Reklama

Reklama

Lukas Bärfuss: Stajemy przeciwko naszym wartościom

Kryzys migracyjny dotyka wartości europejskich. Kluczowe dla naszej kultury jest dążenie do szczęścia, możliwość ucieczki od życia, którego się nie akceptuje. Sprzeciwiając się uchodźcom, wskazując wyłącznie na konieczność bronienia naszych interesów, tak naprawdę ustawiamy się przeciwko naszym wartościom - uważa Lukas Bärfuss.

Z czołowym szwajcarskim pisarzem, dramaturgiem i publicystą rozmawialiśmy w Krakowie podczas Festiwalu Conrada. Lukas Bärfuss spotkał się z czytelnikami we wtorek i podzielił się swoimi refleksjami m.in. na temat przyczyn ludobójstwa w Rwandzie, któremu poświęcił swoją debiutancką powieść "Sto dni" i wizji europejskiego raju, przyciągającego tysiące uchodźców z ogarniętego konfliktem Bliskiego Wschodu.

Dariusz Jaroń, Interia: Dlaczego w Rwandzie zamordowano ponad 800 tys. ludzi?

Lukas Bärfuss: Podstawą była sytuacja polityczna w kraju. Władzę sprawował dyktator. Do Rwandy wracali uchodźcy z Ugandy, którzy wyjechali 30-50 lat wcześniej. Pomogli dojść do władzy reżimowi Ugandy i przestali być potrzebni. Tyle, że Rwanda była przeludniona. Uchodźcy stanowili problem społeczny i gospodarczy dla władz. Reżim stawał się coraz bardziej radykalny. Straszono, że przyjdzie armia Tutsi i zabije Hutu. To doprowadziło do wrzenia w kraju i prowadzonego na szeroką skalę ludobójstwa w 1994 roku. Ale to nie była spontaniczna rzeź, tylko przygotowana operacja.

Reklama

Czy ludobójstwo ma uniwersalne przyczyny?

- Można wyróżnić kilka wspólnych punktów. Pierwszy z nich to wykluczanie ze wspólnoty. Pokazywanie, kto jest z nami, kto przeciwko nam. To rozróżnienie nie jest mechanizmem naturalnym, tylko zabiegiem politycznym. Tak jak homogenizacja społeczeństwa, piętnowanie innych grup. Często słyszymy, że konflikty w Afryce, tak jak ten w Rwandzie, mają podłoże etniczne. To nie jest prawdą. Nie chodzi o etniczność czy grupy społeczne, tylko o politykę. Polityka decydowała o zagładzie ludności w Niemczech, Imperium Osmańskim czy Rwandzie. Przez lata nie było ostrej granicy między Hutu a Tutsi. To propaganda podzieliła ich na dwa wrogie obozy. Wiemy, z jakim efektem...

Dr Alicja Bartuś: Nie wystarczy być Polakiem i patriotą

Istnieje punkt, w którym można zareagować i zapobiec ewentualnej tragedii?

- Trzeba obserwować, być świadomym mechanizmów politycznych i ich konstrukcji. Wskazywania palcem na innych. Widzimy to teraz w Europie. Innymi są dziś uchodźcy. Słyszymy, że mają odrębną kulturę, są wręcz zagrożeniem dla naszej cywilizacji. Wykluczanie drugiego człowieka oczywiście nie musi prowadzić do ludobójstwa, bo to skrajny i jednak rzadki scenariusz, ale ten mechanizm wypychania innego poza margines społeczny jest bardzo częsty.

Wspomniał pan o uchodźcach. Jak niebezpieczny dla Europy jest kryzys migracyjny?

- Przede wszystkim dzieli społeczność europejską. Kryzys dotyka kwestii gospodarczych, ale też wspólnych wartości. Kluczowe dla naszej kultury jest dążenie do szczęścia, możliwość ucieczki od życia, którego się nie akceptuje. Na wolności, sprawiedliwości i okazji do zbudowania lepszego życia dla siebie i swojej rodziny opierają się nasze konstytucje. Sprzeciwiając się uchodźcom, wskazując wyłącznie na konieczność bronienia naszych interesów, tak naprawdę ustawiamy się przeciwko naszym wartościom.

- Historia nie daje jasnych wskazówek, ale jedna rzecz jest pewna: kiedy występujemy przeciwko własnym wartościom, bo widzimy wyłącznie korzyści krótkoterminowe, możemy doprowadzić do dekonstrukcji społeczeństwa. Dlatego w mojej ocenie nie działamy dziś przeciwko uchodźcom, ale przeciwko naszej kulturze. Powtarzamy sobie: zdobądź wykształcenie, ciężko pracuj, miej lepsze życie. Czemu to nie ma dotyczyć tych ludzi? Żyją w naszej kulturze. Tak samo używają YouTube’a, mają konta na Facebooku, czytają te same książki i gazety. Globalizacja kultury prowadzi do globalizacji wartości. Dobrze, że uchodźcy nie akceptują ciężkiego losu, tylko walczą o swoją przyszłość. Ustawienie się przeciwko nim jest niepokojące.

W niedzielę w Polsce odbędą się wybory parlamentarne. Gorącym tematem kampanijnym było przyjmowanie uchodźców i podsycanie strachu przed islamizacją kraju. Europie Środkowej grozi islamizacja?

- Nie uważam, żeby problemem był islam czy religia. Problemem jest polityka i interesy. Powinniśmy negocjować nasze interesy - nie tylko w Europie - w bardziej sprawiedliwy sposób. Trzeba umożliwić większej liczbie ludzi udział w bogactwie, dostęp do jedzenia i lepszego życia. W sytuacji, kiedy większość pozbawiona jest tych możliwości, zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie z tego korzystał, budując pozycję polityczną. To żerowanie na strachu i biedzie, a nie kwestia religii.

Pisząc o Rwandzie podkreśla pan wkład zachodnich organizacji w zaognienie sytuacji w kraju. Dzisiejszy kryzys migracyjny w dużej mierze jest wynikiem ingerencji Zachodu w politykę państw Bliskiego Wschodu. Można porównać te sytuacje?

- Mamy do czynienia z unikalną sytuacją historyczną... ale oczywiście dostrzegam analogię. Nasze rządy współpracowały z rodziną Asada przez 40 lata, jego ojciec był sojusznikiem Zachodu. Zawiedliśmy tych, co chcieli uczciwego społeczeństwa w Syrii pięć lat temu. Ludzie wyszli na ulice w Aleppo czy Homs. Chcieli zmian... Teraz sytuacja jest skomplikowana, może być już za późno na zmianę. Były momenty, kiedy wpływ Zachodu na Syrię był zdecydowanie większy, ale nikt nic nie zrobił. Politycy często patrzą tylko do następnych wyborów, dlatego brakuje szerszego spojrzenia na konflikty, takie jak w Syrii.

Widzi pan możliwość rozwiązania kryzysu migracyjnego?

- Żaden kraj nie poradzi sobie z uchodźcami samodzielnie. Potrzebujemy wspólnoty i formułowania wspólnych interesów. Przekucie wzajemnych interesów na politykę to droga do rozwiązania problemów Europy.

Unia Europejska będzie taka sama po kryzysie?

- Nie sądzę. Chociaż historia pokazuje, że po kryzysach często przychodzi integracja. Potrzebujemy więcej integracji w Europie. Każdy rząd, każda partia ma swój interes, ale trzeba patrzeć na wspólny. W pojedynkę z wielkimi wyzwaniami sobie nie poradzimy.

Niedzielne wybory w Szwajcarii wygrała sprzeciwiająca się przyjmowaniu uchodźców prawica.

- Szwajcaria przeżywa trudne czasy, sytuacja w kraju jest jeszcze bardziej skomplikowana niż była przed wyborami. Mamy problem z naszymi umowami z Unią Europejską w zakresie polityki imigracyjnej i swobodnego przepływu osób. Z jednej strony jest szwajcarska konstytucja, z drugiej podpisane umowy z UE, i nikt nie wie jak wyjść z sytuacji. Zerwanie umów z UE byłoby szaleństwem, na nich opiera się handel z naszymi sąsiadami.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje