Reklama

Reklama

Szef polskiego MSZ w Stanach Zjednoczonych. "Dziwna strategia"

​Minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski rozpoczął dzisiaj oficjalną wizytę w Stanach Zjednoczonych. Wśród tematów, jakie ma zamiar poruszyć, jest między innymi kwestia szczytu NATO w Warszawie. Szef MSZ będzie także rozmawiał o zniesieniu wiz dla Polaków i poprosi przedstawicieli amerykańskich o pomoc w rozwiązaniu katastrofy smoleńskiej. O to, jak te zapowiedzi mają się do rzeczywistości i jakie mogą być ich skutki, pytamy doktora Jacka Kucharczyka, prezesa Instytutu Spraw Publicznych i eksperta ds. stosunków Polska-USA.

Marzenie o wizach

Do tematu zniesienia wiz do USA dla Polaków zdążyliśmy już przywyknąć. Kwestia ta jest podnoszona niemal przy każdej okazji, kiedy polski przedstawiciel odbywa podróż do Stanów Zjednoczonych. - Ostatnim razem, kiedy administracja Baracka Obamy próbowała zmienić przepisy w odniesieniu do Polski, a konkretniej te zapisy, które obecnie uniemożliwiają wprowadzenie Polski na listę krajów objętych ruchem bezwizowym, ten pomysł upadł z powodów niemających kompletnie nic wspólnego z Polską - przypomina dr Kucharczyk.

Reklama

Ekspert wyjaśnia, że zapowiadane zmiany "stały się ofiarą wojny między Republikanami a Demokratami dotyczącej kwestii migracyjnych, czyli czegoś podobnego do naszego kryzysu uchodźczego, tylko w wersji amerykańskiej". - Trochę złośliwie można powiedzieć, że stały się ofiarą takiego samego populizmu, jaki uprawia PiS w stosunku do kryzysu uchodźców w Europie - mówi szef ISP. 

- Nie sądzę, żeby obecnemu ministrowi spraw zagranicznych udało się załatwić więcej niż jego poprzednikom, którzy mówili, że tą kwestią będą się zajmować, bo przyczyny leżą poza Polską i poza relacjami polsko-amerykańskimi - wyjaśnia ekspert. - Kwestia wiz wydaje się nie do rozwiązania - podsumowuje doktor Kucharczyk.

Smoleńsk - sprawa dla wyborców PiS

Minister Waszczykowski pytany przez dziennikarzy o to, jakie jeszcze tematy planuje poruszyć w rozmowach ze stroną amerykańską, odpowiadał: "Będę pytał, czy strona amerykańska posiada jakieś informacje, które mogłyby być przydatne do śledztwa (ws. katastrofy smoleńskiej - red.), czy systemy np. satelitarne coś wyłowiły z tej katastrofy, czy być może potem, w następnych latach, wywiady amerykańskie doszukały się jakichś informacji, które mogłyby być istotne".

- Cała otoczka tej sprawy i fakt, że sprawa smoleńska wiąże się z teorią zamachu, która wśród dużej części elit amerykańskich odbierana jest jako teoria spiskowa, nie przysparza wiarygodności osobom, które tę kwestię podnoszą - ocenia doktor Jacek Kucharczyk. - Boję się, że poruszanie kwestii Smoleńska, jako jednego z ważnych punktów programu wizyty szefa MSZ w Stanach Zjednoczonych, raczej wpisze się w pewien wizerunek obecnego polskiego rządu, który nie jest raczej pozytywny - dodaje ekspert.

Szef ISP podkreśla, że podobnie jak kwestia wiz, rozmowa nt. Smoleńska, to punkt zwrócony do polskiej opinii publicznej i do wyborców PiS-u, a mniej "jest to konkretna kwestia do rozmowy z naszym najważniejszym sojusznikiem". 

- Ma to bardzo propagandowy charakter na zewnątrz, natomiast nie sądzę, żeby ta wizyta przyniosła jakieś konkretne rezultaty. Może natomiast stać się tak, że pogłębi pewną nieufność wobec rządu w Warszawie, jaka panuje w obecnej administracji amerykańskiej - podsumowuje doktor Kucharczyk.

"Dyplomatyczny strzał do własnej bramki"

Tuż przed wyjazdem ministra Waszczykowskiego do USA, Beata Szydło otrzymała list od trzech amerykańskich senatorów, którzy wzywali w nim do tego, by polski rząd potwierdził wierność zasadom OBWE i UE, w tym poszanowania demokracji. Premier polski w odpowiedzi napisała m.in., że przytoczone przez amerykańskich polityków argumenty "budzą zdziwienie, są wynikiem braku rzetelnej informacji". W podobnym tonie wypowiadał się potem szef polskiego MSZ.

- Ta odpowiedź na list senatorów to dyplomatyczny strzał do własnej bramki. Wysłanie takiej odpowiedzi w przeddzień pierwszej wizyty szefa MSZ w USA ustawia tę wizytę w bardzo niekorzystnym kontekście - komentuje w rozmowie z Interią doktor Jacek Kucharczyk.

Ekspert podkreśla także, że list nie był wysłany przypadkowo i nie stały za nim tylko opinie tych senatorów, którzy się pod nim podpisali, i którym pani premier wytknęła ignorancję i odpowiedziała w sposób dość obraźliwy. 

- Ten list był wysłany w wyniku wizyty dwóch bardzo wysoko postawionych przedstawicieli administracji amerykańskiej, Daniela Frieda i Victorii Nuland - przypomina szef Instytutu Spraw Publicznych. - Jeśli jest ktoś, w obecnej administracji Baracka Obamy, kto zna się na Polsce, to jest to właśnie Daniel Fried. Napisanie w odpowiedzi, że stanowisko to wynika ze złych informacji, implikuje, że przedstawiciele administracji USA są źle poinformowani. To obraźliwe. Ten list nie dotyka tylko tych trojga senatorów, ale jest tak naprawdę takim prztyczkiem w nos dla całej amerykańskiej administracji, która ma przecież być naszym głównym partnerem - zaznacza dr Kucharczyk. 

- Obrażanie partnera w chwili, kiedy chce się z nim pogłębiać stosunki i ma się wobec niego stosunkowo wygórowane oczekiwania, jest strategią co najmniej dziwną - podsumowuje ekspert, przypominając o tym, że Polska chce m.in., aby NATO zwiększyło swoją obecność w Polsce.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy