Reklama

Reklama

​"Premier" donieckich separatystów: W naszej armii służą też Polacy

- Gdyby po naszej stronie walczyła regularna rosyjska armia, rozmawialibyśmy nie w Doniecku, ale w Kijowie. W naszych szeregach są Rosjanie, ale to ochotnicy - zapewnia Denis Puszylin, "premier" separatystycznej Donieckiej Republiki Ludowej w rozmowie z Interią.

Interia: Donbas Arena stoi niemal nietknięta przez wojnę. W samym Doniecku ludzie tęsknią za "Szachtarem" i piłką na najwyższym poziomie. Kiedy znów zaczną się ligowe rozgrywki?

Denis Puszylin: - Przyszłość lokalnego futbolu nie jest głównym celem naszej władzy. Ba, niewiele tutaj zależy od nas. Inicjatywa jest po stronie Kijowa - i wiąże się z tym, czy będzie on wykonywał Porozumienia Mińskie. Jeśli tak, wówczas będziemy mogli porozmawiać o piłce nożnej.

Porozmawiajmy zatem o Porozumieniach - sugeruje pan, że Ukraina ich nie dotrzymuje?

Reklama

- Jest postęp - za oknem (w centrum miasta - dop. red.) nie słychać strzałów. Ale liczba incydentów zbrojnych sięga nawet 150 w ciągu doby; wciąż nie udało się zgasić ukraińskiej aktywności wojskowej w okolicach portu lotniczego i w miejscowości Szyrokino. No i kwestie polityczne - niedawno Peter Poroszenko rozmawiał z sekretarzem generalnym ONZ Ban Ki-moon o wprowadzeniu sił pokojowych. Prezydent Ukrainy usiłuje też narzucić nam obserwatorów z ramienia UE, czym dyskredytuje misję OECD. Dodajmy do tego szereg uchwał przyjętych przez Radą Najwyższą Ukrainy w marcu br. - bez konsultacji z przedstawicielami Doniecka i Ługańska. Wszystkie te aktywności są niezgodne z Porozumieniami Mińskimi.

Strona ukraińska ma podobne zarzuty wobec władz DRL. Co w sytuacji, w której nie uda wam się dogadać?

- Wciąż wierzymy, że Porozumienia zostaną dotrzymane i w efekcie na terenie Donbasu będziemy mieli do czynienia z pełnowartościową autonomią.

A jeśli nie...?

- ... będziemy myśleć o niepodległości albo o innych wariantach. Wszystko zależy od Kijowa. Od tego, czy nadal będzie prowadził tak zwaną operację antyterrorystyczną. Czy wciąż zamierza rujnować naszą infrastrukturę, niszczyć naszą ludność. I utrzymywać wszystkie te blokady - ekonomiczną, transportową, żywnościową.

- Ludzie muszą z czegoś żyć, ktoś musi im to życie zorganizować - dlatego, nie czekając na Kijów, stworzyliśmy pionowe struktury władzy. Mamy przewodniczącego republiki, uchwalane są prawa, pracują wszystkie ministerstwa, Ludowa Rada, policja, sądy, prokuratura. To zalążek autonomicznej administracji bądź normalnego państwa...

... na czele którego stoją?

- Stare elity nas porzuciły. Kiedy wyjechał Wiktor Janukowicz, wyjechały i one. Formujemy więc aparat władzy z tych, którzy zostali na miejscu. To nie są ludzie z Partii Regionów - zbyt wielu donieczczan ma negatywny stosunek do wszystkiego, co jest związane z dawną władzą. To albo zupełnie nowi ludzie, albo doświadczeni urzędnicy, którzy musieli odnaleźć się w nowej rzeczywistości.

Nowej? W jakim znaczeniu?

- W państwie bez korupcji i wpływów oligarchów.

Tak po prostu przestali kraść?

- Każdy, kto będzie wracał do starych schematów, zostanie odpowiednio ukarany. Mieliśmy już kilka takich sytuacji. I działamy bezkompromisowo. Dla przykładu Kijów dopiero mówi o zniesieniu prawnej nietykalności deputowanych. A u nas nie ma tego w ogóle. Politycy czy urzędnicy nie mają żadnej dodatkowej władzy.

Nie mają też uznania w świecie, który nie zaakceptował powstania DRL. W efekcie wasza republika zależna jest od Rosji.

- Owszem. Ale Rosja nie rozwiąże wszystkich naszych problemów. Ba, nawet byśmy tego nie chcieli - nie chcemy być państwem na utrzymaniu. Nie chcemy uzależniać ludzi od pomocy humanitarnej.  Ludność u nas pracowita i mamy wiele firm oprócz kopalni. Znajdziemy wyjście z ekonomicznej blokady, znajdziemy rynki zbytu, pomożemy też sąsiedniemu Ługańskowi. Teraz najważniejszym zadaniem jest uruchomienie przedsiębiorstw, stworzenie miejsc pracy. Póki co stać nas tylko na wypłaty emerytur (od kwietnia br. - dop. red.), ale wraz z końcem maja wszyscy powinni dostać swoje wynagrodzenia w pełnej objętości.

Rosyjskie wsparcie ma również wymiar wojskowy. Widzieliśmy rosyjskich żołnierzy na ulicach DRL...

- (śmiech) Nam, byłym górnikom, traktorzystom i hutnikom - którym przyszło walczyć w obronie własnego terytorium - bardzo zależy na rosyjskim wsparciu wojskowym. I szybkich w tym zakresie decyzjach. Ale ich nie ma. Proszę zrozumieć, że gdyby po naszej stronie walczyła regularna rosyjska armia, rozmawialibyśmy nie w Doniecku, ale w Kijowie.

To skąd ci żołnierze?

- To ochotnicy, wielu ochotników, którzy stanowią blisko 20 procent wszystkich naszych żołnierzy. W ogóle walczą u nas ochotnicy z całej Europy. Mamy swoje międzynarodowe brygady. W ich składzie są również Polacy.

Najemnicy?

- Tak ich nazywać nie można. Chciałoby się takim ludziom płacić, ale nie mamy na to pieniędzy. Niemal cały budżet idzie na ludność cywilną.

Sprzętu wojskowego kupować nie musicie - w tym zakresie Rosja jest bardzo hojna.

- A był czas, że kupowaliśmy - można już o tym mówić - ukraińskie uzbrojenie. Głównie jednak nasze wojsko walczy na zdobycznym sprzęcie. Mamy go naprawdę dużo - szczególnie wiele po Iłowajsku i Debalcewie (miejsca dwóch bitew przegranych przez armię ukraińską - dop. red.). Rosja nic nam nie daje.

Mówi pan "dużo" - tymczasem ludzie na ulicy zmęczeni są już wojną...

- Z naszych ostatnich badań wynika, że ponad 80 procent mieszkańców republiki popiera działania władz. To taka solidarność słowiańskiego ludu, który jednoczy się w trudnościach. Dostajemy też wiele sygnałów z drugiej strony - od ludności z Słowiańska, Mariupola, Konstantynówki. Ludzie tam nie chcą już żyć pod władzą Kijowa. Gotowi są przecierpieć wojnę, byle wszystko zamieniło się na lepsze.

Więc jednak wojna...

- Jak już mówiłem - przygotowujemy się na różne scenariusze.

  Rozmawiali: Marcin Ogdowski, Rafał Stańczyk,
Fot. Michał Zieliński, Dariusz Prosiński

 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy