Reklama

Reklama

​Odwróć się i odejdź. O życiu w Korei Północnej

- Pewnego razu jeden z moich uczniów powiedział, że na swoich urodzinach słuchał rock and rolla. Na sali zapadła cisza. W ich oczach zobaczyłam panikę. To nie była prawidłowa odpowiedź. Każdy Koreańczyk z Północy zapytany o przebieg imprezy urodzinowej powinien odpowiedzieć, że śpiewał piosenki poświęcone wielkiemu przywódcy - opowiada Interii koreańska pisarka Suki Kim.

Reklama

Urodzona w Korei Południowej Kim spędziła na północy 200 dni, ucząc 19- i 20-letnich chłopców języka angielskiego. Było to w 2011 roku. Swoje doświadczenia z pobytu w najbardziej izolowanym kraju świata opisała w książce "Pozdrowienia z Korei. Uczyłam dzieci północnokoreańskich elit", która znalazła się na liście bestsellerów "The New York Times". Nam udało się spotkać z pisarką i porozmawiać o życiu w realiach systemu, który za moment zwątpienia w umiłowanego przywódcę Kim Dzong Una karze w najlepszym wypadku zesłaniem do obozu pracy.

Reklama

Michał Michalak, Interia: Czy trudno było zapamiętać wszystkie zakazy, do których musiałaś się stosować?

Suki Kim: - Przypominano mi o nich nieustannie. Przede wszystkim nie wolno opowiadać o świecie zewnętrznym. Nie można niczego komentować ani zdradzać swoich uczuć. To było trudne, ale, o dziwo, szybko się do tego przyzwyczajasz. Albo nie tyle przyzwyczajasz, co po prostu to robisz. Kodujesz sobie, że nie można mówić otwarcie o niczym. W świecie, w którym każdy cię obserwuje, strach sprawia, że stosujesz się do wszystkich reguł.

Miałaś również zakaz noszenia dżinsów, biżuterii... Co jeszcze?

- W związku z tym, że uczyłam angielskiego, nie wolno mi było angażować się w rozmowę, która nie dotyczyła tego tematu. Jedna z reguł prowadzenia konwersacji w Korei Północnej brzmi: nie porównuj! Nie mogłam mówić, że tu jest tak, a u mnie w domu jest inaczej. Każde porównanie może zostać odebrane jako krytyka Korei Północnej. Tego się nie robi. Nigdy, przenigdy nie wolno ci sugerować, że coś jest nie tak z tym krajem. Jeśli rozmowa zaczyna iść w niepożądanym kierunku, musisz odwrócić się i odejść. Już na samym początku pobytu otrzymałam bardzo konkretne wytyczne.

Jak się zachowywałaś w sytuacji, gdy uczniowie zadawali ci konkretne pytania na temat świata zewnętrznego?

- Nigdy nie robili tego wprost. Nie pytali na przykład, co to jest ten internet...

Ale pytali, czy wszyscy na świecie mówią po koreańsku.

- Niektórzy uczniowie tak twierdzili. Ale to propaganda, nie jestem pewna, czy oni w to naprawdę wierzą. Powiedziano im, że koreański to najwspanialszy język na świecie, ponieważ ich kraj to kraj wielkiego przywódcy. Powtarzają takie formułki, ale z czasem zrozumiałam, że robią to automatycznie, bez zastanowienia. Tak ich nauczono. Nie mam pewności, czy w to wierzą.

Czyli jest miejsce na świadomość, że nie wszystko, co mówi system, jest prawdą?

- Myślę, że jest taka świadomość, ale przybiera ona zupełnie inną postać, niż to sobie wyobrażamy. Dla przykładu: według propagandy wszyscy na świecie mówią po koreańsku, ale oto ja uczę ich angielskiego i niewątpliwie w Stanach ludzie mówią po angielsku, a nie po koreańsku. Moi uczniowie zdają więc sobie sprawę z tego, że to co twierdzi propaganda, jest nonsensem. Jednak ta niewyobrażalna wspaniałość ich świata jest częścią wyznawanego przez nich kultu lidera. Przywódca nie jest zwyczajnym człowiekiem. On tworzy religię, a w religii jest miejsce na cuda. Jeśli głoszone przez obywateli tezy uznamy za system religijny, to wszystkie te nierealistyczne rzeczy są częścią mitu wielkiego przywódcy, a więc są akceptowane. Koreańczycy z Północy powtarzają, że słońce wstaje dzięki umiłowanemu przywódcy i dla nich to jest pewien rodzaj rzeczywistości, nawet jeśli nie wierzą w to dosłownie. Kwestia świadomości prawdy i kłamstwa jest w Korei Północnej rzeczą bardzo skomplikowaną.

Czy wyznawcy kultu lidera są zdolni do zwątpienia?

- Korea Północna to nie tylko religijny kult przywódcy, ale również opresyjny, militarny system, który stosuje bardzo surowe kary dla wszystkich, którzy sprzeniewierzają się władzy i ideologii. Więc nawet jeśli pojawia się moment zwątpienia - a wydaje mi się, że widziałam w swoich uczniach takie momenty - to system natychmiast je miażdży, niszczy w zarodku. Każdy Koreańczyk z Północy musi nosić plakietkę z wielkim przywódcą i każdy przynajmniej raz w tygodniu musi złożyć donos na kogoś ze swojego otoczenia. Jeśli zgłosi czyjś moment zwątpienia, będzie to oznaczało wielkie kłopoty dla wątpiącego. W Korei Północnej wszyscy widzą wszystko. Nigdy nie jesteś sam. Jeśli masz moment zwątpienia i zdradzisz się choćby spojrzeniem, zostanie to dostrzeżone i zanotowane. Moi uczniowie nigdzie nie chodzili sami. Nawet na konsultacje do mojego gabinetu przychodzili parami. W każdą sobotę byłam poddawana krytyce - uczniowie mieli obowiązek zgłaszać swoje zastrzeżenia do mojej postawy. Świadomość i zwątpienie mogą pojawić się na kilka sekund, a może i kilka dni, ale system nie daje możliwości, by to się dalej rozwijało.

Na jakich filarach opiera się system, poza tymi najbardziej oczywistymi, jak terror czy propaganda?

- System oparty na wielkim przywódcy jest bardzo jednowymiarowy. Obywatele służą narodowi, który został stworzony przez umiłowanego władcę, łączącego w sobie cechy boga i ojca. Koreańska kultura historycznie jest kulturą konfucjańską. Konfucjanizm stanowi korzenie koreańskiej filozofii i historii. Kluczową rolę w tym systemie odgrywają przodkowie i rodzice. W pewnym sensie to bardzo sprytne, że północnokoreańska ideologia odwołuje się zarówno do kultu jednostki, jak i konfucjanizmu, wprowadzając jednak wszędzie wielkiego przywódcę jako kategorię nadrzędną. Wielki przywódca jest wszystkim. W tym świecie każda książka, każdy program telewizyjny, każda piosenka i każdy artykuł jest o wielkim przywódcy. Nie tylko cała gazeta, ale dosłownie każdy artykuł. Poza wielkim przywódcą nie ma niczego.

Twoi uczniowie znali sagę o Harrym Potterze, mogli czytać "Przeminęło z wiatrem"... ile zachodniej kultury przedostało się do Korei Północnej?

- Warto zauważyć, że "Przeminęło z wiatrem" to książka o wojnie domowej, w której Północ wygrywa z Południem. Moi uczniowie wiedzieli, kim jest Bill Gates, ale nigdy nie słyszeli o Marku Zuckerbergu czy Stevie Jobsie. Posiadali bardzo selektywną wiedzę. Jeśli wiedzieli o czymś, co nie miało akceptacji władzy, nie mogli o tym mówić. Pewnego razu jeden z moich uczniów powiedział, że na swoich urodzinach słuchał rock and rolla. Na sali zapadła cisza. W ich oczach zobaczyłam panikę. To nie była prawidłowa odpowiedź. Każdy Koreańczyk z Północy zapytany o przebieg imprezy urodzinowej powinien odpowiedzieć, że śpiewał piosenki poświęcone wielkiemu przywódcy. Umówmy się - słuchanie rocka w wieku 17 lat nie jest największym przejawem buntu, jaki można sobie wyobrazić, ale w tym kraju po prostu nie wolno tego robić.

O swoich uczniach, mam wrażenie, mówisz z niejaką czułością. Tęsknisz za nimi?

- Myślę o nich przez cały czas. Szczególnie teraz, kiedy reżim Kim Dzong Una okazuje się tak brutalny. Każdy wpływowy człowiek może zostać w dowolnej chwili pojmany i stracony. Podczas pogrzebu Kim Dzong Ila przy trumnie stało siedmiu dygnitarzy partyjnych. Pięciu z nich już nie ma.

Popadnięcie w niełaskę dotyka zazwyczaj całą rodzinę.

- To prawda. Po tym jak dokonano egzekucji Jang Song Thaeka, byłego "numeru dwa" w Korei Północnej, na śmierć skazano również wszystkich jego krewnych. Myśl o moich uczniach jest bolesna, ponieważ naprawdę się w nich zakochałam podczas swojego pobytu. Martwię się o nich i mam poczucie bezsilności. Nie tylko nie mogę nic zrobić, ale też nie mogę się niczego o nich dowiedzieć.

Jaka byłaby reakcja twoich uczniów, gdyby nagle znaleźli się w Stanach Zjednoczonych? Zachwyt, obrzydzenie, przerażenie?

- Sądzę, że każda z tych reakcji. "Kraina obfitości" może imponować. Dostatek materialny dla kogoś kto ma tak mało, jest czymś niesamowitym. Kiedy któryś z moich uczniów zachorował, trudno było zdobyć lekarstwo. Do awarii prądu dochodziło każdego dnia. A to były przecież dzieci elit, ich standard życia był dużo lepszy niż większości Koreańczyków z Północy. Gdyby pokazać im Manhattan, z pewnością zrobiłoby to na nich duże wrażenie, może nawet pojawiłaby się zazdrość. Pamiętajmy jednak, że wychowano ich do służby narodowi, do bycia żołnierzami wielkiego przywódcy. To dla nich cel znacznie większy niż gromadzenie dóbr materialnych. Nie wiem, czy potrafiliby się odnaleźć w społeczeństwie, w którym rządzi pieniądz. Myślę jednak, że świat, w którym wolność osobista jest szanowana, zostałby przez nich doceniony po jakimś czasie. Nie jest jednak tak jak w tym strasznym filmie "The Interview", że jeśli wyciągniesz Koreańczyka z Północy i umieścisz go w bogatym kraju, to natychmiast stanie się szczęśliwy. W ich świecie są również elementy, które Koreańczycy lubią i do których są przywiązani. Służba wielkiemu przywódcy nadaje ich życiu sens.

W Pjongjangu jest taki wieżowiec, na szczycie którego widnieje slogan "We Are Happy" ("Jesteśmy szczęśliwi"). Są szczęśliwi?

- Momentami tak. Czasem widziałam w moich uczniach radość. Ale w wieku 19-20 lat masz wiele okazji do śmiechu. Opowiadali sobie żarty o dziewczynach. To był ich ulubiony temat. Na początku jeszcze trzymali fason i udawali, że raduje ich jedynie rozmowa o wielkim przywódcy. Po kilku miesiącach ośmielili się. Zaczęli mi opowiadać, z kim się spotykają. Kiedy rozmowa schodziła na dziewczyny, oczy im się momentalnie zapalały. Było więc sporo uśmiechu w ich codziennym życiu.

A jakie w takim razie jest podejście systemu do seksualności? Czy młodym obywatelom wolno eksplorować tę część ludzkiej natury?

- Ten temat nigdy się nie pojawił w naszych rozmowach.

Zakaz?

- Teoretycznie mogłam rozmawiać jedynie o takich rzeczach jak treść podręcznika. Jeśli na przykład w podręczniku pojawiał się temat przyjaźni, wtedy mogłam rozpocząć swobodniejszą dyskusję o ich relacjach. Dziewczyna to przecież również przyjaciółka. W takiej sytuacji próbowałam delikatnie wybadać - czy mają dziewczyny, czy chodzą na randki, czy oglądają razem filmy... Każdy opowiadał mi bardzo podobną historię: że na randki chodzi do biblioteki narodowej, gdzie studiuje z dziewczyną książki o wielkim przywódcy, a później spacerują wzdłuż rzeki. Brzmiało to trochę jak przygotowana wcześniej odpowiedź. Z czasem zaczęłam dowiadywać się więcej. W ich życiu z pewnością było miejsce na romantyczność, która przejawiała się w ten sposób, że odprowadzali swoje dziewczyny do domów i pomagali im odrabiać zadania domowe. Temat seksualności nigdy nie wypłynął. Większość mężczyzn musi służyć w armii od 17. do 27. roku życia. To nie pozostawia wiele czasu na uganianie się za dziewczynami.

Co cię szczególnie zasmuciło podczas pobytu w Korei Północnej?

- Moi uczniowie dużo kłamali. Mówili mi na przykład, że naukowcy zmienili typ ich krwi z A na B. Powtarzali też nonsensy propagandowe. Przekonywali mnie, że koreańska potrawa kimchi jest tak dobra, iż zazdrości jej cały świat. Nie jestem pewna, czy cała Polska zazdrości Korei kimchi (śmiech). A oni przysięgali, że kimchi było oficjalną potrawą Igrzysk Olimpijskich w Atlancie. Tego typu kłamstwa jeszcze potrafiłam zrozumieć, tego ich nauczono. Ale zdarzało się, że kłamali zupełnie bez powodu. Mówili na przykład, że byli u fryzjera, podczas gdy widziałam, że robili co innego. No i ich fryzura pozostawała bez zmian. Odniosłam wrażenie, że usłyszeli tyle kłamstw od swojego rządu, że przestali odróżniać kłamstwo od prawdy. 

A czy były takie momenty, kiedy zapominałaś, że jesteś pod ciągłą kontrolą i potrafiłaś odczuwać czystą, niezmąconą radość?

- Zdecydowanie były takie chwile. Moi uczniowie to byli 20-letni chłopcy, mieszkaliśmy razem, nie wolno nam było opuszczać kampusu. Nauczycielom tylko czasem wolno było wychodzić na zewnątrz, ale tylko po to, by zobaczyć pomniki umiłowanego przywódcy. Oczywiście pod czujnym okiem opiekuna. W innych wypadkach tkwiliśmy razem w szkole. Trzy razy w ciągu dnia spożywaliśmy wspólne posiłki. Wszyscy chłopcy musieli nosić plakietki z umiłowanym przywódcą. Wydawali się znacznie młodsi, niż wskazywałby ich wiek. Przez to że nigdzie nie wychodzili, zachowywali się nieco infantylnie. Kiedy spędzaliśmy razem czas, stroili sobie żarty, chcieli sprawdzić, czy coś wywoła moje obrzydzenie. Mówili na przykład o jedzeniu kotów czy psów i patrzyli, jaka będzie moja reakcja. Później zaczynali chichotać, wybuchali śmiechem. To były prawdziwe, naturalne, chłopięce momenty. I wtedy zapominałam, gdzie jestem, i śmiałam się z nimi. Nagle mój wzrok przykuwała plakietka na ich piersiach. To było jak przykry powrót do rzeczywistości. Przypomnienie świata, w którym przyszło im żyć. Czasami myślałam o nich jak o zwyczajnych uczniach koledżu, którzy chodzą na imprezy, spotykają się z dziewczynami, mają marzenia... że zostaną gwiazdami rocka albo prawnikami czy reporterami... Tyle że w ich przypadku to niemożliwe. Północni Koreańczycy nie starają się o pracę, to rząd wyznacza im, co mają robić. A oni byli synami elit, ich przyszłość była już zaplanowana. Myśl o tym łamała mi serce.

Dowiedz się więcej na temat: Korea Północna

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy