Reklama

Reklama

Prof. Kuźniar: Poprawną linię prezydenta Dudy mogą zdemolować działania MON

Lipcowy szczyt NATO w Polsce, który stał się motywem przewodnim noworocznej ofensywy Andrzeja Dudy w zakresie bezpieczeństwa międzynarodowego, może okazać się swoistym testem i punktem zwrotnym jego prezydentury. Jest o co grać, bo cena za ewentualny negocjacyjny sukces, bądź porażkę oznaczającą niewykorzystanie szans wynikających z roli państwa-gospodarza jest wysoka.

Prezydent Andrzej Duda zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami przechodzi do ofensywy i chce wyraźnie zaznaczyć swoją obecność na arenie międzynarodowej. Głównym priorytetem jego działań staje się polityka zewnętrzna. 

Podczas noworocznego spotkania z korpusem dyplomatycznym wskazał na motto swojej prezydentury. - Polska będzie zawsze stać na gruncie prymatu prawa międzynarodowego, gdyż to właśnie ono jest gwarancją pokoju. Pokój przez prawo, siła prawa ponad prawem siły  - oto idea przewodnia mojej prezydentury -  zaznaczył.

Reklama

Pole do popisu

Profesor Roman Kuźniar pytany o ocenę linii prezydenta Dudy zwraca uwagę, że dotychczasowe działania gabinetu Beaty Szydło w zakresie polityki zagranicznej niejako otwierają szansę przed głową państwa i stwarzają możliwość szerszej inicjatywy. - W sferze polityki zagranicznej brakuje rządowi kompetencji merytorycznej. Rząd na razie jej nie prowadzi i wszystkie jego działania są reaktywne. Widać, że w sprawie stosunków zewnętrznych nie ma szerszej koncepcji, dlatego prezydent Duda ma pozostawione nieco większe pole do popisu - wyjaśnia w rozmowie z Interią były doradca prezydenta Bronisława Komorowskiego.

- Do tej pory w sferze polityki zagranicznej prezydent Duda niczym szczególnym się nie zaznaczył. Jego kontakty zewnętrzne miały charakter rutynowy. Nie było też jakichś przykuwających uwagę wypowiedzi , z wyjątkiem wpadek z pierwszego okresu prezydentury. Rozumiem jednak, że to był efekt braku doświadczenia - dodaje.

Nawiązanie do słów Jana Pawła II

W swoim przemówieniu skierowanym do dyplomatów prezydent Andrzej Duda odniósł się do słów zaczerpniętych z orędzia Jana Pawła II. Zdaniem naszego rozmówcy zabieg okazał się nie do końca udany, bo myśl Ojca Świętego należy rozumieć  znacznie głębiej. - Hasło, które przywołał prezydent w swoim wystąpieniu - które notabene choć ogólnikowe zostało zgrabnie skonstruowane - brzmi dzisiaj anachronicznie, a cytat z Jana Pawła II został wyrwany z kontekstu, bo trzeba go rozumieć znacznie szerzej - wyjaśnia.

 - W tym wypadku mam wrażenie, że Pałac Prezydencki tego nie rozumie. Ale to nierozumienie ducha prawa, nie tylko jego litery, czy poszczególnych sformułowań, widać też bardzo wyraźnie w jego poczynaniach na scenie wewnętrznej, zwłaszcza jeżeli chodzi o stosunek do Konstytucji RP czy Trybunału Konstytucyjnego - dodaje.

Profesor Kuźniar zwraca również uwagę na anachroniczny charakter wykorzystanego przez prezydenta motywu przewodniego przemówienia. - To jest motto Ligi Narodów, a jeżeli tak, to oznacza, że jest jakiś problem z pamięcią. Liga Narodów, owszem, takim hasłem - pokój przez prawo międzynarodowe - się posługiwała, ale wiemy bardzo dobrze, jak skończyła - argumentuje.

- Przypomnijmy, że Liga Narodów powstała w 1920 roku. Mamy zatem sto lat doświadczenia i chciałoby się, żeby polscy politycy umieli wyciągać z niego wnioski - dodaje.

Jak wojnę uczynić niemożliwą

Historia i praktyka pokazała, że samo prawo nie wystarcza. - Nawet w Lidze Narodów, która takim prawem się kierowała, powstał Pakt Brianda-Kelloga, który zakazywał użycia siły, a mimo to wybuchła druga wojna światowa. Po upadku Ligi rozwinęły się różne instytucje międzynarodowe, które są po to, żeby nie tylko wojny zakazywać, bo to jest proste i to już dawno zrobiono w Lidze Narodów, ale po to, żeby wojnę uczynić niemożliwą. Chciałoby się, żeby myślenie polskiego prezydenta czy polityków z obozu władzy było bardziej współczesne - wyjaśnia prof. Kuźniar.

W ocenie naszego rozmówcy fundamentem skutecznej polityki międzynarodowej są nie tyle hasła, ale przede wszystkim bycie wiarygodnym, a gwarantem utrzymania pokoju na Starym Kontynencie  jest Unia Europejska czy Sojusz Północnoatlantycki.  - Czym innym jest zakazać wojny, a czym innym uczynić ją niemożliwą. Wspólnota Europejska, której początkiem był Plan Schumana, to jest właśnie ten europejski wynalazek na uczynienie wojny niemożliwą. Kładzie on nacisk na bezwzględne respektowanie prawa, które jest spójnie stanowione przez UE. To także Sojusz Północnoatlantycki, który stanowiony  jest nie tylko Traktatem Waszyngtońskim, bo dokument nie wystarcza. Oprócz niego jest organizacja, czyli NATO, w ramach których państwa postępują w określony sposób - wylicza.

- Organizując szczyt w Warszawie chcieliśmy osiągnąć pewne ważne dla Polski  cele. Jeśli jednak państwo-gospodarz najbliższego szczytu NATO i prezydent, który nadzoruje tę część polityki państwa, nie reaguje na działania resortu obrony, które w niebywały sposób podkopują naszą wiarygodność wobec sojuszników, to jest to dosyć bolesne - dodaje.

Fundament stosunków międzynarodowych

W opinii profesora Kuźniara w przemówieniu prezydenta Andrzeja Dudy zabrakło odwołania do działań, jakie podjęła Komisja Europejska wobec Polski.  - Prezydent wygłosił to przemówienie w dniu, w którym Unia Europejska po raz pierwszy w swojej historii zrobiła krok w kierunku procedury nadzoru i na ten temat prezydent się nawet nie zająknął. To znaczy, że jest jakiś kłopot, jeżeli chodzi o rozumienie obowiązków wynikających z przynależności do określonych organizacji międzynarodowych, do których się należy przecież dobrowolnie. Przecież członkostwo w UE czy w Sojuszu Północnoatlantyckim  jest oparte na zasadzie dobrowolności -wskazuje.

- To są główne podstawy naszego funkcjonowania w stosunkach międzynarodowych i jednocześnie my poprzez swoje działania wewnętrzne, jak i  niektóre podejmowane na zewnątrz podważamy naszą wiarygodność w obu tych instytucjach, które są tak niesłychanie ważne z punktu widzenia zapewniania prawu jego skuteczności i jego bezwzględnej  implementacji - dodaje.

Były prezydencki doradca stoi na stanowisku, że były podstawy do tego, żeby Komisja Europejska ingerowała i zajęła się wewnętrznymi, stricte ustrojowymi, problemami Polski. - To wynika z istoty wspólnoty. Unia Europejska nie jest organizacją, jak każda inna, co polega m.in. na tym, że przelewa do Polski setki miliardów euro, że działa według logiki solidarności i współzależności, że państwa członkowskie jak i organy Wspólnoty mają prawo i obowiązek interesować, czy niepokoić się tym, co się dzieje u sąsiada. To jest zupełnie inny typ organizacji. UE ma istotnie tego rodzaju prerogatywy, nie tylko ona oczywiście, bo to wynika także z innych umów międzynarodowych - wylicza.

  - W Polsce nastąpiło uderzenie w jeden z filarów demokratycznego państwa prawa, czego nie było do tej pory i to jeszcze w takim tempie. Nie było żadnego powodu, żeby procedować ustawy nocą. Przecież to dziekan wydziału prawa w Krakowie, promotor prezydenta Andrzeja Dudy, a nie komisarz Unii stwierdził, że prezydent złamał konstytucję trzykrotnie. Dlatego przyczyn takich działań UE trzeba szukać  tutaj, a nie tam - dodaje.

Dopytywany, dlaczego Unia Europejska nie wykorzystała tego rodzaju mechanizmów nadzoru choćby w przypadku Węgier, które również  działaniami swoich władz dały powody do tego, żeby "pouczać je o demokracji",  zwraca uwagę, że tych dwóch sytuacji  nie można sprowadzać do jednego mianownika.  - Po pierwsze Węgrzy nie robili tego w tak nieprawdopodobnie prostacki sposób, w takim tempie i tak wulgarnie jeżeli chodzi o stosunek do prawa. Po drugie Polska jest ważnym członkiem Wspólnoty, a tymczasem Węgry nigdy nie były krajem przodującym, z którym UE wiązałaby jakieś szczególne plany czy nadzieje.  Polska nie tak dawno była jednym z krajów przywódczych w UE, który był pokazywany za wzór państwom  Europy Wschodniej - wyjaśnia nasz rozmówca. Należy przy tym pamiętać, że Węgry były przedmiotem nawet dalej posuniętej procedury  - zainicjowanej przez Parlament Europejski i wtedy Budapeszt oczekiwał poparcia Warszawy dla swej linii. Procedura została wstrzymana, ponieważ Orban przyhamował nieco w swych autorytarnych zapędach.

UE traci atut w relacjach z Europą Wschodnią

Według profesora Kuźniara działania ekipy rządzącej powodują, że Unia Europejska traci atut w relacjach z Europą Wschodnią.   - W Unii może pojawić się myśl, żeby dać sobie spokój z Ukrainą, Białorusią czy  Rosją, skoro nawet Polacy również nie potrafią sprostać takim oczywistym standardom w dziedzinie demokratycznego państwa prawa jak pozycja trybunału czy status mediów publicznych -  wskazuje.

- Polska jest zbyt ważnym krajem, żeby Unia Europejska mogła to zignorować. Jeszcze do niedawna była nadzieją Europy, a w tej chwili osuwa się na margines w niebezpiecznym tempie. Bardzo dobrze, że UE zareagowała , pewne rzeczy niedobre już się stały, ale być może ta żółta kartka, którą w tej chwili Komisja Europejska pokazała rządzącym w Polsce, ale nie Polsce czy  Polakom, da obozowi rządzącemu do myślenia. Przecież nie dlatego głosowano na PiS, żeby demolował demokratyczne państwo prawa - dodaje

Nasz rozmówca zwraca również uwagę na "ogromny rozdźwięk pomiędzy zręcznymi  i ogólnikowymi frazami, które zostały zawarte w przemówieniu prezydenckim i tym, co mówi głowa państwa, a poczynaniami obozu rządzącego, którego prezydent jest przedstawicielem".  - Jest przecież zapowiedź dalszych kroków w kierunku pogarszania standardów demokracji w Polsce. Może UE powstrzyma rządzących w szkodzeniu Polsce i Polakom, zarówno wewnątrz, jak i na scenie międzynarodowej - komentuje.

Profesor Kuźniar dopytywany o wskazany w prezydenckim przemówieniu wzorzec  Wspólnoty Europejskiej  rozumianej jako "Unia wolnych narodów i równych państw", której cechami charakterystycznymi powinna być  "elastyczność, solidarność i konkurencyjność gospodarcza" wskazuje, że ta pierwsza fraza jest językiem z początku lat 60. - Dziś jesteśmy w innym miejscu, to podobnie jak z tą Ligą Narodów. Unia Europejska jest wspólnotą wolnych i suwerennych państw. Udział w niej jest dobrowolny, a wolne narody nie mogą być rządzone autorytarnie, w sposób przypominający rozwiązania z czasów PRL. A z drugą frazą zgadzam się całkowicie, ale o to trzeba zabiegać, a nie tylko przemawiać - wyjaśnia.

Priorytetem obrona wschodniej flanki NATO

Prezydent Duda w swoim przemówieniu wrócił do idei przewodniej prezydentury Bronisława Komorowskiego i zaznaczył,  że głównym zadaniem Polski w zakresie bezpieczeństwa międzynarodowego jest dążenie do wzmocnienia Sojuszu Północnoatlantyckiego. Nasz rozmówca chwali kontynuację. - Poprzednik Andrzeja Dudy, Bronisław Komorowski  bardzo silnie postawił sprawę wiarygodności artykułu piątego już podczas szczytu NATO w Lizbonie w 2010 roku. Od tej pory oczywiście dużo zrobiliśmy dzięki wysiłkom Polski i prezydenta Komorowskiego, który w każdym szczycie uczestniczył i  za każdym razem robiono postęp w tym zakresie. W Newport państwa sojuszu zgodziły się na przyjazd do Warszawy. Zawsze prezydent-gospodarz ma pewne szanse przeforsowania swoich racji, uczestniczy w  przygotowaniach, przedstawia różnego rodzaju projekty programowe, ma zdolność do inicjatywy. Tutaj na szczęście prezydent Duda kontynuuje linię prezydenta Komorowskiego - wylicza ekspert.

 Jednocześnie zwraca uwagę na zagrożenia. - Obawiam się czegoś innego, że tę poprawną linię prezydenta Dudy - co doceniam - zdemoluje mu ministerstwo obrony,  które swoimi zachowaniami już obniża wiarygodność Polski. Szkoda, że prezydent Duda nie wyciąga z tego wniosków, nie przywołuje do porządku resortu, który nie tyle jest prezydencki, ile z uwagi na uprawnienie prezydenta w dziedzinie bezpieczeństwa jest takim ministerstwem, do którego głowa państwa przywiązuje większą wagę i z którym ma silniejsze związki  - argumentuje.

- Tak przynajmniej było w czasach, gdy prezydentem był Bronisław Komorowski. Były częste konsultacje i pilnowanie, aby w tej sferze nic szkodliwego się nie stało. Z ministrem Siemoniakiem, a wcześniej z ministrem Klichem można było mówić o dobrej współpracy - dodaje.

"Słaby wynik będzie obciążał wprost prezydenta Dudę"

Profesor Kuźniar zarysowuje znacznie szerszy  kontekst problemu. - Sojusz Północnoatlantycki jest sojuszem wolnych narodów, ale w sensie artykułu drugiego Traktatu Waszyngtońskiego, w którym uwzględnione zostało kryterium ustrojowe. Uczestniczą w nim państwa, które przestrzegają standardów właściwych dla wolnych narodów. To się odnosi między innymi do demokratycznego państwa prawa, czy do pluralizmu politycznego, itd. Zatem jeśli my będziemy pod tym względem tracić wiarygodność, to będziemy mieć mniejszą siłę perswazyjną i siłę argumentacji - wylicza.

Koniec końców Polska może dostać rykoszetem.  - Nasze odsuwanie się od przyjętych w zachodnich demokracjach standardów zostanie zauważone i będzie wykorzystane przeciwko nam w miesiącach poprzedzających szczyt w Warszawie. Warto, żeby prezydent Duda o tym pamiętał. Bo jak do tej pory nie tylko mam wrażenie, ale jestem pewien, że nie ma o tym zielonego pojęcia, że istnieje artykuł drugi w Traktacie Waszyngtońskim, który traktuje właśnie o standardach ustrojowych - argumentuje profesor Kuźniar.

  - Jeżeli  pozwolimy sobie na tego rodzaju dezynwolturę i dewastację standardów właściwych dla państwa prawa, to pogorszymy nasze szanse negocjacyjne, nasze szanse perswazyjne uzyskania dobrych rezultatów szczytu w Warszawie, a słaby wynik będzie obciążał wprost prezydenta Dudę, który będzie gospodarzem szczytu. On powinien mieć świadomość, że to jest jego kompetencja i  zadbać nie tylko poprzez inicjatywę, ale poprzez to kim jesteśmy, mam na myśli naszą tożsamość ustrojową, zapewnić właściwe przesłanki sukcesowi dla szczytu warszawskiego - dodaje.

Lech Kaczyński strażnikiem Konstytucji RP

Profesor Kuźniar kreśli przed Polakami czarne scenariusze.  -  Niestety, dotychczasowe działania obozu rządzącego prowadzą do tego typu konkluzji i nie jestem w tym wcale odosobniony. Powoływałem się na autorytet profesora Zimmermanna, jak i autorytety w dziedzinie ustroju czy stosunków międzynarodowych oraz reakcje międzynarodowe - wylicza.

 - Zresztą, czy można sobie wyobrazić, żeby Komisja Europejska uruchamiała specjalną procedurę w okresie, kiedy prezydentem był Lech Kaczyński? Nie, bo on doskonale zdawał sobie sprawę, że był strażnikiem konstytucji i wiedział, na czym polega szczególna rola ustrojowa Trybunału Konstytucyjnego. Nie rozumiem, dlaczego ktoś, kto się powołuje na dziedzictwo prezydenta Kaczyńskiego, przykłada rękę do niszczenia demokratycznego państwa prawa w Polsce. Podobnie jak nie rozumie tego ta część Polaków, do których odwołują się obecnie rządzący - dodaje.

Nie jest  wykluczone, że wyzwania, które stawia przed nami świat,  a konkretnie zagrożenia związane między innymi z kryzysem migracyjnym, czy też te wynikające z  istnienia Państwa Islamskiego wymuszą rewizję polityki zagranicznej.  - Mam nadzieję, że rządzący się opamiętają. Nie jestem pewien, czy mają tę zdolność, bo być może będą tkwić doktrynalnie w błędach, które popełnili. Polska i na to musi się przygotować, że będą uporczywie trzymać się błędnej linii, która jest zgubna dla kraju, ale dajmy im szansę, może przyjdzie chwila otrzeźwienia z pożytkiem dla Polski - argumentuje prof. Kuźniar.

- Obecnie zagrożenia wymagają, żeby Polska była integralną częścią świata zachodniego, zarówno Sojuszu Północnoatlantyckiego, jak i Unii Europejskiej. Jeśli postawimy to pod znakiem zapytania, stracimy - przestrzega.

Historia pokazuje, że za krótkowzroczność w polityce zagranicznej płaci się bardzo wysoką cenę. - Koszty są błyskawiczne. Zrujnować pozycję Polski, jej prestiż, zdolności do oddziaływania na swych głównych partnerów w ciągu dwóch miesięcy. Sam jestem zdumiony, choć nie byłem wielkim optymistą.  Oczywiście, w demokracjach zmiana władzy jest normalna. Zwłaszcza, że Platforma Obywatelska popełniła wiele błędów i należała się zmiana. Natomiast, żeby zabrać się do rządzenia od psucia demokratycznych narzędzi ustrojowych i zapowiadać jeszcze gorsze rzeczy? W  najczarniejszych snach sobie tego nie wyobrażałem - przyznaje nasz rozmówca.

Dotychczasowym działaniom rządu wystawia bardzo złą notę.  - Już teraz widzimy, jakie są opinie i nastroje. Trzeba być arcymistrzem politycznym, żeby w ciągu dwóch miesięcy roztrwonić cały swój kapitał polityczny. Gdyby wybory odbyły się dzisiaj, to na pewno ani PiS, ani prezydent Duda nie mieliby szans na powtórzenie wyniku sprzed kilku miesięcy.  Polacy bardzo szybko zrozumieli, kto i co szkodzi Polsce - puentuje nasz rozmówca.


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne