Reklama

Reklama

Kryzys migracyjny. UE nie będzie drugą Australią

Odsyłanie łodzi z migrantami do kraju pochodzenia i internowanie potencjalnych uchodźców na wyspach Morza Śródziemnego i Morza Egejskiego to – zapożyczony z Australii – pomysł ministra spraw zagranicznych Austrii Sebastiana Kurza na ograniczenie kryzysu migracyjnego. Pomysł chwytliwy, ale ze względów prawnych nierealny. – Nie wygląda na to, żebyśmy mieli pójść w kierunku Australii – podkreśla w rozmowie z Interią Ewa Moncure z Fronteksu.

"Obecny system Unii Europejskiej prowadzi do tego, że tysiące ludzi tonie w Morzu Śródziemnym, ponieważ, pchani nadzieją, decydują się na tę niebezpieczną przeprawę" - stwierdził szef MSZ Austrii w rozmowie z "Presse am Sonntag". W jego ocenie Wspólnota powinna czerpać wzorce z innych państw, które poradziły sobie z napływem migrantów.

Reklama

"Australia doprowadziła do tego, że nie przybywają tam już żadni nielegalni migranci i nikt nie tonie" - dodał Sebastian Kurz. Australia rzeczywiście systematycznie zawraca łodzie z uchodźcami, a osoby, którym udaje się niezgodnie z prawem dotrzeć na ląd są, wbrew protestom organizacji praw człowieka, internowane w obozach na wyspach na Oceanie Indyjskim i Spokojnym. Tam oczekują na rozpatrzenie wniosków o azyl.

Nie oznacza to jednak, że Canberra odmawia uchodźcom jakiejkolwiek pomocy. Wręcz przeciwnie: władze zgodziły się na przyjęcie 12 tys. Syryjczyków, każdego roku wydają tysiące pozytywnych decyzji azylowych, a od 2011 roku przekazały ponad ćwierć miliarda dolarów na pomoc humanitarną w Syrii i Iraku. Chodzi o kwestie bezpieczeństwa i absolutny zakaz nielegalnego dobijania migrantów do brzegów Australii.

Zasada non-refoulement

Czy rozwiązania przyjęte przez Australię są możliwe do przeszczepienia na grunt europejski? Zapytaliśmy o to Ewę Moncure z Fronteksu, czyli Europejskiej Agencji Zarządzania Współpracą Operacyjną na Zewnętrznych Granicach Państw Członkowskich Unii Europejskiej.

- Nie wygląda na to, żebyśmy mieli pójść w kierunku Australii. W prawie europejskim mamy zasadę non-refoulement. Mówi ona o tym, że nie wolno odesłać z powrotem do jakiegoś kraju nikogo, jeżeli się nie sprawdziło, czy ta osoba będzie w tym kraju bezpieczna. Politycy mogą oczywiście dyskutować o nowych rozwiązaniach, ale my jako agencja jesteśmy zobowiązani do przestrzegania tej zasady - jasno określającej bezpieczeństwo potencjalnych uchodźców. Wszystkie osoby, które są w tej chwili ratowane np. na Morzu Libijskim, są przewożone do Włoch, i nie zanosi się na to, żeby w najbliższej przyszłości miały zostać wysadzone w Libii - podkreśla Ewa Moncure.

Regulująca prace Fronteksu zasada non-refoulement została zapisana w art. 33 Konwencji dotyczącej statusu uchodźców z 1951 roku. Pierwszy jej paragraf gwarantuje bezpieczeństwo potencjalnym uchodźcom, drugi państwu, które ma im zapewnić ochronę. Zakaz wydalania lub zawracania nie dotyczy osób, co do których istnieje podejrzenie, że mogą być niebezpieczne.

Pula 1500 pograniczników

Frontex nie odpowiada bezpośrednio za ochronę granic Unii Europejskiej. Jest agencją wspomagającą kraje członkowskie. Kiedy Grecja, Włochy czy Hiszpania nie radzą sobie z naporem migrantów, organizuje operacje ratunkowe i wysyła na morze statki. Kryzys migracyjny, o niespotykanej od dziesięcioleci skali, pokazał jakie zmiany są konieczne, aby wyeliminować ograniczenia systemu i zniwelować negatywne skutki niekontrolowanego napływu migrantów do Europy w przyszłości.

- Musi zostać usprawniony mechanizm wysyłania straży granicznej na zewnętrzne granice UE. Nie może być tak, że za każdym razem, kiedy potrzebujemy statku czy ludzi, zgłaszamy się do krajów członkowskich i one decydują, jak mogą pomóc. Jest propozycja utworzenia puli 1500 pograniczników, którzy będą do naszej dyspozycji. To samo dotyczy sprzętu. Jeżeli mamy sprawnie działać i efektywnie pomagać krajom na granicach zewnętrznych, potrzebujemy ludzi i sprzętu. W zeszłym roku przy rejestracji, pobieraniu odcisków palców i rozmowach z migrantami, nasi ludzie pracowali nieraz 24 godziny na dobę - relacjonuje Ewa Moncure.

89 akcji ratunkowych w 48 godzin

Uratowani na morzu są w pierwszej kolejności badani. Jeżeli nie mają poważniejszych problemów zdrowotnych, wymagających pilnego transportu do szpitala, płyną na europejski ląd. Następnie osoby te podlegają identyfikacji. Jest rejestracja, pobieranie odcisków palców, sprawdzanie dokumentów, o ile ktoś je ma. Są nieletni, osoby chore, ubiegające się o azyl lub nie, mówiące w różnych językach. Do Włoch trafiają głównie migranci z Afryki (Erytrei, Sudanu, Etiopii, Senegalu), ci z Bliskiego Wschodu (Irak, Syria) i Azji - do Turcji.

Zdarzało się, że przeprowadzano 89 akcji ratunkowych w 48 godzin. - Sporo kontrowersji wzbudza dyskusja na temat tego, kto ma decydować o rozpoczynaniu akcji Fronteksu na granicach zewnętrznych Unii Europejskiej. Obecnie jest tak, że jeśli kraj członkowski nie poprosi o operację, może się walić i palić, a pomoc nie nadejdzie - rozkłada ręce Ewa Moncure.

I dodaje: - Jest rozpatrywana propozycja, aby na podstawie oceny sytuacji na granicach zewnętrznych, i presji migracyjnej, Rada Europejska mogła wywierać presję na kraj, który mimo zagrożenia, nie zwróci się o wsparcie. Odczuliśmy to w zeszłym roku, kiedy kryzys migracyjny przełożył się na ograniczenie strefy Schengen. Jeżeli nie mamy kontroli na granicach zewnętrznych, tracimy kontrolę na granicach wewnętrznych, dlatego chcąc nadal przemieszczać się w Unii swobodnie, musimy efektywniej działać na jej zewnętrznych granicach - podkreśla przedstawicielka Fronteksu.

I tu dochodzimy do najważniejszej kwestii związanej z następstwami kryzysu migracyjnego, czyli do właściwej kontroli granic i osób, które je przekraczają.

Niewydolność obecnego systemu

- W zeszłym roku było to dość trudne, kiedy 7000 osób przypływało na Lesbos jednego dnia. Druga kwestia to efektywne powroty osób, które nie mają prawa zostać w Europie, bo nie dostały azylu. Jeśli ktoś tego azylu nie dostał lub o niego nie prosił, powinien wrócić do swojego kraju. Ta procedura nie jest prosta. Trzeba czekać aż konsulaty wystawią im dokumenty, a nie wszyscy się do tego kwapią, nie wszystkie kraje chcą też przyjąć swoich obywateli z powrotem. Według prawa międzynarodowego mają taki obowiązek, ale w praktyce różnie to wygląda - przyznaje Ewa Moncure.

Według obliczeń Komisji Europejskiej, zaznacza nasza rozmówczyni, efektywność powrotów wynosi ok. 40 procent. To oznacza, że na 100 negatywnych decyzji o przyznaniu azylu, 60 osób nielegalnie zostaje na terytorium Europy. Niektórzy przepadają bez wieści. I bez dokumentów.

To jest oznaka niewydolności i słabości obecnego systemu.

***

Ochronę granic UE i zarządzanie nimi ma usprawnić m.in. wspólna europejska straż graniczna i przybrzeżna. Trwają prace zmierzające do przyjęcia projektu.

Skontaktuj się z autorem artykułu

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne