Reklama

Reklama

Polskie sprawy dyskutowane w PE? "To jest strzelanie z armaty do komara"

​Europejska Partia Ludowa, Socjaliści i Liberałowie chcą, aby na najbliższej sesji PE omówić sytuację w Polsce. Przyczyną takiej decyzji mają być niepokojące doniesienia o sporze wokół powołania sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Czy wewnętrzne sprawy Polski powinny być przedmiotem dyskusji na forum Parlamentu Europejskiego i jakie konsekwencje może przynieść taka dyskusja? - zapytaliśmy ekspertów.

Europa zaniepokojona sytuacją w Polsce?

Decyzja w sprawie ewentualnej dyskusji o sprawach Polski ma zapaść w środę na konferencji przewodniczących europarlamentu, czyli spotkaniu przewodniczącego PE, a także szefów grup politycznych.

Reklama

Zdaniem Tomasza Siemoniaka z PO, inicjatywa rozmowy nie wyszła ze strony polskiej, a jest jedynie konsekwencją zaniepokojenia eurodeputowanych i zagranicznych mediów. Powodem wspomnianego zaniepokojenia miałby być spór wokół powołania sędziów Trybunału Konstytucyjnego.

- To cyniczne kłamstwo ze strony PO. To taka zasada: wy to zróbcie, żeby nie było na nas. Nie zauważam, żeby Europa była szczególnie zaniepokojona sytuacją w Polsce. To jest ze strony PO próba zainspirowania partii w PE, żeby ich rękami wyjąć "polskie kasztany z politycznego ogniska" - mówi w rozmowie z Interią  prof. UJK dr hab. Kazimierz Kik.

Podobnego zdania jest dr hab. Maciej Drzonek z Uniwersytetu Szczecińskiego.

- To jest strzelanie z armaty do komara. Nie ma w Polsce sytuacji, która wymagałaby tego typu działań. Takie mechanizmy stosuje się w bardzo wyjątkowych sytuacjach, np. wtedy, gdy łamane są prawa człowieka, czy kiedy policja bije manifestantów. Natomiast kwestia różnych interpretacji procedury wyłaniania sędziów TK w Polsce, nie wydaje mi się wystarczającą przesłanką do epatowania strasznymi wizjami praw do demokracji - zaznacza.

PO wykorzystuje pozycję w UE?

Na pytanie, czy sprawy polskie powinny być dyskutowane w PE, prof. UJK dr hab. Kazimierz Kik odpowiada, że "nie w takim kształcie, nie w takim momencie i nie przez te siły, które postawiły pytania w tym temacie".

- Musimy pamiętać, że PE jest zdominowany przez te siły polityczne, które w Europie przegrywają. Do schodzących ze sceny politycznej ugrupowań należy Donald Tusk i eurodeputowani PO. Dzięki temu, że Tusk jest przewodniczącym Rady Europejskiej, a PO należy do wiodącej partii, może to być próba wygrywania wewnętrznych polskich sporów na forum europejskim. PO, bezradna w Polsce, dysponuje dobrymi instrumentami w UE - wyjaśnia.

- Bardzo brzydka zagrywka, to histeryczna próba zablokowania możliwości zrealizowania programu wyborczego PiS - dodaje.

- Moim zdaniem PO próbuje zainteresować sprawami Polski środowiska w Europie Zachodniej, które są ideowo podobne do samej PO. Idziemy się skarżyć tam, gdzie nas wysłuchają, przytulą i powiedzą, że jesteśmy poszkodowani. To nie jest dobre dla państwa polskiego, bo czy PiS czy PO cokolwiek robią, nie powinni brać pod uwagę interesu partyjnego - tłumaczy z kolei dr hab. Maciej Drzonek.

- PO podcina gałąź, na której sama siedzi. Platforma nie rozumie też, co się stało w Polsce 25 października. Większość Polaków jest krytyczna wobec działań UE i familiarnego kursu PO względem UE. A teraz PO idzie na skargę, że "brzydki PiS" próbuje pogonić "biedną Platformę". Na tym wizerunek PO wiele straci - dodaje.

Wizerunkowe konsekwencje

Eksperci są zgodni, że konsekwencje, jakich może się spodziewać Polska, o której dyskutowano by na forum PE, mogą przybrać charakter jedynie wizerunkowy.

- Nie ma mocnych przesłanek, żeby dyskusja w PE spowodowała poważne konsekwencje dla Polski. Nawet jeśli narośnie spór wokół TK, to będzie to dla członków posiedzenia raczej pewnego rodzaju ciekawostka światowa. O tym, co myślą elity europejskie i społeczeństwo europejskie, dowiedzieliśmy się, kiedy ogłaszano wyniki wyborów we Francji. Elity europejskie straszą skrajną prawicą, a ludzie wiedzą swoje - tłumaczy dr hab. Drzonek.

Zdaniem politologa, PO liczy na zachodnie liberalne media, których "negatywnymi opiniami o PiS będzie mogła się podeprzeć".

- W moim przekonaniu będzie to cementowało żelazny elektorat PO, ale w żaden sposób nie będzie powiększało poparcia. Polacy są dosyć przekorni w tego typu kwestiach. Jeśli ktoś idzie na skargę na zewnątrz, to działają na zasadzie przekory. W Polsce mamy przeświadczenie, że nie wypada "kablować". Na zachodzie naturalne jest zachowanie, że gdy ktoś ściąga na egzaminie, to inny student podnosi rękę i zgłasza niesportowe zachowanie kolegi. To jest uznawane za coś dobrego, w Polsce całkiem odwrotnie. Pójście na salony europejskie ze skargą "PiS nas maltretuje, zróbcie coś", może działać na niekorzyść PO - twierdzi.

- Układ sił w UE i nastroje społeczne w Europie zmieniają się. Dawne siły próbują się ratować. Nie sądzę, że taka dyskusja w PE może wpłynąć negatywnie na postrzeganie Polski - wyjaśnia prof. Kik.

- PO jest mocno usytuowana w UE a spór między PO a PiS ma charakter niemalże biologiczny. Możemy wobec tego wyobrazić sobie, że spór na linii Duda-Tusk czy Kaczyński-Tusk przeniesie się na forum europejskie - podsumowuje. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje