Reklama

Reklama

Paweł Kowal: Nad Europę wróciło widmo Jałty

- Nie należy ludzi straszyć wojną, polski rząd musi natomiast pokazać, że jest w stanie przeciwstawić się agresji. Te zadania, sądziliśmy, że przynajmniej częściowo będą realizować za nas Unia Europejska i NATO. Dzisiaj widzimy, że przynajmniej jeśli chodzi o Unię Europejską, to są złudzenia - podkreśla w rozmowie z Interią były wiceminister spraw zagranicznych i eurodeputowany dr Paweł Kowal z Instytutu Studiów Politycznych PAN.

Dariusz Jaroń, Interia: Jak pan ocenia moskiewską misję pokojową Merkel i Hollande’a?

Reklama

Dr Paweł Kowal: To spotkanie było korzystne dla Putina i bardzo niekorzystne dla Zachodu. Okazało się, że nie tylko Unia Europejska jest podzielona, Putin pokazał światu, że nie ma też współpracy euroatlantyckiej, jest za to duet Merkel i Hollande, podróżujący z własnym tajnym planem, nieznanym krajom Europy Środkowej, które są nim najbardziej zainteresowane. 

Jaki jest poziom bezpieczeństwa Polski? Dyskutuj!

Proszę zwrócić uwagę, że spotkanie praktycznie zorganizowano w rocznicę Jałty. Putin, niczym lata temu Stalin, przyjmował u siebie liderów Zachodu, deklarował, że chce nieść pokój tam, gdzie prowadzi wojnę. Dawno nie obserwowaliśmy tak tragicznego spektaklu.

Żadnych pozytywów nie może się pan doszukać w spotkaniu na Kremlu?

- Rzadko w polityce międzynarodowej nie można wskazać żadnego pozytywnego punktu jakiegoś zdarzenia, ale w przypadku spotkania Merkel i Hollande’a z Putinem tak właśnie jest. Jak na dłoni pokazało ono, że nad Europę wróciło widmo Jałty. Mimo tego, że jest wspólna polityka zagraniczna, że są instytucje europejskie, polski rząd nie wiedział, jak przebiega dyskusja i czego dotyczy. Doszło do tego, że wicepremier Siemoniak, mimo dobrych relacji polskiego rządu z niemieckim, musiał się delikatnie dystansować od tego, co działo się w Moskwie. Ustalenia, które tam zapadły mogą stanowić zagrożenie dla suwerenności Polski.

W jakim sensie?

- Tematem rozmów było zapewne bezpieczeństwo Europy Środkowej w przyszłości. Putinowi udało się ustalić skład rozmówców w taki sposób, że strony najbardziej zainteresowane sytuacją w regionie, w tym Polska, nie tylko nie zasiadły przy stole, ale też za pośrednictwem instytucji europejskich nie mogą się dowiedzieć, co się przy tym stole działo, bo odpowiednie osoby w tych instytucjach o niczym nie decydują, nic nie koordynują. To dowód na to, że instytucje te przestały działać. Może najlepiej je rozwiązać? Drugi ONZ nie jest nam potrzebny.

Francja i Niemcy wyszły przed szereg, chcąc zabezpieczyć głównie własny interes?

- Trochę tak. Mamią też opinię publiczną, że ustępstwami i kapitulacją można uchronić pokój. Opinii publicznej we Francji i Niemczech robi się wodę z mózgu w sposób podobny do tego w jaki Chamberlain manipulował w Wielkiej Brytanii przed II wojną światową. To jest ułuda.

W Moskwie zabrakło przedstawiciela USA. Ameryka nie jest tak poważnym graczem w negocjacjach z Putinem, jak powinna być?

- Musimy pamiętać, że pomijając USA w rozmowach nt. pokoju w Europie Wschodniej zakładamy, że tego pokoju nie będzie, bo nikt z uczestników spotkania nie ma siły, by zaproponować poważną obronę. Niemcy i Francja prężą muskuły, stroją się w piórka mocarstw, ale bez USA nie są w stanie nic zaoferować. Nie ma dzisiaj w Europie żadnej armii, której Putin mógłby się bać. A są takie momenty walki o pokój, kiedy odstraszanie jest jedynym gwarantem, że nie będzie wojny. Trzeba pokazać Putinowi i jego otoczeniu politycznemu, że Zachód jest gotów do walki.

- Deklarowanie, że się nie będzie pomagało Ukrainie w zakupie broni, jest zachętą do gwałtu. Nikt nie ma moralnego prawa odmawiać Ukrainie zakupu broni. To jest odmawianie prawa do samoobrony. Jeżeli odmawia się pod pistoletem Kremla komuś prawa do samoobrony, to de facto prowokuje się wojnę. Odmawianie Ukrainie prawa do zakupu broni, o czym przez pół roku głośno dyskutowano, miało fatalne skutki dla poziomu bezpieczeństwa w Europie Wschodniej. Jeśli ktoś tak robi, to jakby podstawiał nogę słabszemu w nierównej walce.

Mówi pan o straszeniu Putina. Jakie kroki Zachód mógłby podjąć, unikając jednocześnie otwartego konfliktu?

- Rozmieszczenie wojsk NATO w rejonach państw członkowskich zagrożonych konfliktem pokazałoby, że Zachód jest gotów do obrony. Putin wypróbował z wielkim powodzeniem prowadzenie wojny hybrydowej. Następnym krokiem, po niegdyś Gruzji, a obecnie Ukrainie, może być taka wojna na terenie któregoś z krajów Paktu Północnoatlantyckiego i Unii Europejskiej. Jeżeli te granice zostaną przekroczone, to czarny scenariusz, zakładający włączenie do konfliktu chociażby Polski, będzie otwarty do realizacji. Nie dzisiaj, nie jutro, ale jednak.

Co z dalszymi sankcjami dyplomatycznymi i gospodarczymi? Na Twitterze napisał pan, że Kreml musiał je mieć wpisane w koszty operacji...

- To jest szaleństwo i kompletny brak szacunku dla polityki rosyjskiej, żeby zakładać, że Moskwa wystraszy się np. zakazu wjazdu na określony teren dla jakiejś grupy osób, a tak właśnie postąpiono po aneksji Krymu. Za tak poważną operację Rosja zapłaciła tak niewiele, że z punktu widzenia Kremla aż żal było nie pójść dalej. To tylko zachęciło Putina do dalszej agresji. Moim zdaniem sankcje ze strony Unii Europejskiej były zachętą dla Rosji, bo nie przekroczyły zakładanych przez Kreml kosztów operacji. Dodatkowo zaraz po ich przyjęciu zaczęto pocieszać Rosję, że to tylko czasowo...

Jakie sankcje byłyby zatem skutecznym straszakiem?

- Zdecydowana reakcja Miedwiediewa na same pogłoski o takim rozwiązaniu pokazuje, że Rosję przeraziłoby zamknięcie dostępu rosyjskim bankom do systemu SWIFT, czyli krótko mówiąc zamknięcie drogi do standardowych transferów finansowych. Druga rzecz to polityczna solidarność Europy i izolacja Kremla, ale to już jest nieaktualne, co widać po misji Merkel i Hollande’a. Ubocznym skutkiem tej wizyty było bowiem przerwanie izolacji politycznej Kremla. Rosja została zaproszona do roli gwaranta bezpieczeństwa w chwili, kiedy rosyjscy żołnierze przebywają nieproszeni na terytorium obcego państwa... Ten mechanizm jest przerażająco podobny do Jałty.

Co w obecnej - bardzo trudnej - sytuacji może zrobić polski rząd?

- Nie ma rzeczywiście prostego rozwiązania dla Polski. Trzeba szukać sojuszy w obrębie Unii Europejskiej z krajami równie mocno zaniepokojonymi polityką Putina. Czas na poważne rozmowy z Brytyjczykami, Litwą, Rumunią i krajami w naszym regionie; z każdym, kto nie jest zainteresowany dalszym dokarmianiem Putina, a tak należy określić wizytę Merkel i Hollande’a w Moskwie. Nie należy ludzi straszyć wojną, polski rząd musi natomiast pokazać, że jest w stanie przeciwstawić się agresji. Te zadania, sądziliśmy, że przynajmniej częściowo będą realizować za nas Unia Europejska i NATO. Dzisiaj widzimy, że przynajmniej jeśli chodzi o Unię Europejską, to są złudzenia.

- Rząd musi się zastanowić co robić, kiedy nie działa Unia Europejska. Polacy powinni mieć pewność, że w obecnej sytuacji rząd ma plan B i analizuje alternatywne warianty. Jesteśmy jedynym krajem Unii, który ma granice z obiema stronami konfliktu, takie a nie inne relacje historyczne z Rosją. Nie możemy stać z boku w trakcie rozmów o bezpieczeństwie w Europie Środkowej, bo to bezpieczeństwo nas dotyczy. W sensie strategicznym jesteśmy w nowej sytuacji. Nie ma koordynacji w obrębie Unii, bo Grecja zablokuje każde sensowne wspólne działanie, Niemcy i Francja grają na własną rękę, a do tego widać narastającą konkurencję, a nie współpracę pomiędzy Unią a USA. To wszystko powoduje, że poziom bezpieczeństwa Polski obniża się dramatycznie i zaskakująco szybko.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy