Reklama

Reklama

Ponura historia rodziny, którą spotkała tragedia

Ponura historia domu zamieszkanego przez wściekłych rodziców, samotne dzieci i tajemnice, od zwykłych aż po katastrofalne w skutkach. Siri i Jon kochają się, ale ich małżeństwo jest trudne, bolesne i pełne niepokojących sekretów. Do tego dochodzą napięte stosunki ze starszą córką, która nie może odnaleźć się w rodzinnej konstelacji.

Zatrudnienie Milli jako niani miało odciążyć małżonków, jednak pojawienie się młodej opiekunki wprowadza w niespokojną atmosferę domu dodatkowe rozdrażnienie. Pewnej lipcowej nocy dziewczyna znika. Po kilku latach jej ciało zostaje odnalezione i zidentyfikowane, a mieszkańców ponurej rezydencji dopada poczucie winy. Ciężar z przeszłości sprawi, że w rodzinnej układance nic nie będzie proste i klarowne.

Reklama


FRAGMENT KSIĄŻKI:

Fragment

Mille, a raczej to, co z niej zostało, odnalazł Simen i dwaj jego koledzy, którzy szukali w lesie skarbu. Nie zrozumieli, co znaleźli. Ale zrozumieli, że to nie jest skarb. To było coś zupełnie przeciwnego niż skarb. Później, kiedy przyszło wyjaśniać policji i rodzicom, po co pojechali do lasu, Simen miał trudności. Dlaczego zaczęli kopać na tej polanie? Pod tym drzewem? Czego właściwie szukali?

Dwa lata wcześniej wszyscy, dorośli i dzieci, szukali Mille. Wszyscy, którzy spędzali letnie wakacje w nadmorskim miasteczku, wszyscy stali mieszkańcy, policja i rodzice dziewczyny, wszyscy ci, którzy pisali o niej w gazecie i mówili o niej w telewizji, wszyscy oni szukali Mille. W wodzie i na lądzie, w rowach i wykopach, na wydmach na cyplu i wokół niegościnnych skał po północnej stronie miasteczka, w stercie ruin za zlikwidowaną szkołą i w niezamieszkanym, rozpadającym się domu na końcu Brageveien, którego okna już zasłoniła trawa i do którego nie wolno było wchodzić żadnemu dziecku. Rodzice Mille przeczesali każdy metr centrum, chodzili od jednego rybackiego domu do drugiego, od sklepu do sklepu, i pokazywali zdjęcie córki, rozwieszali plakaty na drzwiach spółdzielni, na drzwiach restauracji Bellini, na drzwiach księgarni, niegdyś słynnej wśród miłośników książek w całej Norwegii z powodu niezwykle szerokiego wyboru obcojęzycznej literatury pięknej (było to w czasach, gdy za ladą księgarni stała Jenny Brodal), na drzwiach pizzerii Palermo i na drzwiach nieczynnej już piekarni, w której latem działała nowa restauracja rybna Gloucester MA, wciąż nazywana przez wszystkich starą piekarnią, bo Gloucester było takie trudne do wymówienia. Stara piekarnia znajdowała się tam, gdzie zaczynała się droga do Mailund, długa droga wijąca się wśród skał, lasu i domków letniskowych, z których jeden był brzydszy od drugiego.

Wszyscy szukali Mille, nawet chłopak nazywany KB, ten, którego później aresztowano za zabójstwo, nawet on szukał Mille, a ona przez dwa lata leżała zakopana pod drzewem w lesie, przykryta ziemią, trawą, mchem, gałęziami i kamieniami. Sama też prawie zmieniła się w ziemię, z wyjątkiem czaszki, kości, zębów, cienkich bransoletek i długich ciemnych włosów, które nie były już ani długie, ani ciemne, tylko cienkie, zwiędłe, jakby wyrwano je z korzeniami.

Tamtego lata, kiedy Mille zniknęła, Simenowi wydawało się, że widzi ją wszędzie. Była twarzą w witrynie sklepu, głową wśród fal, podrywanymi wiatrem długimi ciemnymi włosami nieznajomej kobiety i czerwoną sukienką mamy. Wszyscy o niej mówili, wszyscy się zastanawiali, co się z nią mogło stać. Kiedyś Mille była rzeczywista, kiedyś patrzyła na Simena i się śmiała. Kiedyś miała na imię Mille, ale potem rozpłynęła się we mgle. Łopaty były rzeczywiste. Rowery były rzeczywiste. Dół, w którym leżała, był rzeczywisty. Ale Mille przestała być rzeczywista. Mille zmieniła się w woal nocy i mrozu, który czasami w niego przenikał i odbierał mu radość.

Simen jej nie zapomniał. Myślał o niej, kiedy nie mógł zasnąć, albo kiedy zbliżała się jesień, a powietrze pachniało prochem i mokrymi zwiędłymi liśćmi, ale ostatnio dawno już o niej nie myślał.

Simen był najmłodszy z trzech chłopców. Tamci dwaj nosili imiona Gunnar i Ole Kristian. W sobotę pod koniec października koledzy spędzali razem ostatni weekend. Domki letniskowe zabezpieczano na zimę, nadmorskie miasteczko, położone o dwie godziny jazdy na południe od Oslo, wkrótce miał spowić jego własny mrok. Było popołudnie, już zaczęło się zmierzchać, ale chłopcy postanowili wyruszyć po skarb, który zakopali kilka miesięcy wcześniej. Gunnar i Ole Kristian nie widzieli sensu, żeby leżał w ziemi przez całą wieczność. Simen się z nimi nie zgadzał. Uważał, że właśnie o to chodzi, właśnie przez to stawał się skarbem, ukryty przed wszystkimi z wyjątkiem nich, skarb był tysiąc razy cenniejszy w ziemi niż na ziemi. Nie potrafił wyjaśnić, dlaczego tak jest, po prostu to wiedział. Ale ani Gunnar, ani Ole Kristian w ogóle nie rozumieli Simena, prawdę mówiąc, uważali, że Simenowi kompletnie odbiło, obaj chcieli odzyskać swój wkład, skarb jako skarb kompletnie ich nie obchodził, aż w końcu Simen się zgodził, powiedział, że jemu wszystko jedno, dlaczego wobec tego nie iść i nie wykopać całego tego szajsu od razu?

Historia Simena i skarbu zaczęła się kilka miesięcy wcześniej, w sierpniu, kiedy Gunnar, najstarszy z trzech chłopców, zaproponował, żeby zawarli braterstwo krwi. Lato dobiegało końca, wieczór był ciepły, czerwony, a wszystko kwitło trochę intensywniej, jak zawsze, gdy coś wkrótce ma się skończyć. Już niebawem mieli się rozstać, rozjechać, wrócić tam, gdzie mieszkali, do jesieni, do szkoły, do drużyny piłkarskiej i innych kolegów.

Gunnar nabrał powietrza i wypalił:

 - Braterstwo krwi to symbol wiecznej przyjaźni.

Dwaj pozostali chłopcy podeszli do tego bez entuzjazmu. Myśl o nacinaniu dłoni odłamkiem szkła z rozbitej butelki po oranżadzie nie wydawała się ani trochę kusząca, przecież to musi nieprawdopodobnie boleć, nikt nie ma ochoty zrobić sobie samemu takiej krzywdy, nawet w imię wiecznej przyjaźni, i chociaż głównie kopali piłkę, używając do tego nóg, to przecież ręce też są potrzebne do wielu różnych rzeczy, ręce bez krwawych zadrapań i ran, no ale jak to powiedzieć Gunnarowi, żeby się nie narazić na zarzut tchórzostwa i dziecinności, nie zniszczyć tego dobrego, co ich łączyło?

Siedzieli na podeście przed tajemnym szałasem w lesie, który zbudowali razem rok wcześniej. Rozpalili ognisko i piekli kiełbaski, jedli chipsy i pili colę, wszyscy trzej kibicowali Liverpoolowi, więc tematu do rozmowy nigdy nie brakowało, trochę też śpiewali, bo tutaj nikt ich nie słyszał i przed nikim nie mogli się ośmieszyć, Walk on, walk on, with hope in your heart , a Simen pomyślał, że kiedy się śpiewa tę piosenkę, człowiek czuje, że życie naprawdę się zaczyna. Potem jednak Gunnar, co było dla niego takie typowe, zaczął mówić, że może nie są prawdziwymi przyjaciółmi tylko dlatego, że spędzają razem każde lato. Prawdziwymi przyjaciółmi na dobre i na złe. Gunnar znał faceta, który przez całe lata kibicował Liverpoolowi, a potem nagle przerzucił się na Manchester United tylko dlatego, że nowy sąsiad był kibicem Manchesteru. Co zrobić z kimś takim? Czy to prawdziwy przyjaciel? I nagle Gunnar wplątał się w przemowę o krwi, bólu, prawdziwej przyjaźni i innych rzeczach, o których najwyraźniej wiele myślał tego lata, a ta przemowa zakończyła się propozycją zawarcia braterstwa krwi. Wszystko przygotował zawczasu, ułożył cały plan, co również było typowe dla Gunnara. Odłamki szkła elegancko zapakował w sreberko, butelkę stłukł w ogrodzie za domem, a szkiełka umył w płynie do naczyń, bo ‒ jak wyjaśnił ‒ jeśli człowiek się skaleczy brudnym szkłem, może dostać gangreny i umrzeć. Potem położył na ziemi bezkształtną paczuszkę i delikatnie rozchylił sreberko, jakby w środku były diamenty albo skorpiony. Właśnie wtedy Ole Kristian, najbystrzejszy z nich trzech, wpadł na pomysł, żeby zamiast tego zakopać skarb - jako symbol wiecznej, szczerej i prawdziwej przyjaźni. Takiej na lato i na zimę. Na dobre i na złe. Wszyscy trzej mieli przynieść jakąś rzecz, a ta rzecz musiała być cenna. Skarb zamiast braterstwa krwi. Taka była umowa.

W szopie w ogrodzie rodziców Olego Kristiana stała stara, jasnoniebieska blaszana kanka z pokrywką, którą jego matka kilka lat wcześniej kupiła w sklepie z używanymi rzeczami. Kanka miała wgniecenia i wypłowiały na słońcu rysunek krów i pięknych dójek z jednej strony, a z drugiej angielski napis: MILK - nature’s most nearly perfect food . Ojciec Olego Kristiana cały dzień gniewał się na matkę o to, że wydała prawie czterysta koron na coś tak idiotycznego jak stara kanka na mleko. A wtedy matka Olego Kristiana rozzłościła się dwa razy bardziej i oświadczyła, że jeśli tylko ojciec zbije podest przed drzwiami do sypialni (co obiecał zrobić już całe wieki temu), to ona go ozdobi skrzynkami, doniczkami, pnącymi różami, poduszkami i pledami. Powiedziała, że to by była ich własna mała włoska weranda. Blaszana kanka stanowiła element jej planu i gdy kiedyś pojawiłby się podest, miały w niej stanąć polne kwiaty. Ale podest się nie pojawił, ani tego roku, ani następnego, a teraz kanka stała w głębi szopy, częściowo schowana za zepsutą kosiarką. Ole Kristian zaproponował, że może być ich skrzynią skarbów.

(Sens zakopania skarbu polegał na tym, że skarb nigdy nie zostanie wykopany. Nigdy. Wiedziało się, że on istnieje. Wiedziało się gdzie. Wiedziało się, jaki jest cenny i jak wiele się poświęciło, decydując się na zakopanie go, żeby już nigdy więcej go nie zobaczyć. I nie wolno było nikomu o nim powiedzieć.)

Simen uważał jednak, że Ole Kristian musi znaleźć także coś do włożenia do kanki, a Gunnar się z nim zgadzał. Czy Ole Kristian nie dostał niedawno dwustu pięćdziesięciu koron od babci? Co najmniej dwieście powinien poświęcić. Pieniądze (jeśli to banknoty) można zapakować do foliowej torebki, bo dzięki temu nie zmurszeją. Ole Kristian nie chciał dać pieniędzy, chociaż skarb był jego pomysłem i to on powiedział, że każdy musi dać jakąś rzecz o pewnej wartości, musi coś poświęcić. Ale i Simen, i Gunnar uważali, że nie wystarczy, by jego wkład do skarbu stanowiła wyłącznie kanka. To przecież żadna ofiara! Kanka nie była częścią skarbu, tylko tym, w czym skarb ma zostać umieszczony. Tyle że to nie skrzynia, ale kanka. Prawdę mówiąc (a w pewnym sensie, jak podkreślił Gunnar, to była chwila prawdy), Ole Kristian nie miał nic wartościowego oprócz pieniędzy od babci.

To miało kosztować.

Jeśli chodziło o Gunnara, nie było najmniejszych wątpliwości, co to ma być. Simen i Ole Kristian byli co do tego w pełni zgodni. Gunnar powinien poświęcić album z autografami drużyny Liverpoolu.

Kilka miesięcy wcześniej Gunnar był w Liverpoolu razem ze swoim starszym, dwudziestodwuletnim bratem. Spędzili tam cały weekend, mieszkali w hotelu i poszli na mecz Premier League, Liverpool - Tottenham. (Starszy brat Gunnara nie był jego prawdziwym starszym bratem, chociaż Gunnar ciągle mówił: mój starszy brat to, mój starszy brat tamto, ale to był tylko w połowie starszy brat, bo był synem ojca Gunnara i Gunnar właściwie nie widywał go zbyt często.) Do albumu z autografami wpisali mu się między innymi Steven Gerrard i Fernando Torres, Xabi Alonso i Jamie Carragher, a na samym końcu było wklejone zdjęcie Gunnara razem ze starszym bratem przed stadionem Anfield, obu w szalikach Liverpoolu na szyi. Starszy brat, ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu, z długimi brązowymi włosami i szerokimi barkami, Gunnar przy nim wyglądał jak pająk, a pod zdjęciem napis niebieskim długopisem: Dla najfajniejszego na świecie młodszego brata od Mortena.

Simen wiedział, że Gunnar właściwie nie chce schować albumu z autografami do blaszanki. Dwieście pięćdziesiąt koron od babci Olego Kristiana to jedno. Album z autografami z Liverpoolu to coś zupełnie innego, mogło porządnie zaboleć. Ole Kristian często dostawał pieniądze od babci, natomiast starszy brat Gunnara (chociaż nie był to prawdziwy starszy brat) nieczęsto zabierał Gunnara do Liverpoolu, nieczęsto też się zdarzało dostawać autografy od Stevena Gerrarda, Fernanda Torresa, Xabiego Alonsa i Jamiego Carraghera. Gunnar, najchudszy z nich trzech, prawie się rozpłakał, kiedy obiecał dwóm pozostałym, że odda swój album.

A kiedy to już zostało postanowione, Simen szepnął:

- Wiem, co włożę do kanki.

Pozostał tylko on. Nad tajemny szałas nadciągnęły chmury, więc Simen chciał pokazać Gunnarowi, że on też jest gotów coś poświęcić.

Matka Simena miała klejnot, nieduży krzyżyk wysadzany brylancikami. Dostała go od ojca Simena na gwiazdkę dwa i pół roku wcześniej. Simen też był wtedy u jubilera i prawie zemdlał, widząc, ile tysięcy koron kosztuje ten krzyżyk. Prezent miał być też trochę od niego, żeby mama naprawdę się ucieszyła. Nie miał jednak pewności, czy wydanie tylu tysięcy koron po to, żeby mama się ucieszyła, naprawdę zadziałało. Mama po świętach była taka sama jak przed świętami. Tyle tysiąckoronowych banknotów za taką małą rzecz. Simen miał ochotę spytać tatę, czy było warto. Ale się wstrzymał. A teraz wpadł na nowy pomysł.

Mama co wieczór przed pójściem spać zdejmowała krzyżyk i kładła go do niebieskiej miseczki w łazience. Należało tylko zaczekać, aż wszyscy zasną, a to było proste jak drut. Nikt nie będzie go podejrzewał. Simen nigdy niczego nie podwędzał. Mamie będzie przykro, przewróci cały domek do góry nogami, żeby znaleźć krzyżyk, ale nawet przez myśl jej nie przejdzie, żeby podejrzewać jego.

Gunnar i Ole Kristian spojrzeli najpierw na siebie, a potem na Simena.

- Ile on dokładnie kosztował? - spytał Ole Kristian.

- Wiele tysięcy. Może siedemnaście.

- To niemożliwe - zaprotestował Ole Kristian.

- Jeśli to prawdziwe brylanty - włączył się Gunnar - to absolutnie możliwe.

Ole Kristian się zastanowił.

- Okej - stwierdził wreszcie, wbijając wzrok w Simena. - No to załatw ten krzyżyk! 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy