Reklama

Reklama

Ronald H. Balson: Prawnik z Chicago zafascynowany polską historią

- Szacuje się, że po wojnie do Stanów Zjednoczonych przyjechało 10 tysięcy nazistów. Zidentyfikowano 137 osób. Skazano i odesłano około 60 z nich - podkreśla w rozmowie z Interią mieszkający w Chicago adwokat Ronald H. Balson, autor osadzonej w realiach wojennej Polski bestsellerowej powieści "Kiedyś byliśmy braćmi" o losach ofiary i nazistowskiego kata, który uciekł przed sprawiedliwością do USA z majątkiem zagrabionym w trakcie wojny.

Ronald H. Balson szczególnie upodobał sobie nasz kraj. To w Polsce znalazł inspiracje do pisania, dotknął też historii, dotąd znanej mu wyłącznie z podręczników. Przed paroma dniami gościł w Krakowie. Odwiedził przyjaciół, wybrał się do Auschwitz w 70. rocznicę wyzwolenia obozu, był też w Chrzanowie, gdzie zbierał materiały do kolejnej książki.

Reklama

Wydana jesienią na polskim rynku powieść "Kiedyś byliśmy braćmi" to jego debiut literacki. Książka, opowiadająca o tragedii zamojskiej rodziny w czasie wojny i spotkaniu ofiary i nazistowskiego kata po 60 latach, szybko stała się w USA bestsellerem, chociaż początkowo nikt nie chciał jej wydać, a autor musiał się wiele razy nasłuchać, że jest prawnikiem, a nie pisarzem i powinien dać sobie spokój.

- Jestem leciwym człowiekiem, dlatego w końcu powiedziałem: "hej, chciałbym ją wydać, zanim umrę". Wydałem książkę własnym sumptem i zacząłem ją sprzedawać on-line. Zainteresowanie było ogromne, na własną rękę sprzedałem ok. 150 tys. egzemplarzy. Wtedy zgłosiło się do mnie duże wydawnictwo, a w następnej kolejności wydawca z Polski - wspomina w rozmowie z naszym portalem.

Dariusz Jaroń, Interia: Amerykański prawnik z 40-letnim stażem pisze książkę o wojennej Polsce. Dlaczego?

Ronald H. Balson: Zawsze lubiłem pisać, ale prawnicy piszą tylko oficjalne pisma, dokumenty prawne, a ja marzyłem o napisaniu powieści. Marzyłem o tym, ale brakowało mi źródła natchnienia. Wreszcie, jak dobrze pamiętam w 2004 roku, prowadziłem sprawę dotyczącą firmy telekomunikacyjnej, która wymagała ode mnie częstych podróży na południe Polski - do Nowego Sącza. Jeździłem też do Warszawy na spotkania w ministerstwach, gromadziłem dokumenty procesowe. Zobaczyłem kraj naznaczony blizną drugiej wojny światowej, pełen pamiątek po bohaterach tamtych tragicznych dni. Pewnie kiedy tu mieszkasz, nie dostrzegasz tego na co dzień.

W Polsce znalazł pan natchnienie.

- Tak. Chodząc po Warszawie, mieście niemal doszczętnie zniszczonym przez okupanta, wciąż dostrzegałem świadectwa wojny. Ameryka brała udział w licznych wojnach, ale nie działy się one w naszym kraju. Nikt nigdy nie okupował Stanów Zjednoczonych, nigdy nie zbombardowano Nowego Jorku, Chicago czy Los Angeles, nie wzięto w niewolę całego narodu amerykańskiego. To wszystko działo się tutaj, w Polsce. Dopiero po przylocie do Polski przeżyłem doznania niezrozumiałe dla człowieka, którego kraj nie był nigdy w tak dramatyczny sposób dotknięty wojną.

Czy było miejsce w Polsce, które szczególnie zainspirowało pana do napisania książki?

- Oczywiście odwiedziłem Auschwitz, zwiedziłem Warszawę, trochę podróżowałem po Polsce, ale nie mogę powiedzieć, że jakieś miejsce wywarło na mnie mocniejsze wrażenie niż inne. Na inspirację złożyło się ogół odczuć. Polska ma wspaniałe dziedzictwo, to piękny europejski kraj z historią sięgająca kilku tysięcy lat wstecz. W USA tego nie ma. Nasza historia liczy 200 lat. Zawsze interesowała mnie historia drugiej wojny światowej, ale emocjonalnie przeżyłem ją dopiero w Polsce.

Ile fikcji, poza postaciami głównych bohaterów, jest w pańskiej książce? Na ile wiernie oddał pan realia wojennej Polski?

- Starałem się być najbardziej dokładny i autentyczny, jak tylko mogłem. Akcja powieści toczy się w Zamościu. Poznałem wielu mieszkańców miasta. Powiedzieli, że wiernie oddałem wydarzenia tamtych lat. Zanim zabrałem się za pisanie, poświęciłem kilka lat na rzetelne przygotowanie i studia nad historią Polski i samego Zamościa.

Chyba wie pan o historii Zamościa więcej niż większość mieszkańców Polski. Dlaczego postawił pan akurat na to miasto?

- Z dwóch powodów. Po pierwsze nie chciałem pisać o Warszawie i obozach koncentracyjnych, w literaturze jest wiele książek im poświęconych. Chciałem pokazać normalną rodzinę - jak moją czy pańską - typowe życie w typowym mieście. Wybrałem Zamość, i to drugi powód mojej decyzji, bo to interesujące i piękne miasto. Przed wojną mieszkała tu silna społeczność żydowska - ok. 40 procent mieszkańców stanowili Żydzi.

- Zamość był wielokulturowym i ważnym w regionie miastem. Niezwykłe w jego historii jest też to, że przez jakiś czas nie wiadomo było, czy przejmą je Rosjanie czy Niemcy. Najpierw okupowali je Niemcy, potem Rosjanie, a następnie znów wrócili Niemcy. Przez moment miasto było wolne. Rozmawiałem z ludźmi, którzy w tym czasie uciekli z Zamościa. Niezwykła była zwłaszcza opowieść starszej pani - przed rokiem wróciła do miasta ze swoim wnukiem. Chłopiec miał bar micwę w budynku dawnej synagogi. Piękna historia.

Na przykładzie Zamościa opisuje pan całe okrucieństwo niemieckiej machiny wojennej. Czy w trakcie pracy nad książką trafił pan na opisy wydarzeń, które szczególnie wytrąciły pana z równowagi?

- Przerażające jest to, że taka rzecz w ogóle mogła mieć miejsce. W poniedziałek odwiedziłem Auschwitz. Przecież to jest czysty surrealizm. Jak do tego mogło dojść? Dlaczego dobrzy ludzie nie przerwali tym szaleńcom, zanim było za późno? Jak coś tak odrażającego, tak bestialski pomysł eksterminacji milionów mógł znaleźć poklask?

Myśli pan, że ludzkość wyciągnęła wnioski z dwóch wojen światowych?

- Mordowanie ludzi z powodu rasy, religii czy pochodzenia wciąż występuje na świecie. Oby nigdy nie powtórzyła się wojna światowa, ale zło istnieje i jest pośród nas. Musimy o tym pamiętać. Patrzymy na to, co robi Państwo Islamskie, widzimy Boko Haram, zamachy terrorystyczne. Obłęd jest chyba wpisany w ludzką rasę.

Mam wrażenie, że pisząc książkę przyświecała panu misja edukacyjna. W wielu dialogach "przemyca" pan wiedzę na temat historii drugiej wojny światowej. Taki był cel? 

- Zgadza się. Czasem jestem krytykowany za to, że bohaterka powieści, Catherine, jest zbyt naiwna. Celowo pozbawiłem tę młodą, błyskotliwą i wykształconą kobietę pewnej wiedzy historycznej, bo chciałem, żeby czytelnicy dowiedzieli się o okrucieństwach popełnionych przez nazistów, o tym co działo się podczas wojny w Polsce i obozach śmierci. Taki miałem cel. Padło na Catherine, musiała być czasami naiwna, żebym mógł tę historię przypomnieć. Wiele osób w Stanach Zjednoczonych nie zna historii drugiej wojny światowej, nie ma świadomości tego, co wydarzyło się w Polsce.

- Z tego też, powiedzmy edukacyjnego, powodu, bardzo zależało mi, żeby opowiedzieć o losach pojedynczej rodziny. Kiedy odpowiednio stworzysz bohaterów, ożywisz ich, czytelnik będzie się z nimi utożsamiał. To dobry pomysł na przedstawienie historii, bo zapada w pamięci mocniej niż liczby i dane historyczne. Liczby są martwe, targani emocjami bohaterowie zostają w naszej pamięci.

Bohater pańskiej powieści próbuje postawić przed sądem milionera i byłego nazistowskiego oprawcę, który po wojnie wyemigrował do USA. Jak trudna, z prawnego punktu widzenia, jest to sprawa?

- System prawny w Stanach Zjednoczonych jest skomplikowany. Nie można ot tak postawić kogoś przed sądem. Może tego dokonać rząd lub inna osoba, wytaczając proces cywilny. W przypadku byłych nazistów rząd ma ograniczone pole manewru, ponieważ zbrodni nie dokonali na terenie USA, tylko w innych krajach, gdzie jurysdykcja amerykańskich sądów nie sięga. Można natomiast zbadać przyznanie obywatelstwa, prześwietlić kim ta osoba była przyjeżdżając do Stanów i udowodnić, że skłamała co do swojej przeszłości. Sytuacja bohaterów powieści jest jeszcze trudniejsza, bo były niemiecki oprawca jest filantropem i mężem stanu, ma pieniądze na najlepszych prawników, zna polityków i wpływowych biznesmenów.

Opisany w powieści proces jest fikcyjny, ale podobne miały miejsce w USA. Czy wie pan, ilu nazistów wytropiono i skazano?

- Szacuje się, że odkąd Stany otworzyły w 1948 roku drzwi dla uchodźców, do kraju przyjechało 10 tysięcy nazistów. To byli oficerowie różnego szczebla. Rejestrując się w USA skłamali, mówiąc np. że w czasie wojny byli rolnikami, chociaż w rzeczywistości byli katami. Z tego co wiem zidentyfikowano 137 osób, a skazano i wydalono z kraju zaledwie 60 z nich. Większość państw nie chciała ich przyjąć, dlatego odebrano im obywatelstwo, ale pozostali w USA. Jednostka ministerstwa sprawiedliwości USA dysponowała danymi 70 tys. byłych nazistów. Kontrolowano i poszukiwano zbrodniarzy, ale znaleziono zaledwie garstkę z nich. Podobnie miała się rzecz w Kanadzie. To pokazuje jak trudno jest udowodnić, że ktoś przed laty był nazistą. Otto Piatek, bohater książki, ma dobrą historię, jest milionerem i filantropem, prawie nie sposób go powiązać z nazistowskimi Niemcami.

Sposobem okazuje się skradziony w czasie wojny majątek.

- Było w ostatnich latach trochę podobnych procesów dotyczących grabieży dzieł sztuki w czasie wojny. Jeżeli masz dowody, że dzieło sztuki należało do ciebie i ukradli je naziści, możesz wystąpić na drogę sądową i je odzyskać. Na podstawie tego paragrafu Ben skarży dawnego oprawcę, ale tak naprawdę nie zależy mu na pieniądzach, ale na obnażeniu prawdy o jego przeszłości.

Niemieccy zbrodniarze docierali do USA z Ameryki Południowej. Pan również skorzystał z tego kierunku.

- Rzeczywiście naziści łatwo osiedlali się w Argentynie, ale tak samo chętnie przyjeżdżali tam Żydzi. Zaraz po wojnie nie mogli jechać od Izraela czy USA, bo obowiązywały limity dla imigrantów. Trafiali do Argentyny, a stamtąd - jak bohater mojej książki - część przyjeżdżała do USA.

Pańska książka została dobrze przyjęta w Polsce. Chciałby pan coś przekazać swoim czytelnikom?

- Bardzo dziękuję, że czytacie moją powieść i cieszę się, że się podoba. Pokochałem Polskę i tutejszych ludzi, dlatego postanowiłem, że akcja mojej kolejnej książki będzie toczyć się w Chrzanowie. Jakiś czas temu poznałem w Chicago niezwykłą kobietę. Jej ojciec był bohaterem pierwszej wojny światowej, lata temu w Chrzanowie byli prominentną rodziną. Ta pani ma niezwykłą historię do opowiedzenia. Tak jak w przypadku "Kiedyś byliśmy braćmi" na kartach powieści historia będzie się przeplatać z fikcją literacką.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje