Reklama

Reklama

Mocniejsze uderzenie USA w dżihadystów

Pentagon zaostrzył walkę z islamskimi ekstremistami w Syrii i Iraku. - Dotychczasowa koncepcja walki z Państwem Islamskim nie była skuteczna, pozwalała dżihadystom odtwarzać straty po nalotach, a także szkolić terrorystów, którzy dają się we znaki Europie Zachodniej - komentuje w rozmowie z Interią gen. Stanisław Koziej.

- Informacje o przygotowywaniu nowej strategii Stanów Zjednoczonych w walce z Państwem Islamskim docierały od dłuższego czasu. Chodzi o zwiększenie wsparcia dla armii irackiej, operującej na miejscu, a także zintensyfikowanie działań wojsk specjalnych USA w Syrii i Iraku oraz uderzeń lotniczych na cele ISIS - wylicza były szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego.

40 000 bomb

Sekretarz Obrony USA Ash Carter zapowiedział w poniedziałek w Bagdadzie wysłanie do Iraku dodatkowych 217 żołnierzy, w tym jednostek sił specjalnych, którzy wezmą udział w szkoleniu irackiej armii, a także będą pełnić funkcje doradcze. Stany Zjednoczone przekażą ponadto Irakowi systemy rakietowe i helikoptery bojowe, wspomogą również walczących z dżihadystami kurdyjskich peszmergów finansowo. NBC News informuje o 415 milionach dolarów.

Reklama

Od kilku miesięcy zwiększono także liczbę nalotów kierowanych przez USA sił koalicji. W listopadzie na cele Państwa Islamskiego w Syrii i Iraku - wynika ze statystyk Centralnego Dowództwa - zrzucono rekordową liczbę 3227 bomb (ponad dwa razy więcej niż w listopadzie 2014). W kolejnych miesiącach również było więcej bombardowań niż w porównywalnym okresie w roku ubiegłym.

- Zachód musi coś zrobić z Państwem Islamskim, nie może ignorować tej walki, musi zintensyfikować działania zbrojne. ISIS musi zostać rozbite, inaczej nie będzie pokoju na Bliskim Wschodzie, a wszystkim chodzi o to, żeby region ten nie był wciąż tlącą się beczką prochu. Zakończenie konfliktu leży w interesie najmocniej zaangażowanych w regionie USA, ale też Europy, bo oznaczać będzie przerwanie strumienia uchodźców napływających z Syrii i Iraku na nasz kontynent.  Świat musi coś zrobić, musi dokonać przełomu - podkreśla gen. Stanisław Koziej.

- Dotychczasowa koncepcja walki z ISIS nie była skuteczna, pozwalała dżihadystom odtwarzać straty po nalotach, a także szkolić terrorystów, którzy dają się we znaki Europie Zachodniej. Pamiętajmy, że ci terroryści mogą stosunkowo łatwo przemieszczać się w otwartej przestrzeni UE, i trafić w ten sposób do Polski. Dlatego zatrzymanie Państwa Islamskiego leży także w naszym interesie - dodaje były doradca prezydenta Bronisława Komorowskiego.

Według danych Centralnego Dowództwa USA od sierpnia 2014 roku, czyli od rozpoczęcia nalotów sił koalicji, na tereny okupowane przez ISIS w Syrii i Iraku zrzucono 40 000 bomb, niszcząc ok. 6000 budynków.

Oficjalne statystyki donoszą o 26 ofiarach cywilnych, nieoficjalnie zabitych było o wiele więcej. Bo chociaż wszystkie naloty są monitorowane przez armię, nie każdy kończy się dochodzeniem i sprawdzeniem, czy nie ucierpiały osoby postronne. Co więcej dżihadyści często mylą trop, wykorzystując niewinnych jako żywe tarcze.

Zginą cywile

Pracownicy Departamentu Obrony cytowani przez "USA Today" zapewniają, że nawet jeśli ofiar było "dziesięć razy więcej, i tak jest to niewielka liczba, pokazująca zaangażowanie USA w ochronę bezbronnych osób".

Ofiar - tych rejestrowanych oficjalnie - będzie znacznie więcej. Amerykańskie siły powietrzne, czytamy w "USA Today", otrzymały zgodę na przeprowadzanie nalotów, w których może zginąć większa liczba cywilów. Do niedawna - jak podają oficjele - Pentagon godził się na ryzyko zabicia osób postronnych wyłącznie w ograniczonych przypadkach.

Teraz, kiedy cel nalotu będzie na tyle istotny, zostanie wydane zielone światło na zabicie nawet dziesięciu przypadkowych osób.

Jednych komentatorów decyzja Pentagonu nie dziwi, bo na wojnie zawsze są ofiary cywilne, innych szokuje, bo może nieść za sobą zwiększenie fali migracji do Europy i dać dżihadystom narzędzie w walce propagandowej, ułatwiając przy tym rekrutację kolejnych ochotników. Jedno jest pewne. Samymi nalotami siły koalicji nie pozbędą się Państwa Islamskiego z Bliskiego Wschodu.

Wojna to za mało

- Oddziaływanie militarne musi być połączone z osiągnięciem porozumienia politycznego co do przyszłości Syrii i Iraku - zaznacza gen. Stanisław Koziej.

- Wyobraźmy sobie, że konflikt zbrojny zostanie rozstrzygnięty, pozostaje pytanie, jakie siły polityczne będą istnieć na tym obszarze? Syria pozostanie taka, jak dotąd? Zostanie podzielona? Konieczne są rozmowy dyplomatyczno-polityczne, zaangażowanie państw świata arabskiego, Iranu, Rosji. Same działania zbrojne nie zlikwidują podstawowego źródła zagrożenia - kwituje były szef BBN.

"Wyeliminowanie Państwa Islamskiego jest możliwe"

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje