Reklama

Reklama

"Polskie SS" - kolejny przypadek fałszowania historii

Marcin Bosacki, ambasador RP w Ottawie, musiał przypomnieć kanadyjskiemu wydawnictwu, że SS była organizacją niemiecką, a nie polską. To ostatni głośny przypadek - zamierzonego lub nie - fałszowania historii II wojny światowej. - Niemal co drugi dzień polskie służby dyplomatyczne interweniują w związku z pojawianiem się w przestrzeni publicznej różnych krajów oszczerczego określenia "polskie obozy koncentracyjne" - zwraca uwagę w rozmowie z Interią dr Alicja Bartuś z WSB w Chorzowie.

Określenie "polskie SS" pojawiło się w książce "Flight and Freedom. Stories of Escape to Canada", wydanej przez "Between the Lines". W piśmie skierowanym do wydawnictwa ambasador napisał, że oczekuje wycofania książki z księgarń i bibliotek, a także przeprosin.

Dariusz Jaroń, Interia: Często czytamy o polskich, a nie niemieckich obozach zagłady, teraz - za sprawą kanadyjskiego wydawnictwa - dowiadujemy się o "polskim SS". Z jaką skalą fałszowania historii mamy do czynienia?

Dr Alicja Bartuś, WSB w Chorzowie: - Niemal co drugi dzień polskie służby dyplomatyczne interweniują w związku z pojawianiem się w przestrzeni publicznej różnych krajów oszczerczego określenia "polskie obozy koncentracyjne". To pokazuje poziom ignorancji i braku wiedzy, a często złej woli, albo nawet celowej polityki różnych środowisk w zakłamywaniu historii.

Reklama

- Interwencje dyplomatyczne, wspierane często przez lokalną Polonię i rosnącą liczbę organizacji, generalnie przynoszą efekty. Np. najważniejsze media w USA wpisały do swych stylebooków, zawierających zasady tworzenia informacji, zakaz używania tego zwrotu. Z drugiej strony mamy do czynienia z rozprzestrzenieniem się obrzydliwego sformułowania po całym świecie.

W jaki sposób wydawcy tłumaczą przypisywanie Polakom niemieckich zbrodni?

- Sprawcy tłumaczą się zazwyczaj, że to jest jedynie "skrót myślowy", mający na celu "geograficzne umiejscowienie nazistowskich obozów" - na terenie Polski. Po pierwsze jednak i to byłoby rażącym błędem merytorycznym - w czasie II wojny nasz kraj został przecież brutalnie podbity i podzielony między dwa ludobójcze reżimy, więc nic nie mogło być "na terenie Polski". Po drugie - nie słyszałam, by niemiecki, amerykański, francuski bądź kanadyjski publicysta użył "myślowego skrótu" pt. "japońskie bomby atomowe". A przecież ewidentnie spadły one na japońskie miasta: Hiroszimę i Nagasaki.

Były więzień KL Auschwitz szuka sprawiedliwości

- Trzeba przy tym pamiętać, że zwrot "polskie obozy" pojawia się w świecie w szerszym kontekście. Niemiecka polityka historyczna od ponad 30 lat stara się oderwać pojęcie "naziści" od pojęcia "Niemcy"; celem jest - mówiąc oczywiście w dużym uproszczeniu - przekonanie świata, że Niemcy jako pierwsi padli ofiarą jakichś abstrakcyjnych nazistów.

- Oczywiście to nie jest tak, że Niemcy, jako państwo i społeczeństwo, próbują w ten sposób całkowicie zrzucić z siebie odpowiedzialność za tragedię II wojny, ale dość łatwo zauważyć, że relacja między Niemcami a Auschwitz w światowej przestrzeni publicznej mocno się rozluźniła. 

Do czego prowadzi sprowadzanie zbrodni hitlerowskich Niemiec do działających w oderwaniu od reszty społeczeństwa "złych nazistów"?

- Choćby do pytań, zadawanych przez młodych ludzi przyjeżdżających do muzeum Auschwitz: "Skąd pochodzili ci wredni naziści?". To, że z Niemiec i Austrii przestało być w świecie oczywiste. Niewiedza w tym względzie w połączeniu z niechlujnie lub celowo rzuconym hasłem "polskie obozy" prowadzi wielu ignorantów do wniosku, że nazistami musieli być Polacy.

- Najbardziej zaskakujące, a zarazem niepokojące jest to, że owa ignorancja szerzy się nie tylko w odległych krajach, dla których II wojna była abstrakcją, ale również w tych, których obywatele padli ofiarą niemieckiego nazizmu lub z tym nazizmem walczyli.

- Oburzenie Polaków na ignorancję, złą wolę i ewidentne manipulacje zagranicznych mediów czy polityków jest zupełnie uzasadnione. Wydaje mi się również, że pozywanie mediów, które dopuściły się kłamstwa, przez ofiary lub potomków ofiar niemieckich obozów, może doprowadzić do ograniczenia skali tego patologicznego zjawiska. Przykładne ukaranie sprawcy i nagłośnienie tego faktu w świecie to dobra broń dyscyplinująca, a zarazem odstraszająca.

- Może również wywołać refleksję wśród ludzi uważających się za naukowców. Wśród nich - jak widać po kuriozalnym kanadyjskim przypadku "polskiego SS" - też nie brakuje ignorantów, bo chciałabym wierzyć, że za ich oszczerczą twórczością kryje się jedynie brak wiedzy.

Świadek zagłady Mano Hoellenreiner: Zło może wrócić

A jak prezentuje się wiedza o Auschwitz wśród Polaków?

- Niestety, problem nie dotyczy wyłącznie zagranicy. Stosunek wielu młodych Polaków do Auschwitz budzi również duży niepokój. Fala beztroskich "dowcipów" i memów związanych z tym tragicznym miejscem, jaka zalała internet choćby w związku z kryzysem uchodźczym, mówi wiele o nas, naszej wrażliwości, wychowaniu, edukacji.

- Jeżeli potomkowie narodu, który był jedną z głównych ofiar niemieckiego ludobójstwa, wykazują się ignorancję i nie potrafią należycie uszanować godności swoich przodków, pamięci o ich niewyobrażalnym cierpieniu, to kto w przyszłości będzie się o tę pamięć upominał? Czy hasło "nigdy więcej Auschwitz" nie stanie się aby groźnie puste? I my, Polacy, mamy tu sporo do zrobienia.

Co polskie władze mogą zrobić, żeby to zmienić?

- Powtarzałam już wiele razy - i zamierzam powtarzać do skutku - że zmieniając podstawę programową w Polsce nie pomyślano o wpisaniu w nią wizyt w miejscach pamięci, zwłaszcza Auschwitz. W mojej opinii winny być one nieodłącznym elementem systemu kształcenia i wychowania. Trzeba na to znaleźć publiczne pieniądze. Wizyta w Auschwitz nie może się przy tym ograniczać do samego przyjazdu i zwiedzania. Musi jej towarzyszyć szerszy przekaz historyczny, humanistyczny, wychowawczy.

- W takiej wizycie najważniejszy wydaje mi się nie tyle wymiar faktograficzny, lecz emocjonalny. Inaczej polscy dyplomaci będą w świecie interweniować przeciwko "polskim obozom", a w tym samym czasie nasi młodzi ludzie będą się na Facebooku przerzucać "dowcipami" o Auschwitz.

Rozmawiał Dariusz Jaroń

Obserwuj profil autora na Twitterze

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje