Reklama

Reklama

"Naśladowcy" - wygraj powieść Ingara Johnsruda

Rozwiedziony, skonfliktowany z przełożonym komisarz norweskiej policji Fredrik Beier liczył na rutynowe poszukiwania zaginionej kobiety. To, co zastał w siedzibie sekty Boskie Światło, bardziej przypominało robotę Charlesa Mansona niż porwanie. Wraz ze swoją partnerką, Kafą Iqbal, trafił w sam środek krwawego cyklonu.

Fredrik Beier to bohater powieści Ingara Johnsruda pt. "Naśladowcy". Norweski dziennikarz prowadzi czytelników w głąb mrocznej historii kryminalnej, sięgającej czasów II wojny światowej.

Reklama

Rozpoczyna się polowanie na mordercę bez twarzy. W gęstej sieci powiązań mediów, polityki i religii myśliwy staje się zwierzyną a przyjaciele wrogami. Komisarz Beier już wie, że to nie będzie proste śledztwo...

Dla naszych czytelników przygotowaliśmy konkurs, do wygrania - trzy egzemplarze powieści (szczegóły poniżej).

***

Przeczytaj fragment powieści "Naśladowcy"

***

Na podwórku Kafa wtopiła się w cień. Dopiero kiedy Fredrik do niej podszedł, zauważył, że wsparłszy się pod boki, obserwuje wąskie kręcone schody doczepione do muru po zewnętrznej stronie. Spojrzała na partnera z naleganiem. Fredrik westchnął, przetarł okulary i zrezygnowany pokiwał głową.

-  Jasne, że idziemy - mruknął.

Schody pożarowe dawały mniej hałasu, niż się obawiał. Na ich szczycie zamontowano metalowy ażurowy podest ogrodzony drutem. Fredrik zadrżał, spojrzawszy w dół na ciemne podwórko. Upadek stąd - i koniec zabawy. Na amen. Cholerne kolano rozbolało go od wspinaczki. Żeby się dostać na strych, musieli przejść przez metrowej wysokości otwór zasłonięty zbitymi z drewna drzwiczkami. Zamka nie było. Dwa wystające z muru zagięte gwoździe blokowały drzwiczki, tak że nie można ich było otworzyć od wewnątrz. Teraz jednak gwoździe były skierowane w dół. Detektywi porozumieli się wzrokiem. Oczy Kafy rozszerzyły się i spoważniały. U nasady czarnych włosów zalśniły krople potu.

-  Gotowa? - szepnął Fredrik. Potwierdziła mrugnięciem.

Szarpnięte drzwiczki pisnęły cicho, dobiegł ich lekki zgrzyt metalu. Oczy powoli przyzwyczajały się do mroku, nieznacznie rozjaśnionego światłem wpadającym przez okienko w dachu. W środku ustawiono jeden na drugim stoły, nogami w górę niczym włócznie, krzesła i kanapy stały w nieładzie. Wokół unosił się zapach kurzu, drewna, starej bejcy i słaba metalicznosłodka woń trochę przypominająca zapach zgniłych owoców. Ściana z surowych desek dzieliła pomieszczenie po linii kalenicy, a przez otwór w niej sączyło się światło wpadające oknem od frontu.

Strych ciągnął się przez całą długość kamienicy. Nieruchome, stęchłe ciepło zastąpiło tu rześkie powietrze nocy. Fredrik poczuł, że plecy pokrywają mu się potem.

Dotknął skórzanej kurtki, żeby ją z siebie zdjąć, ale obawiał się wywołać hałas. Coś mu mówiło, że należy być cicho. Miewał to przeczucie już wcześniej i mu ufał. Krew pulsowała mu w skroniach. Skurczony skradał się powoli.

Deski podłogi protestowały. Mniej więcej w połowie drogi do otworu w drewnianej ścianie stanął.

Nie ostrzegł go żaden dźwięk, żaden ruch. Mimo to się zatrzymał. To była jakaś kombinacja wrażeń zmysłowych, coś, co przeoczył. Dał znak Kafie. Przymknął powieki i nasłuchiwał. Nic. Otworzył oczy. Powiódł wokół spojrzeniem i zobaczył ciemny zarys na ścianie, który na pierwszy rzut oka wydawał się jedynie kolejną dziurą po sęku. Tak jednak nie było. Większa, równiejsza, okrąglejsza - nie pasowała tutaj, została wydrążona. Świadczyły o tym nawet wióry na podłodze, które teraz dostrzegł. Jasne, świeże strużyny. Przez dziurę przewleczono cienką żyłkę. Wędkarską. Rozciągała się nad jego głową i łączyła z zasłoniętym płytą otworem, przez który weszli. Obejrzał się.

Kafa też ją zauważyła. Pociągnęła delikatnie i znowu rozległ się delikatny zgrzyt metalu.

Druga część strychu była mniejsza. Pomiędzy ścianą a pochyłością dachu rozciągnięto sznury, na których falowały dywany, chodniki i koce, tworząc kołyszące się poprzeczne korytarze. Na końcu po prawej dostrzegli drzwi.

Kafa klepnęła Fredrika w ramię. Pokazała palcem. Na ścianie tuż nad nimi wisiały dwie związane żyłką śruby. To one wydawały ten zgrzytliwy dźwięk. Alarm?

Szybko porozumieli się wzrokiem.

-  Drzwi - powiedział bezgłośnie Fredrik, wskazując korytarz między dywanami.

Skinęła głową na znak, że widzi. Tkaniny śmierdziały kurzem i papierosami.

Drzwi były przymknięte. Fredrik otworzył je kopnięciem. Mieli przed sobą kwadratowe pomieszczenie bez okien. Z trudem dostrzegli stojącą pod ścianą brudnobiałą wannę, przed którą stało kilka plastikowych kanistrów i wypełniony worek na śmieci. Wślizgnęli się do środka.

Fredrik Beier nie był przygotowany na to, co zobaczył. Na coś takiego nigdy nie jest się przygotowanym...

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne