Reklama

Reklama

Polskie sądy nie lubią niesłusznie aresztowanych

Nie jestem w stanie opisać tych dwóch lat. Co wtedy czułem? Nawet gdybym nie wiem jak się starał, to i tak nie zrozumie tego nikt, kto tego nie przeżył - tak o prawie dwuletnim pobycie w celi mówi Andrzej Szkopek, były komendant powiatowy policji, który wciąż walczy o odszkodowanie za niesłuszny areszt.

W kwietniu 2004 roku Szkopek był dobrze zapowiadającym się komendantem powiatowym policji w Wyszkowie. - Miałem 36 lat. Byłem przekonany, że to dopiero początek mojej policyjnej kariery - opowiada.

Reklama

- Andrzej był wzorowym policjantem. Nadzorował dość trudny region, o wysokim wskaźniku przestępczości. Pod koniec lat 90. głośne były zwłaszcza wymuszenia haraczy, w których przodował gang "Uchala". Mimo tych problemów, Szkopek radził sobie bardzo dobrze - przypomina mecenas Andrzej Orliński, pełnomocnik Szkopka w procesie o odszkodowanie za niesłuszne aresztowanie.

Świadek koronny kontra sąd

Gang "Uchala" rozbito m.in. dzięki zeznaniom Wiesława P., ps. Koczis. Przestępca zyskał status świadka koronnego. Jako taki twierdził, że gangowi udało się kupić komendanta za 14,5 tys. zł łapówek. Prokuratura poszła tym tropem. W 2004 roku Szkopek został tymczasowo aresztowany.

- Dzień lub dwa po skierowaniu aktu oskarżenia do sądu ówczesny rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie zapewniał, że komendanta powiatowego nie zamyka się tylko na podstawie zeznań jednego świadka, że potrzebne są do tego dodatkowe dowody i w tej sprawie te dowody są. Jednak w 2009 roku ostatecznie dowiedziono, że żadnych dowodów nie było. Zostałem uniewinniony - wspomina Szkopek.

Trochę inaczej o sprawie mówi obecny rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie prokurator Dariusz Ślepokura: - Nie chodziło tylko o zeznania "Koczisa". Jego słowa pośrednio potwierdzał inny świadek koronny, Waldemar Sz., któremu ten pierwszy miał się chwalić, że skorumpował Andrzej Szkopka. Jednocześnie podejrzany Marek D. utrzymywał, że brał udział we wręczaniu łapówki. Później wyjaśnienia te odwołał, ale i tak Sąd Okręgowy w Ostrołęce skazał go za przestępstwo polegające na wręczeniu korzyści majątkowej Andrzejowi Szkopkowi.

W 2009 roku były komendant został uniewinniony. Sąd stwierdził, że zeznania świadka koronnego nie są wystarczającym dowodem winy. Prokuratura Okręgowa przypomina jednak: "Jedyny w składzie orzekającym sędzia zawodowy zgłosił do wyroku zdanie odrębne, uznając, że zgromadzony materiał dowodowy jednoznacznie wskazuje na winę Andrzeja Szkopka. Warto podkreślić, iż w oparciu o zeznania świadka koronnego sąd w tej sprawie skazał prawomocnie 12 oskarżonych".

W międzyczasie Szkopek spędził dwa lata w areszcie. - W tym czasie kilkakrotnie uchylano mi areszt, ale po apelacjach prokuratora wracałem do celi. Zawsze podawano ten sam powód - "z uwagi na mataczenie". Ale w jaki sposób miałem mataczyć? Jedyny świadek był przecież pod ciągłą ochroną funkcjonariuszy CBŚ - denerwuje się Szkopek.

- Nie chodziło tylko o mataczenie - wyjaśnia prok. Ślepokura - ale także o grożącą oskarżonemu surową karę pozbawienia wolności. Już sama realność jej wymierzenia stwarzała uzasadnioną obawę bezprawnego utrudniania postępowania karnego. W efekcie sąd uznawał za niewystarczający dla zapewnienia prawidłowego toku postępowania środek zapobiegawczy w postaci poręczenia majątkowego.

Dostanie 2,5 mln zł za dwa lata aresztu?

Mimo wyroku uniewinniającego, sprawa skutecznie zniszczyła Szkopkowi dotychczasowe życie. W policji nie miał do czego wracać. Jesienią 2010 roku, po prawomocnym uniewinnieniu, złożył wniosek o odszkodowanie za niesłuszne aresztowanie. Chce 2,5 miliona złotych. Czy ma szanse je wywalczyć?

Jeśli wyciągać wnioski z dotychczasowych wyroków sądowych, odpowiedź brzmi "nie". Polskie sądy nie są zbyt szczodre, jeśli chodzi o wyrównywanie strat niesłusznie aresztowanym. Dotychczas jedne z najwyższych odszkodowań przyznano sędzi z Suwałk Grażynie Zielińskiej i byłemu komendantowi policji w Białej Podlaskiej Władysławowi Szczeklikowi.

W pierwszym przypadku ówczesna wiceprezes Sądu Okręgowego w Suwałkach została zatrzymana za przyjmowanie łapówek w zamian za korzystne wyroki. W celi spędziła pięć miesięcy. Po uniewinnieniu sąd przyznał jej 300 tys. zł zadośćuczynienia. Sto tysięcy więcej dostał Władysław Szczeklik, który trafił za kraty także pod zarzutem brania łapówek od przestępców. Siedział niespełna pięć miesięcy.

Gdyby przyjąć średni przelicznik z tych dwóch spraw - ok. 350 tys. zł za pięć miesięcy niesłusznego aresztu - Szkopek za dwa lata w zakładzie karnym powinien dostać przynajmniej 1,4 mln zł. Czy może liczyć na taką kwotę?

- Szanse na tak wysokie odszkodowanie są w Polsce niewielkie, ponieważ nasze sądy nie orzekają tak jak w Stanach Zjednoczonych, gdzie przyjęto, że wyrządzona krzywda musi zostać naprawiona w pełnym zakresie - mówi Zbigniew Ćwiąkalski, były minister sprawiedliwości, który prowadzi obecnie kilka spraw o odszkodowanie za niesłuszne aresztowanie.

Jeden z jego klientów, były prezes dużej firmy, który spędził w areszcie kilka miesięcy, żąda 13,5 miliona złotych odszkodowania.

- W Polsce sądy przyznają zazwyczaj symboliczne odszkodowania i zadośćuczynienia, idące w kilkadziesiąt, może sto tysięcy złotych. Myślę jednak, że prędzej czy później zrozumieją, że ci ludzie utracili bezpowrotnie swoją pozycję zawodową i towarzyską. Często rozpadło im się życie osobiste. To wszystko powinno się naprawić - uważa Ćwiąkalski.

Pan płaci, pani płaci

W Polsce odpowiedzialność za niesłuszne aresztowanie ponosi na zasadzie ryzyka Skarb Państwa. Oznacza to, że nie jest wymagane udowodnienie winy konkretnemu urzędnikowi. Problem pojawia się jednak w momencie określenia kwoty odszkodowania.

- Ze strony poszkodowanego to jest zawsze kwestia osobistego odczucia - ile straciłem w wyniku aresztowania i jak to wpłynęło na moje życie - wyjaśnia Orliński.

Podobnie ocenia sąd - w jakim stopniu błąd organów ścigania wpłynął na sytuację aresztowanego? Określona w ten sposób kwota (w przypadku odszkodowania - za szkodę, w przypadku zadośćuczynienia - za krzywdę) nie jest jednak prostą relacją do utraconych zarobków, ale różnicą między stanem majątkowym poszkodowanego w chwili odzyskania wolności, a stanem jaki by istniał, gdyby wolności w ogóle nie stracił. Obejmuje więc teoretycznie m.in. możliwości awansu, czy choćby wydatki poniesione na adwokata.

Patrząc jednak na zasądzane kwoty wydaje się, że w ferworze obliczeń utraconych zarobków sądy zapominają o stratach moralnych. W przypadku Szkopka Sąd Okręgowy w Warszawie przyznał mu 360 tysięcy zł zadośćuczynienia, ale odszkodowania odmówił, ponieważ uznał, że decyzja byłego komendanta o przejściu na emeryturę tuż przed zatrzymaniem była suwerenna (Szkopek i Orliński mają na ten temat inne zdanie).

Jaka krzywda? Przecież siedział z policjantami

Co ciekawe, w ustnym uzasadnieniu sędzia tłumaczył, że kwota jest niższa od wnioskowanej, ponieważ Szkopek "przebywał w celi z kilkoma policjantami i pracownikiem IPN", a złe warunki są "standardowe dla wszystkich aresztowanych".

Od tej decyzji odwołał się zarówno były komendant jak i prokurator. Pierwszy, dlatego, że uznał, iż to za mało, drugi wręcz przeciwnie. W efekcie Sąd Apelacyjny zwrócił sprawę do ponownego rozpatrzenia. Drugi wyrok Sądu Okręgowego zaskoczył chyba wszystkich - sumę zadośćuczynienia zmniejszono do 240 tys. zł. Ponownie apelację złożyły obie strony - z tych samych powodów.

- Sąd nie tłumaczył, dlaczego kwota jest niższa. Po prostu uznano, że 10 tysięcy zł za miesiąc to kwota adekwatna do poniesionych przeze mnie krzywd - komentuje Szkopek.

W ustnym uzasadnieniu sędzia przekonywał natomiast, że zasądzona kwota jest wyższa niż w podobnych sprawach, ponieważ Szkopek "jako komendant policji był osobą znaną w środowisku i w Wyszkowie". Jednocześnie sędzia powtarzał, że "żadna kwota nie jest w stanie wynagrodzić doznanych krzywd".

Dowiedz się więcej na temat: tych | Nie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje