Reklama

Reklama

Schetyna wyprowadzi ludzi na ulice? Sokołowski: Zdziwiłbym się, gdyby to był jego realny plan

Ubiegający się o fotel szefa Platformy Obywatelskiej Grzegorz Schetyna w ujawnionych przez tygodnik "Newsweek" nagraniach deklaruje chęć "zbudowania Polski marzeń" i przedstawia wizję przywrócenia dawnej świetności PO. W swoich planach idzie bardzo daleko i nie wyklucza zastosowania "twardych wariantów", czyli wyprowadzenia "miliona ludzi na ulice". W ocenie doktora Jacka Sokołowskiego politologa z Uniwersytetu Jagiellońskiego strategia byłego szefa MSZ jest obarczona sporym ryzykiem i może przynieść skutek odwrotny do zamierzonego. - Zdziwiłbym się, gdyby to był rzeczywiście realny plan Schetyny. Być może są to pierwsze w historii taśmy, na których nagrano nieszczerą wypowiedź i bardziej służą one zaciemnieniu niż wyjaśnieniu czegoś - zaznacza. Zdaniem eksperta, PO powinna obrać zupełnie inną drogę. - Strategia obliczona na przeczekanie otworzyłaby PO szanse na cichy sojusz z PiS - argumentuje.

"Newsweek" dotarł do nagrań z zamkniętego spotkania Grzegorza Schetyny z członkami stołecznej Platformy Obywatelskiej. Ubiegający się o fotel szefa PO polityk ostro rozprawia się na nich z dotychczasowym zarządem partii firmowanym twarzami Donalda Tuska i Ewy Kopacz. Wylicza też "śmiertelne błędy", jakich dopuściła się według niego Platforma Obywatelska. Na "czarnej liście" pojawia się między innymi słynne opuszczenie przez posłów PO sejmowych ław, nieudolne prowadzenie kampanii prezydenckiej oraz parlamentarnej, ustąpienie pola Nowoczesnej, jak i niepostawienie Zbigniewa Ziobry przed Trybunałem Stanu. W swoich wizjach Schetyna posuwa się bardzo daleko i zaznacza, że najtwardszy wariant zakłada, że aktywnością Platformy będzie ulica.

Reklama

W ocenie doktora Jacka Sokołowskiego pierwsze pytanie, jakie nasuwa się w kontekście taśm dotyczy tego, na ile Grzegorz Schetyna mówił do działaczy PO szczerze, a na ile przedstawiał się w tak agresywny sposób na użytek prowadzonej wewnętrznej kampanii. Dyskusja odbyła się jeszcze przed tym, jak Tomasz Siemoniak zrezygnował z ubiegania się o stanowisko szefa partii.  - Być może Schetyna chciał zaprezentować się jako agresywny i mocny lider właśnie po to, żeby skutecznie rywalizować z Siemoniakiem - wyjaśnia.

Dysonans i balans nad przepaścią

Ekspert zwraca uwagę, że nagrane wypowiedzi nie współgrają z dotychczas wygłaszanymi przez Grzegorza Schetynę opiniami prezentowanymi na forum publicznym. Jako przykład podaje debatę dotyczącą Polski, która miałaby się odbyć w Brukseli. - Schetyna poniekąd sam przyczynił się do tego, że do niej nie doszło. Na taśmach się z tego tłumaczy i argumentuje, że trzeba przełożyć debatę, aby móc się lepiej do niej przygotować. Trudno zatem ocenić, które motywacje są prawdziwymi. Na pewno jest rozbieżność pomiędzy tym, co mówił publicznie, a wizją, którą roztoczył przed działaczami. Nie jestem jednak pewny, czy to, co nagrano, jest bliższe prawdy - wyjaśnia. 

Zwłaszcza, że zaprezentowany przez Schetynę kurs obaczony byłby ogromnym ryzykiem. -  Nie wiadomo, czy uda się włączenie instytucji europejskich w wywieranie nacisku na Polskę i czy będą się one tak paliły do zajęcia konkretnego stanowiska. Unia Europejska ma różnego typu negatywne doświadczenia z próbami zastosowania różnego rodzaju sankcji wobec działaczy, których polityka wewnętrzna się im nie podobała; między innymi wobec Viktora Orbana - argumentuje Sokołowski.

Co więcej, podjęte kroki mogą zostać również negatywnie odebrane przez opinię publiczną w Polsce, która staje się coraz bardziej eurosceptyczna. Proces ten postępuje i gwałtownie się nasila od czasu kryzysu migracyjnego. - Zatem jeśli Platforma pójdzie w tym kierunku, to wcale nie musi oznaczać wzrostu jej popularności - wyjaśnia politolog.

Polacy przeciwko "publicznemu praniu brudów"

Końcowy efekt może być odwrotny do zamierzonego. - Polacy mogą być bardziej skłonni do zajęcia stanowiska, że mają swoje problemy i niektóre rzeczy mogą się im nie podobać, ale to wcale nie oznacza, że trzeba wołać do pomocy kogoś z zewnątrz i robić z tego "publiczne pranie brudów". To jest drugi element stawiający pod znakiem zapytania tę strategię - dodaje.

Nietrafiony może okazać się także finalnie pomysł wyprowadzania ludzi na ulicę. - To ma sens wyłącznie wtedy, kiedy rzeczywiście taką metodą można doprowadzić do upadku rządu i do przedterminowych wyborów. W obecnej sytuacji obojętnie jaka byłaby mobilizacja, czy to byłby KOD, czy to byłaby Platforma, to nie wydaje się prawdopodobne - wskazuje politolog.

"Do protestów ulicznych konieczne jest paliwo"

- Manifestacje uliczne, żeby wywarły jakiś wpływ na politykę, muszą dysponować zestawem konkretnych politycznych postulatów. Nie wystarczy protestować ogólnie, w obronie demokracji, czy przeciwko PiS-owi. Ludzie muszą wysunąć konkretnie żądania; na przykład domagać się, żeby prezydent zaprzysiągł tych sędziów TK, co do których Trybunał orzekł, że zostali wybrani konstytucyjnie - dodaje.

Do protestów potrzebne jest paliwo, a tych mogą dostarczyć tylko konkretne postulaty. - Dopiero wtedy rodzi się konflikt pomiędzy rządzącymi a ulicą, w którym widać, kto przegrywa, a kto wygrywa. Jeśli rządzący ugną się pod naciskiem niektórych postulatów, jest wiadome, że przegrali - precyzuje. 

W ocenie eksperta,  wyprowadzenie ludzi na ulice nie jest dobrą metodą na bycie opozycją wobec rządów PiS, dlatego jest wysoce prawdopodobne, że Grzegorz Schetyna zastosował na nagraniach chwyt obliczony na potrzeby prowadzonej wewnątrz partii kampanii. - Zdziwiłbym się, gdyby to był realny plan Schetyny. Być może są to pierwsze w historii taśmy, na których nagrano nieszczerą wypowiedź i bardziej służą one zaciemnieniu niż wyjaśnieniu czegoś - wskazuje.

"Protesty prędzej czy później się wypalą"

- Protesty uliczne,  moim zdaniem, nie przyniosą powodzenia i prędzej czy później się wypalą. Nawet jeśli uda się te dwieście czy trzysta tysięcy osób na ulice wyciągnąć, to oni na mrozie długo nie wytrzymają i się rozejdą. W konsekwencji efekt tych protestów będzie kontrproduktywny. Zamiast wzmocnić PO, tylko pokażą, że jest nieskuteczną opozycją - wylicza ekspert.

Zdaniem politologa, najlepszym planem na opozycyjność Platformy byłoby obecnie stworzenie pola do potencjalnego "cichego sojuszu" z Prawem i Sprawiedliwością. - Gdybym był na miejscu Grzegorza Schetyny, to zastanawiałbym się, czy nie ma szans na uzyskanie czegoś od Prawa i Sprawiedliwości w zamian za np. poparcie zmian w konstytucji. Pomysł może wydawać się szalony, ale został przecież wniesiony projekt autorstwa ruchu Kukiz '15, który ma służyć rozwiązaniu konfliktu wokół Trybunału Konstytucyjnego. Bez współpracy działaczy innych niż kukizowcy tego projektu się nie uchwali i tutaj Schetyna dysponuje głosami, które mogłyby do nowelizacji doprowadzić - spekuluje Sokołowski.

- Gdyby Schetyna wszedł w negocjacje z PiS, zakładając, że ten ostatni działałby racjonalnie, mógłby coś za to dostać - dodaje.

PO uderzy w Nowoczesną

Plan Grzegorza Schetyny zakłada ponadto, że Platforma Obywatelska uderzy przede wszystkim w Nowoczesną i w samego Ryszarda Petru, którego zresztą na taśmach ostro krytykuje. - Sytuacja jest analogiczna do tej, jaką obserwowaliśmy  z SLD i z ruchem Palikota. Oni spalali się we wzajemnym wyniszczaniu, ale musieli ze sobą rywalizować, bo walczyli o ten sam elektorat. Tak samo jest teraz w przypadku PO i Nowoczesnej, co jest jednocześnie korzystne dla PiS. Ma w opozycji dwie zwalczające się nawzajem partie - wyjaśnia ekspert.

Niewątpliwie w interesie Platformy jest atak na Nowoczesną. Pytanie dotyczy jednak tego, czy taka próba rywalizacji na potencjał mobilizacyjny, czyli kto jest w stanie wyprowadzić więcej ludzi na ulicę, jest właściwa. - Generalnie wyprowadzanie ludzi na ulice na tym etapie do niczego nie prowadzi. Platforma Obywatelska powinna się teraz  okopać, najlepiej w samorządach i czekać na realny kryzys polityczny, który poważnie uderzy w Prawo i Sprawiedliwość i jednocześnie podgryzać Nowoczesną. Na razie takiego kryzysu nie ma. PiS mimo wszystko wychodzi obronną ręką; nawet z całej wojny o Trybunał Konstytucyjny. Ona wcale nie zachwiała rządem Beaty Szydło. Póki co. Może w elemencie wizerunkowym, ale nie dostarczyła niczego, co by doprowadziło do przedterminowych wyborów.  Wyprowadzanie ludzi na ulice do wzrostu popularności PO nie doprowadzi - zaznacza ekspert.

Trzy senariusze dla Platformy Obywatelskiej

Według Sokołowskiego, Platforma Obywatelska ma obecnie do wyboru trzy drogi. - Może zrealizować wizję zaprezentowaną na tych taśmach, czyli wejść w rolę radykalnej i krzykliwej opozycji, która będzie się ścigała na potencjał mobilizacyjny z Nowoczesną. Jeśli jednak obierze tę ścieżkę, to bardzo szybko się wypali i tylko przyspieszy swój zgon - tłumaczy.

Druga opcja to próba okopania się na głębokich pozycjach defensywnych i  stopniowego odbudowania  potencjału wiarygodności, w oczekiwaniu na duży kryzys w polityce, który dopiero przyjdzie. - Zajęcie takiej pozycji musiałoby być okupione wejściem w cichy sojusz z PiS w poszczególnych kwestiach, czyli zakłada model spolegliwej opozycji, który był ćwiczony w różnych wariantach na przykład przez SLD wobec Platformy Obywatelskiej. To była opozycja, ale jak trzeba było, to różne projekty rządowe popierała i w zamian za to pozwalano jej "pożyć"w różnych matecznikach, dyskretnie podkarmiano - wyjaśnia politolog.

- Trzecia droga, która stoi potencjalnie przed Platformą Obywatelską, to podział masy upadłościowej i zagospodarowanie dotacji, które są, ale tylko z myślą, żeby obdzielić najbliższych. Ewentualnie wykreować jakiś przyczółek dla zupełnie nowej partii, którą w przyszłości będzie można stworzyć, bo na wózku z napisem "Platforma Obywatelska" już się nigdzie nie dojedzie - dodaje.

Którą z tych opcji wybierze Grzegorz Schetyna?  - W moim przekonaniu Schetyna jest zbyt osobiście związany z Platformą Obywatelską, żeby przyjąć rolę syndyka masy upadłościowej. Zatem pewnie będzie chciał walczyć, a to skłania go do wyboru pierwszego lub drugiego scenariusza. A z tych dwóch wariantów opcja głębokiej defensywy jest dla Platformy po prostu lepsza. Ale tutaj Schetyna może mieć inne zdanie. Niebawem się o tym przekonamy, czy na taśmach mówił szczerze, czy też nie. Po owocach go poznamy, a te będziemy widzieć bardzo szybko - puentuje ekspert.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy