Reklama

Reklama

Semczuk: Sąd nie przyjąłby dziś aktu oskarżenia Marchwickiego

Dominika Głowacka, Interia: Wiele osób twierdziło, że Zdzisiu to był dobry człowiek

Przemysław Semczuk:  Z drugiej strony byli świadkowie, którzy zeznawali przed sądem: Tak, to jest ten człowiek. Widziałem go osiem czy dziesięć lat  temu z odległości dwustu metrów. To był marzec, godzina 21.

Takie zeznania są raczej mało wiarygodne.

- Ale  to nawet nie o to chodzi. Ja na przykład za tydzień mogę spotkać cię na ulicy i nie rozpoznać, a ktoś twierdzi, że pamięta czyjąś twarz po dziesięciu latach.  Nawet jeśli dochodzi do jakiegoś zdarzenia, które wywiera na danej osobie dosyć duże wrażenie, to po dziecięciu latach jest wręcz nieprawdopodobne, żeby ktoś z całym

Reklama

przekonaniem mógł stwierdzić, że to ten człowiek albo ten głos.

Rażących nieścisłości było w tej sprawie mnóstwo.

- Tam wręcz są przesłanki do tego by stwierdzić, że świadkom wcześniej okazywano zdjęcia. Skoro najpierw mi pokazano zdjęcia, potem film , a następnie przyprowadzono czterech ludzi i kazano wskazać, który to, to już nie było problemu. Wskaże i się nie pomylę. A już tym bardziej wtedy, jak jeden z nich będzie w ubraniu więziennym, a trzech

pozostałych w cywilnych ciuchach.

Dlatego też  w moim przekonaniu ta sprawa momentami przybierała  żałosny obraz.

- Tak, tylko dopiero teraz to widzimy. Oni nie mogli tego widzieć, nie mieli takiego obrazu.

Przypadek Wampira stanowił świetny materiał do ulepienia tego kłamstwa, tej wielkiej manipulacji. To był bardzo prosty proces.

- Jeszcze odnieśmy to do dzisiejszych głośnych spraw sądowych i wyobraźmy sobie, że jeszcze zanim ktokolwiek napisze akt oskarżenia  jest organizowana konferencja prasowa. To chyba bajka. Przyprowadzano dziennikarzy i mówiono o Zdzisławie Marchwickim już nie jako o podejrzanym czy oskarżonym, ale wskazywano: tak, to ten człowiek. Sędzia nie dostał jeszcze dokumentów, akt oskarżenia nie został napisany, a dziennikarzy już informowano o wszystkim i podawano im dowody ze śledztwa. Z dzisiejszego punktu widzenia, to jakaś zupełna abstrakcja albo złamanie i pogwałcenie prawa do obrony. Gdyby dziś towarzysz prokurator Gurgul wysłał taki akt oskarżenia, to sąd by go  po prostu wyśmiał.

Dlatego ja to zrzucam na karb tego, że to się działo w takim, a nie innym systemie. W przeciwnym wypadku nie wiem, czy w ogóle byłyby powody do zaistnienia takiej sytuacji.

- No dobrze, a jak było z aferą mięsną? Kradł, można powiedzieć, że kierował działalnością, ale żeby powiesić człowieka za ten czyn? To pokazuje, jak władze postępowały. Jak się czegoś nie dało udowodnić, to tak to trzeba było przedstawić, żeby było rozwiązane.

Zarówno przebieg tego procesu jak i cała sprawa była przyklejona do z góry przyjętej wersji zdarzeń. Realizowano ją punkt po punkcie. Ale skupmy się jeszcze na "modelce dla diabła", czyli Żonie.  Czy taka kobieta mogła popchnąć Zdzisia do serii zabójstw?

- Popchnąć go do zabójstw nie mogła. W tę stronę nie, ale dla mnie było szokujące, jak się  czyta te opisy, z których wynika,  że ona doprowadzała do bójek z sąsiadami. To

były regularne pobicia. Była nawet  gotowa oblać kogoś kwasem.

Jeśli gdzieś szukać odprysków szatana, to dopatrywałabym się ich właśnie w tej kobiecie. 

 - Myślę, że to skrajny przypadek jakiejś dewiacji, osoby o zaburzonej osobowości, prawdopodobnie psychopatki. Dzisiaj by ją umieszczono  w jakimś zakładzie zamkniętym i tyle.

A druga nietuzinkowa  osoba to brat głównego oskarżonego, też skazany na karę  śmierci, czyli Jan.

- Brat Zdzisława Marchwickiego załapał się przypadkiem. On na początku, co jest istotne, nie miał w akcie oskarżenia zarzutów, które były zagrożone karą śmierci. Dopiero to jego zachowanie na sali sądowej i bitwa z prokuratorem Gurgulem doprowadziła do tego, że  ten zarzut mu się zmienił z podżegania do współsprawstwa i skończyło się na karze śmierci.  Prawda jest jednak taka, że strasznie prowokował, wykrzykiwał rzeczy, które były bardzo niewygodne

- Jan wyjątkowo ubarwiał ten proces; był elementem, który przyciągał na każdą rozprawę. Ludzie wręcz zachwycali się tymi jego popisami. Jedni wrzeszczeli i domagali się, żeby go powiesić, a inni nagradzali go brawami, bo byli zaskoczeni, że można takie rzeczy opowiadać.

W zestawieniu z wojowniczym  Janem Zdzisiu wydawał się strasznie wycofany.

- Jan na sali rozpraw urządzał prawdziwe show, Zdzisław pozwalał sobie co najwyżej na zdawkowe wypowiedzi. Jak któraś pani odpowiadała: tak to jest ten człowiek, to on mówił: niech ta pani opowie, co wczoraj na obiad jadła, a nie że mnie dziesięć lat temu widziała. Tymczasem ta świadek z potworną precyzją podawała szczegóły. Relacjonowała nawet, ile wówczas w siatce litrów mleka niosła.


Proces trwał. W książce jest jednak taki moment, w którym wyczuwa się, że  główny oskarżony, czyli rzeczony Zdzisiu,  miał już tego wszystkiego dosyć.

- Tak. Już był zmęczony.

Wolał już chyba śmierć i stwierdził, że  się pod tym wszystkim podpisuje. Chyba pokonano go psychicznie.

- Tak . To był człowiek zaszczuty. Po prostu. On nawet nie bardzo miał świadomość, że jest apelacja, że jeszcze coś tam się toczy. Bo nawet w tym swoim pamiętniku wskazuje, że jak otwierali drzwi do celi, to myślał, że przychodzą po niego. Nie wiedział, że są jeszcze kolejne etapy, jak choćby akt łaski od Rady Państwa.

To, co było jeszcze bardzo wymowne,  to wykonanie odcisku jego  twarzy.

- To się ostatnio pokazuje. Ta scena została zaczerpnięta przez Marcina Koszałkę w filmie "Czerwony  Pająk", gdy jeden z policjantów daje Karolowi zdjęcia do podpisu. Tak też było w  przypadku Marchwickiego.  Zdzichu  w więzieniu robił za "białego misia.   Przyprowadzano ludzie, żeby sobie na niego popatrzyli i rzeczywiście przychodzili. Nawet jeden z policjantów miał przez niego podpisaną książkę.  Tak to wyglądało.

Tak, trochę to jednak przejmujące.

- Ja stawiam pytanie, u kogo teraz ten odcisk twarzy  się znajduje, bo tych głów zrobiono kilka. Trafiłem na jedną na Uniwersytecie Śląskim. Wiem też, że jedna jest w laboratorium kryminalistyki w Katowicach. Pytanie, gdzie jest reszta. Jedna z aktorek, która grała w filmie "Anna i Wampir",  opowiadała mi, że była przerażona, jak kręcili ten film. Im po prostu przywożono tę głowę na plan.

Żeby działało na wyobraźnię.

- Tak, głowę Zdzisia przywożono na plan, żeby  aktorzy lepiej wczuwali się w rolę.

Kolejny wątek to powiązanie sprawy Wampira z samobójstwem Olszowego.

- Nie jest to do udowodnienia.

Ale pojawiła się taka hipoteza.

- Tak , pojawiła się taka wersja i w wielu publikacjach przewija  się nawet jako stwierdzenie. Sam jednak wykazałem, że daty się nie zgadzają. Myślę, że wtedy milicjanci znając inne śledztwa,  byli w stanie ilościowo sprawdzić dużo rzeczy. Nawet gdyby przyjęli, jak to wskazał ten profiler amerykański, że listy napisał prawdziwy Wampir i że on prawdopodobnie popełnił samobójstwo, nawet nie zakładając, że chodzi o Olszowego, to przecież ilość samobójstw była w jakimś stopniu ograniczona. Można było sprawdzić, wyciągnąć dokumenty, tak jak to robiono w innych śledztwach. Porównać charakter pisma i ustalić, kto to jest. To nie było trudne.

Tak, ale jednak coś akurat w tej sprawie było, że zestawiono przypadek Wampira właśnie z nią.

- No tak, ale dlaczego nie ma tego w samych aktach śledztwa?  Ten wątek przewija się dopiero na etapie Sądu Najwyższego w piśmie prokuratora, który wykazuje, że to nie jest prawda. Wcześniej nie ma  o nim mowy.

Wracając do tytułowej postaci. W moim mniemaniu cała sprawa Wampira jest mimo wszystko bardziej polityczna  niż kryminalna.

- Może i tak, może ja to inaczej odbieram. Tak funkcjonował tamten system, właściwie wszystko było polityczne. Oni nie widzieli tego w ten

sposób, to my to tak nazywamy. Tam sprawą polityczną było stanie w kolejce i opowiedzenie głupiego dowcipu.

Tak, bo można było za to dostać czapę.

- No tak, był okres, że można było dostać i czapę. Pisałem kiedyś historię o okręcie wojennym o nazwie "Sęp" - to był braciany tego słynnego "Orła" - i marynarze , którzy na nim służyli, mieli ćwiczenia niedaleko wybrzeży Szwecji i jeden z nich zażartował, że skora są akurat tutaj, to wpadną do Szwecji na dziewczyny. Wszystko  działo się

jeszcze przed śmiercią Stalina, czyli przed 1956 rokiem, gdy nagle pojawiła się potrzeba, żeby znaleźć szpiegów. Ktoś powtórzył, że ten chłopak tak zażartował i  dostał za to karę śmierci. Za głupi żart "wpadniemy do Szwecji na dziewczyny". Stwierdzono, bowiem,  że będzie próbował ukraść okręt podwodny i uciec nim do Szwecji. Ostatecznie

został rozstrzelany. Potem już było trochę lżej, ale rzeczywiście opowiadanie dowcipów nie było do końca bezpieczne. Kiedyś krążyło nawet takie powiedzenie: co oznacza dowcip sześć na dziewięć? Sześć lat dla tego, co słucha i dziewięć dla tego, co opowiada.

A gdyby Wampir był sądzony dzisiaj, jak potoczyłaby się ta sprawa?

- W dzisiejszych czasach sąd nie przyjąłby takiego aktu oskarżenia. Od tego trzeba zacząć. Taka sprawa nie miałaby racji bytu.

Z drugiej strony taka osoba jak Wampir z Zagłębia, kimkolwiek ona miałaby nie być, mogłaby żyć wśród nas także i dzisiaj.

- Myślę, że tak. Policja dzisiaj wcale nie jest mniej bezradna. Jej niemoc pokazują sprawy generała Marka Papały, Krzysztofa Olewnika czy Iwony Wieczorek.  Wszystkie dowodzą, że chyba nic się nie zmienia.

Pewne jest jedno, dzięki panu Wampir z  Zagłębia nie znika we mgle.

- Z pewnością ktoś o nim jeszcze napisze.

- Bardzo dziękuję za rozmowę.

- Dziękuję.

Rozmawiała: Dominika Głowacka

 

Reklama

Reklama

Reklama