnym utrzymywać przy życiu kilka, kilkanaście lat. Tylko czy to jest życie warte przeżycia?

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy