Reklama

Reklama

​Politycy jak gwiazdy rocka

Ogłuszający tumult, tysiące na wpół omdlałych fanów, efektowne oświetlenie, konfetti... to nie relacja z koncertu, tak dziś wyglądają polityczne wiece. Jednak świetnie wyreżyserowane konferencje "w amerykańskim stylu" to nie wszystko. Najważniejsza jest gwiazda wieczoru. Jeśli nie porywa tłumów, to i zwożone autobusami młodzieżówki partyjne na niewiele się zdadzą. Część polityków jeszcze nie rozumie, że uczestniczy w reality show. Ci którzy zrozumieli, pną się na szczyty władzy.

Że polityka weszła do segmentu infotainment (informacja i rozrywka w jednym) - wiemy już od co najmniej dekady. Za nowymi czasami długo nie nadążali jednak sami politycy, którzy tak samo nieciekawie ględzili zarówno w 1989, jak i w 2015 roku.

Trump

Reklama

Mitt Romney, Jeb Bush... to byli nudziarze, sztywniacy. Nic dziwnego, że republikańscy wyborcy oszaleli na punkcie Donalda Trumpa. Miliarder latami nie wychodził z telewizora - prowadził swój reality show, a także udzielał się jako ekspert m.in. Fox News. Przed kamerą czuł się doskonale, jak zresztą każdy obrzydliwie bogaty narcyz. Jego kampania wyborcza to kolejny, po "The Apprentice", reality show Donalda Trumpa.

Politycy republikańskiego establishmentu próbowali po staremu - pełne zdania, pełna kultura, dużo mowy trawy. A tu przychodzi taki Trump i wywodzi: Meksykanie - gwałciciele, Romney - nieudacznik, McCain - frajer, muzułmanie - do widzenia, ta głupia, a ta brzydka. Uczynimy Amerykę znowu wielką.

Każde pojawienie się Donalda Trumpa w telewizji natychmiast podnosi słupki oglądalności. Trump sprzedaje gazety, czasopisma, Trump się klika.

Korzystają media (jakkolwiek "obrzydzone" by Trumpem nie były) i korzysta sam kandydat, bo ma najwięcej czasu antenowego ze wszystkich.

Prawybory, które wyłonią kandydata Partii Republikańskiej na prezydenta, od lat nie widziały takich tłumów. Wszystko za sprawą Trumpa.

Każdy dzień kampanii jest kolejnym odcinkiem spektaklu. Co tym razem powie? Kogo obrazi? Z kogo zażartuje? A jemu w to graj. Trump wie, jakie miny stroić, by zachwycić wyborców ("Zbudujemy mur na granicy z Meksykiem! Kto za niego zapłaci?" - pyta Trump. "Meksyk!" - odpowiadają chóralnie zwolennicy).

Donald Trump jest zdecydowanym faworytem w wyścigu po prezydencką nominację Republikanów. Wygrał już prawybory w 19 stanach i zdobył 7,5 mln głosów.

Sanders

Po drugiej stronie mamy 74-letniego senatora z Vermont, który ubiega się o prezydencką nominację Partii Demokratycznej. Socjalista Bernie Sanders przegrywa z Hillary Clinton o 300 delegatów, ale stał się fenomenem społecznym, który zadziwił wieloletnich obserwatorów sceny politycznej.

Do prawyborów przystępował z 2-proc. poparciem, dziś ogólnokrajowe sondaże dają mu remis z Clinton. 9 na 10 młodych ludzi głosuje na Sandersa. Jego wiece ściągają tłumy - gdziekolwiek się pojawi. Ostatnio prowadził kampanię w Utah, Idaho i Arizonie. Wszędzie to samo: ogłuszający krzyk i skandowanie: "Feel the Bern!".

Sztab już nie nadąża z wypuszczaniem koszulek i przypinek z wizerunkiem Berniego Sandersa: widzimy na nich same okulary i rozwiany siwy włos senatora. Tak, Sanders powoli i mimowolnie staje się ikoną popkultury.

Wyklęte w Stanach słowo "socjalista" miało z miejsca dyskwalifikować go jako kandydata. Młodzi zupełnie się tym nie przejęli i wciąż wierzą, że wniosą swojego kandydata na rękach do Białego Domu.

74-letni Sanders proponuje wyborcom "polityczną rewolucję", a oni, młodzi idealiści, tego właśnie chcą. Z senatorem na czele zamierzają ukrócić przywileje banków, korporacji, najbogatszych, pragną zmienić skorumpowany system finansowania kampanii wyborczych i wprowadzić darmowe studia. Nie chcą startować w dorosłość z długiem na karku i szklanym sufitem nad głową.

Sanders cały czas powtarza "my, my, my", zamiast Trumpowego "ja, ja, ja". Jak widać, i jedna, i druga metoda sprawdza się w sprzyjających warunkach.

Specjaliści od marketingu politycznego powinni przyjrzeć się aktywności senatora na Facebooku, Twitterze, Instagramie i Snapchacie. Profile te są świetnie prowadzone, cały czas aktualizowane (również przez kandydata), a liczba interakcji jest wręcz zawstydzająca dla konkurencyjnego sztabu Hillary Clinton. Ba, jeśli chodzi o polubienia i udostępnienia, to mało która gwiazda muzyki może się z Sandersem równać. Rolling Stones pokazują setlistę z Meksyku - 25 tys. polubień, 2,5 tys. udostępnień. Bernie Sanders mówi o rdzennych Amerykanach - 56 tys. polubień, 12,5 tys. udostępnień.

Trudeau

Justin Trudeau, 44-letni premier Kanady, bodaj najbardziej świadomie skonstruował swój wizerunek pod kątem nowych czasów.

Syn Pierre'a Trudeau, również premiera Kanady, wygląda jak filmowy amant i tak też się zachowuje. Starannie wystylizowana fryzura, doskonale skrojone garnitury, szarmancki uśmiech - oto image premiera jednego z największych państw na świecie.

Ma piękną żonę, piękne dzieci i wszyscy bardzo się kochają. Gdyby Trudeau nie był premierem, mógłby brać udział w tych wszystkich przesłodzonych reklamach, w których oglądamy perfekcyjne rodziny smarujące chleb najlepszą margaryną pod słońcem.

Każdy ruch Justina Trudeau jest PR-owym majstersztykiem. Zaczęło się od sformowania gabinetu. Znalazło się w nim 15 kobiet i 15 mężczyzn. Do rządu trafili także: Indianka, dwoje uchodźców i dwie osoby niepełnosprawne. "Mój gabinet odzwierciedla różnorodność Kanady" - wyjaśniał. Zapytany o to, dlaczego zdecydował się na parytet płci, Trudeau odparł: "Bo mamy 2015 rok". Zdanie to obiegło cały świat i stało się prawdziwym hitem.

Hitem stało się również zdjęcie, na którym Trudeau przytula dwie małe pandy.

Liberalny premier zapunktował także, osobiście witając syryjskich uchodźców na lotnisku czy określając siebie mianem feministy.

Trudeau kreuje nie tylko swój wizerunek, ale i wizerunek Kanady, wskutek czego kraj ten ma ostatnio świetną prasę. W amerykańskich mediach pojawiły się nawet poradniki, jak przeprowadzić się do Kanady, gdyby wybory wygrał... Donald Trump.

Na razie trudno jeszcze określić, czy Trudeau przejdzie do historii jako pięknie pomalowana wydmuszka czy też w ślad za PR-owym mistrzostwem pójdą zręczne decyzje polityczne.

Kukiz (i Korwin-Mikke)

Najlepszą ilustracją tytułowej tezy w polskich warunkach jest Paweł Kukiz, który swoje doświadczenie sceniczne przekuł w udaną kampanię wyborczą. I udowodnił, że to działa. Ze sceniczną charyzmą zapowiadał "rozwalenie systemu" i snuł wizję, w której jednomandatowe okręgi wyborcze przywrócą Polskę obywatelom.

W wyborach prezydenckich zdobył 20,5 proc. wszystkich głosów. Oszałamiający wynik. "Antysystemowość" przebojem podbiła polityczną scenę i uwiodła zwłaszcza młodych wyborców, którzy też chcieli "wywrócenia stolika" i odspawania całej zepsutej klasy politycznej od koryta.

Po wyborach prezydenckich, z biegiem tygodni, notowania Kukiza zaczęły słabnąć. Komentatorzy wieszczyli, że do Sejmu jego ugrupowanie nie wejdzie. I wtedy wydarzyła się debata telewizyjna. Kukiz obrażał się na, niewłaściwe jego zdaniem, pytania, pouczał dziennikarzy, był chaotyczny, ale autentyczny. Żadnych wyuczonych formułek. Publicyści może nie jednogłośnie, ale w większości uznali debatę za porażkę Kukiza. A jego notowania zaczęły z powrotem rosnąć. Ruch Kukiz'15 ze sporym zapasem dostał się do Sejmu.

Kukiz Kukizem, ale idolem młodych wyborców od lat pozostaje Janusz Korwin-Mikke, który wygrywa za każdym razem, gdy licea organizują zabawę w wybory.

Niepoprawność, radykalizm, barwny, pozbawiony urzędniczo-sejmowych naleciałości język - to się podoba. Podobnie jak libertariańskie recepty Korwin-Mikkego, będące odpowiedzią na każdy gospodarczy problem, z jakim zmaga się Polska i świat.

Paweł Kukiz na Facebooku niebawem będzie miał 400 tysięcy fanów, a Korwin-Mikke 800 tysięcy. Żaden zawodowy poseł nie jest w stanie zbliżyć się do tego pułapu. To już bowiem poziom najbardziej rozchwytywanych nad Wisłą raperów. Takich jak poseł Liroy.

Dowiedz się więcej na temat: Donald Trump | bernie sanders | justin trudeau | Paweł Kukiz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama