Reklama

Reklama

Polityczna twarz Miss World?

Piękne kobiety, medialny szum i ogromne koszty. Na wybory Miss World w Polsce stołeczni radni przeznaczyli 10 mln złotych. Dziś władze stolicy nie wiedzą, gdzie te pieniądze trafiły.

To miało być jedno z najważniejszych wydarzeń ostatnich lat w naszym kraju. Promocja Polski i wielu miast. Miało być pięknie i kolorowo... Ale czy było? Wybory Miss World w Warszawie kosztowały kilkadziesiąt milionów złotych. Władze stolicy miały dofinansować imprezę ze środków publicznych. Koncert zorganizowała ostatecznie Julia Morley, szefowa Biura Miss World, która na miesiąc przed galą, w dniu przyjazdu finalistek do Warszawy, zerwała umowę z Biurem Miss Polonia, zajmującym się przygotowywaniem całości. Wybuchł skandal i jakby wszyscy zapomnieli o dotacji ze stołecznego budżetu. Co zatem stało się z pieniędzmi, które Warszawa przeznaczyła na promocję miasta?

Reklama

Na pomysł zorganizowania w Warszawie wyborów najpiękniejszej kobiety świata wpadła Elżbieta Wierzbicka, szefowa Biura Miss Polonia. Wszystko ustaliła z Julią Morley, prezes Miss World. Na początku 2006 roku poinformowano, że finał odbędzie się w Polsce. Nad Wisłę miało zjechać ponad sto piękności z całego świata.

Na przygotowanie finału Miss World potrzeba minimum 30 mln zł. Największy wydatek to zakup licencji, który kosztował 3 mln funtów, czyli ok. 18 mln złotych. Miss World to obok Miss Universe najsłynniejszy konkurs piękności na świecie.

A miało być tak pięknie

Z początku wszystko wyglądało pięknie. Honorowym patronatem objął imprezę premier Kazimierz Marcinkiewicz, pomoc obiecywali przedstawiciele Polskiej Organizacji Turystycznej. Całe przedsięwzięcie popierał ponoć prezydent Lech Kaczyński. Optymizm nie trwał jednak zbyt długo. Okazało się bowiem, że Biuro Miss Polonia nie dostanie dotacji od polskiego rządu, a POT nie dopłaci zakładanego przez Elżbietę Wierzbicką co najmniej miliona funtów. Wybory miały zatem stać się imprezą w pełni komercyjną.

Organizatorzy, czyli Biuro Miss Polonia, przyjęli zasadę, że kandydatki odwiedzą te miasta, które za to zapłacą. Kilkugodzinna wizyta w danej miejscowości lub regionie setki pięknych kobiet miała kosztować ćwierć miliona złotych, wizyta całodniowa z noclegiem - prawie pół miliona, a za dwu-, trzydniowy pobyt światowych piękności należało zapłacić prawie 3 mln zł.

Najdrożej wyceniono uroczystą galę finałową. Władze miasta, którym na niej zależało, musiały zapłacić ok. 3 mln zł za licencję i zdobyć 6 mln zł od sponsorów. Nie mówiąc o zapewnieniu noclegów dla pół tysiąca osób w hotelach.

Największe zainteresowanie organizacją finału na swoim terenie wykazały władze stolicy. Prym wiódł Tadeusz Deszkiewicz, ówczesny szef Biura Promocji Miasta, który w tej imprezie widział ogromny kapitał promocyjny. Od początku wierzył w sukces. Wtórowała mu Małgorzata Ławniczak-Hertel, wyrzucona wcześniej z PO, a w 2006 roku radna niezrzeszona, przewodnicząca Klubu Samorządowego w Radzie Warszawy. Radni byli podzieleni, ale ostatecznie

PiS przegłosował dofinansowanie

imprezy 10 milionami złotych. Pikanterii sprawie dodawał fakt, że przy organizacji wyborów pojawił się Wojciech Ławniczak, biznesmen branży drogowej i jeden z bohaterów tzw. afery mostowej. Jego firma, jak pisała jedna ze stołecznych gazet, miała rodzinne i towarzyskie powiązania z rządzącą w Warszawie ekipą PO. "W poprzedniej kadencji była wyjątkowo ceniona przez samorządowców. Wygrywała lukratywne przetargi na nadzór nad największymi miejskimi inwestycjami, m.in. dwoma mostami. Ekipa PiS do biznesmena nastawiona była mniej entuzjastycznie, o czym świadczyły kolejne doniesienia do prokuratury, dotyczące m.in. mostów, które podpisywał były prezydent Warszawy Lech Kaczyński".

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy