Reklama

Reklama

Piotr Patykiewicz: Apokalipsa jest nieunikniona

- Od parudziesięciu lat jesteśmy, jako ludzkość, szczęśliwymi posiadaczami własnych narzędzi zagłady, co tylko zwiększa prawdopodobieństwo, że pewnego dnia coś pójdzie nie tak - podkreśla w rozmowie z Interią Piotr Patykiewicz, autor dobrze przyjętej powieści "Dopóki nie zgasną gwiazdy". To opowieść o ludziach, którzy znaleźli się na rozdrożu pomiędzy zagładą starego świata i narodzinami nowego.

Piotr Patykiewicz jest autorem fantastyki. Debiutował opowiadaniem "Czorty" (1996), publikował w takich czasopismach jak: "Fenix", "Nowa Fantastyka" i "Science Fiction, Fantasy i Horror". "Dopóki nie zgasną gwiazdy" to jego szósta powieść i pierwsza, która ukazała się nakładem Wydawnictwa SQN.

Reklama

Dariusz Jaroń, Interia: Czym dla pana jest apokalipsa? Nieuchronnym zakończeniem, do którego zmierzamy czy fikcją literacką?

Piotr Patykiewicz: Apokalipsa jest dla mnie nieuniknioną przyszłością świata. Kto nie dowierza św. Janowi, niech zaufa fundamentalnemu prawu Murphy'ego - jak coś się może spieprzyć, to się spieprzy, prędzej czy później. Nasza biedna matka ziemia już to przecież przerabiała, i to nie raz. Wybuchy superwulkanów, gwałtowne zmiany klimatyczne, kosmiczne kolizje, po których życie znajdowało się na krawędzi. A skoro coś takiego zdarzało się w przeszłości, dlaczego - w odpowiednio długiej skali czasu - nie miałoby się powtórzyć? Dodatkowo od parudziesięciu lat jesteśmy, jako ludzkość, szczęśliwymi posiadaczami własnych narzędzi zagłady, co tylko zwiększa prawdopodobieństwo, że pewnego dnia coś pójdzie nie tak.

Nie wyczuwam w pańskim głosie specjalnego niepokoju, chociaż nie wróży pan ludzkości najlepiej...

- Uważam, że apokalipsa jest nieuchronna, jak śmierć, ale niespecjalnie się tym przejmuję, podobnie jak stabilny emocjonalnie człowiek nie zadręcza się na co dzień faktem swojej śmiertelności. Co więcej, jestem przekonany, że taka ogólnoświatowa katastrofa jest nie tylko czymś przesądzonym, ale koniecznym, i że w ostatecznym rozrachunku przyniesie dobre owoce. Można dopatrywać się w takim poglądzie interpretacji chrześcijańskiej - nastanie nowe niebo i nowa ziemia - albo po prostu uzmysłowić sobie, że gdyby nie kolejne wielkie wymierania z przeszłości, ewolucja potoczyłaby się całkiem inaczej i nie prowadzilibyśmy teraz tej miłej rozmowy.

- A książka? To tylko próba wyobrażenia sobie, jak to wykluwanie się nowego mogłoby wyglądać.

Jak pan sobie wyobraża koniec cywilizacji? Pstryk i nas nie będzie czy - tak jak w pańskiej książce - pozostanie garstka walcząca o przetrwanie i układająca świat na nowo?

- Zakładam, oczywiście, że ktoś przetrwa, inaczej nie byłoby o czym pisać. To nie musi być wcale liczna grupa, mamy na to budujący przykład Noego i jego rodziny. Albo inny: podobno kilkadziesiąt tysięcy lat temu, gdy ludzie opuszczali Afrykę, żeby rozprzestrzenić się po całym świecie, cała populacja liczyła raptem parę tysięcy głów. Człowiek potrafi przystosować się nawet do skrajnie niesprzyjających warunków. Wprawdzie są tacy, którzy twierdzą, że w wypadku powszechnej zagłady najlepiej poradzą sobie karaluchy, ale ja mimo wszystko stawiam na homo sapiens.

Jak interpretować tytuł powieści? Gwiazdy to zasady, które pozwolą ludzkości przetrwać?

- Tytuł to trochę kwestia przypadku. Pochodzi od wydawcy. Moja propozycja była inna - "Blaski Lucyfera" - ale uznano, pewnie nie bez racji, że zawęzi to krąg odbiorców książki. "Dopóki nie zgasną gwiazdy" - to słowa jednej z ważnych postaci, wypowiedziane w dosyć kluczowej scenie, i mają swoje głębsze znaczenie, ale gdybym zaczął to bliżej wyjaśniać, zrobiłby się spoiler. Poprzestańmy na tym, że to nie jest żadne zaklęci miłosne, chociaż może trochę tak brzmi.

Pracował pan jako dziennikarz, ochroniarz, agent ubezpieczeniowy, prowadził również sklep zoologiczny. Wszechstronne doświadczenie zawodowe przekłada się na literackie inspiracje?

- Nigdy jakoś nie zastanawiałem się głębiej nad wpływem osobistych doświadczeń życiowych na pisanie. Jakoś się to pewnie przekłada, ale raczej na detale. Intuicyjnie wydaje mi się, że ważniejsze jest to, co się przeczytało i przemyślało, niż to, co się robiło. Kluczowa jest wyobraźnia, otwarta głowa, ciekawość świata i ludzi, wtedy o inspiracje nie trzeba się martwić.

Inspirują pana góry? Czytając książkę można momentami odnieść wrażenie, że akcja toczy się w Tatrach.

- Rzeczywiście, góry są ważną częścią mojego życia, choć akurat bardziej Beskidy - Śląski, Żywiecki i Mały - niż Tatry. Może nie są aż takie wysokie, ale za to o wiele spokojniejsze. W tym wypadku wpływ "pięknych okoliczności przyrody" na twórczość bardzo łatwo da się wyśledzić. Jak dotąd napisałem tylko jedną książkę, która w ten czy inny sposób nie zahacza o góry, ale to fantastyka pozaziemska, więc jestem usprawiedliwiony. Poza tym w górach fajnie się pisze, jeśli ktoś umie pisać w marszu - ja się przyzwyczaiłem, i jeszcze lepiej myśli.

W książce obserwujemy ewolucję wiary chrześcijańskiej. Jaką rolę Kościół odgrywa w pańskiej powieści?

- Bohaterowie mają mocne poczucie, że żyją w czasach ostatecznych, więc siłą rzeczy wiara musi odgrywać w ich codzienności ważną rolę. Są przekonani, że ich głównym wrogiem jest Lucyfer - nie jakiś teologiczny abstrakt, ale realne zagrożenie. Każdy może zostać opętany, nad ogniskami czasem latają brudne dusze, jak ćmy. Jedyne skuteczne oparcie znajdują w religii, która często miesza się z zabobonem, jak to często bywa tam, gdzie rządzi strach. Jest i drugi aspekt tej sprawy, bardziej praktyczny.

- Kościół to silna, sprawna, zdyscyplinowana, wypróbowana w dziejowych zawieruchach organizacja. Jaka inna miałaby większe szanse na przetrwanie zagłady i na rozpoczęcie wszystkiego od początku? Przed chwilą mówiliśmy o inspiracjach, tutaj jest dobry przykład: europejskie "wieki ciemne" po upadku Imperium Romanum. Kościół odegrał wówczas mniej więcej taką rolę, jak w książce: administrował, krzewił wiedzę i kulturę, nie pozwolił na to, żeby zaginęła pamięć o przeszłości.

Wróćmy raz jeszcze do inspiracji: wojny, zamachy terrorystyczne to nie fantastyka, tylko rzeczywistość. Świat realny inspiruje pana literacko czy - przynajmniej momentami - przeraża bardziej niż fikcja?

- W dziejach ludzkości zawsze lała się krew, dzisiaj nie dzieje się nic wyjątkowego. Tak po prostu toczy się historia i nie ma na to rady. Powiedziałbym nawet, że żyjemy w relatywnie spokojnych czasach: mój tata nie był na wojnie, ja nie byłem i mój syn się nie wybiera. Kiedy po raz ostatni mieliśmy w Polsce taką dobrą passę? Nastroje końca świata to też żadna pierwszyzna, wracają od czasu do czasu i przemijają. A ci wszyscy, którzy snują postapokaliptyczne wizje, próbują na tym zarobić.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje