Reklama

Reklama

Ks. Mateusz Dziedzic. Kolejna tura negocjacji z porywaczami

Trwają przygotowania do kolejnej tury negocjacji z porywaczami ks. Mateusza Dziedzica. Poprzednie zakończyły się fiaskiem. Polski duchowny został uprowadzony w nocy z 12 na 13 października z misji w Babua w Republice Środkowoafrykańskiej.

Misjonarza porwała uzbrojona grupa rebeliantów, tzw. Ludzie Miskine’a. Domagają się uwolnienia z kameruńskiego więzienia swojego lidera Abdoulaye’a Miskine’a.

Reklama

- Wcześniej uprowadzili grupę Kameruńczyków i mieszkańców Republiki Środkowoafrykańskiej, ale nie doczekali się spodziewanej reakcji. W geście desperacji porwali ks. Mateusza, mając nadzieję, że wymuszą na władzach i opinii międzynarodowej podjęcie zdecydowanych kroków i doprowadzą do uwolnienia swojego przywódcy. Tak się jednak nie stało - podkreśla w rozmowie z Interią ks. Piotr Boraca z Wydziału Misyjnego Kurii Diecezjalnej w Tarnowie.

Bezkarni rebelianci z buszu

Często krwawe wydarzenia z Republiki Środkowoafrykańskiej przedstawiane są przez pryzmat wojny religijnej, tymczasem konflikt ma bardziej podłoże ekonomiczne (dostęp do bogactw naturalnych). Ludzie Miskine’a nie reprezentują ani muzułmanów ani chrześcijan. W grupie są wyznawcy obydwu religii. Od kilku lat próbują zaznaczyć swoją obecność i zagarnąć dla siebie jak najwięcej z targanego poważnym konfliktem kraju.

W głębi buszu, ok. 20-30 km od misji ks. Dziedzica, wybudowali bazę. Stąd wielokrotnie wypadali na strategiczną drogę łączącą Republikę Środkowoafrykańską z Kamerunem i napadali na przejeżdżających kupców.

Ks. Piotr Boraca zna rejony dotknięte gangsterską działalnością rebeliantów doskonale. Na misjach w Republice Środkowoafrykańskiej spędził kilka lat. - Wołaliśmy o pomoc jako misjonarze. Prosiliśmy o wsparcie siły rządowe i międzynarodowe. Kiedy przyjeżdżały wojska, rebelianci uciekali do buszu. Wracali po kilku dniach, jak wojska odjechały. Dziś umocnili swoją pozycję. Są lepiej zmilitaryzowani, jest ich więcej, nie boją się toczyć potyczek z żołnierzami - zaznacza nasz rozmówca.

Po uprowadzeniu ks. Mateusza misję w Babua zaczął ochraniać nieliczny oddział wojskowy. Nie interweniuje jednak poza ścisłym centrum misji. - Siły międzynarodowe mogłyby coś więcej w tej sprawie zrobić i zaangażować się militarnie w zabezpieczenie porządku na terenach, gdzie grasują porywacze. Dwa tygodnie temu uprowadzili kolejne osoby. Na miejscu nie ma nikogo, kto by ich powstrzymał - apeluje ks. Piotr Boraca.

Tam europejska logika zawodzi

Negocjacje ws. uwolnienia ks. Mateusza rozpoczęto niedługo po jego uprowadzeniu. Dotychczasowe tury nie przyniosły jednak pozytywnego zakończenia. Strony raz zbliżyły się do kompromisu, ale porywacze nie zaakceptowali ostatecznych ustaleń. Trwają przygotowania do kolejnych rozmów z Ludźmi Miskine’a.

- W negocjacjach biorą udział przedstawiciele Kościoła Republiki Środkowoafrykańskiej, przedstawiciele rządu Republiki Środkowoafrykańskiej, przedstawiciele organizacji ONZ, chrześcijańskie stowarzyszenie im. św. Idziego z Włoch, pomagające w tego typu sytuacjach konfliktowych, oraz przedstawiciele innych delegacji rządowych - przyznaje ks. Piotr Boraca.

Afryka, podkreśla, jest specyficzna. - Tam logika europejska zawodzi. Prędzej logika wiary niż dyplomacji przyniesie skutek - dodaje.

Optymizm uprowadzonego

Obecny na miejscu ks. Mirosław Gucwa jako jedyny ma kontakt z uprowadzonym misjonarzem. Codziennie lub co kilka dni dzwoni do bazy porywaczy w buszu, a ci przekazują słuchawkę ks. Mateuszowi.

- Rozmowy są krótkie, ale bardzo podnoszą na duchu. Rozmawiają o samopoczuciu księdza, zdrowiu i niezbędnych rzeczach, które są mu potrzebne. Parokrotnie była okazja dostarczenia mu przesyłki, zawierającej ubrania czy paramenty liturgiczne. Ks. Mateusz jest o tyle w komfortowej sytuacji, że może odprawiać msze, modlić się. Jest, o ile można tak powiedzieć o uprowadzonym człowieku, traktowany po ludzku - relacjonuje ks. Piotr Boraca.

Porwany misjonarz, chociaż w rękach porywaczy przebywa od połowy października, nie traci optymizmu i wiary w polubowne rozwiązanie. - Z natury jest optymistą, cała rodzina księdza ufa Bogu i z wielką wiarą podchodzi do tego problemu. Ks. Mateusz nie traci nadziei. To że nie dzieje mu się wielka krzywda, nie jest torturowany i nikt się nad nim nie znęca, daje nam wszystkim spokój ducha - dodaje.

Na dobre i na złe

Obecnie w Republice Środkowoafrykańskiej przebywa ok. 30-35 osobowa grupa misyjna z Polski. Są wśród nich misjonarze z Diecezji Tarnowskiej, siostry pasterzanki, Franciszkanie, Kapucyni i świeccy wolontariusze.

- Rozsądek mówi, że trzeba wrócić do Polski, bo istnieje zagrożenie życia, ale misjonarze zdają sobie sprawę, że są ostatnią deską ratunku dla wielu mieszkańców prowincji. To wierność powołaniu, ludziom, którym się służy. Nie można ich zostawić w potrzebie. Kościół nie wywiera presji na misjonarzach, decyzja o pozostaniu na terenach ogarniętych konfliktem jest zawsze indywidualna. Większość zostaje, to elementy ryzyka związanego z misją - zwraca uwagę ojciec Marcin Wrzos, redaktor naczelny dwumiesięcznika "Misyjne Drogi".

U misjonarzy miejscowa ludność, bez względu na wyznanie, znajduje schronienie. Dlatego świadomie podejmują "zawodowe" ryzyko, wiedząc, że często są dla nich jedyną ostoją. - Wyjazd misjonarza to dla osób ukrywających się przed agresorem w buszu jasny komunikat "nie ma po co wracać do wioski". Innej nadziei ci ludzie nie mają. Organizacje międzynarodowe owszem, pomagają, ale w większych miastach. Na wsi działają tylko misjonarze - dodaje ks. Piotr Boraca.

O. Marcin Wrzos: - Misjonarz nie jedzie jako turysta, który w każdej chwili może podjąć decyzję o powrocie. Zostaje na miejscu na dobre i na złe, jak w telenoweli.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy