Reklama

Reklama

Krym po aneksji. Drożyzna, bałagan i prześladowania

Zapaść branży turystycznej, gwałtowna podwyżka cen żywności i lekarstw, prześladowania, bałagan administracyjny, wzrost przestępczości i przerwy w dostawie prądu i wody – to tylko niektóre z wielkich problemów mieszkańców Krymu dziewięć miesięcy po rosyjskiej aneksji. Szacuje się, że półwysep opuściło już ponad 22 tys. młodych ludzi. Zważywszy na prześladowania Tatarów i przeciwników przyłączenia do Rosji, trzeba zakładać, że to dopiero początek fali emigracji.

W marcu tego roku aneksja była dla Moskwy propagandowym i militarnym sukcesem. Umocniła pozycję Władimira Putina i pokazała, że wbrew opinii międzynarodowej wielu mieszkańców Krymu woli jego rządy niż władze z Kijowa.

Przyjechał Putin i zrobił show

Reklama

- Rosja zajęła Krym bez jednego wystrzału. Korzystając z zaskoczenia, z nowego sposobu prowadzenia wojny - bez jej wypowiadania, zielonych ludzików, kampanii propagandowej i etnicznych Rosjan, dokonała aneksji półwyspu ku, co trzeba przyznać, radości sporej części mieszkańców Krymu - podkreśla w rozmowie z Interią Jan Piekło, dyrektor Fundacji Współpracy Polsko-Ukraińskiej PAUCI.

9 maja 2014 r., w ramach obchodów Dnia Zwycięstwa, kolejnej rocznicy pokonania nad hitlerowskich Niemiec, Rosja zorganizowała w Sewastopolu paradę wojskową o niespotykanej dotąd skali. Po raz pierwszy po aneksji na Krym przybył Władimir Putin, a jego przemówienie, pełne patetycznych słów i pochwał pod adresem mieszkańców, regularnie było przerywane oklaskami.

- Byłem na tej paradzie. Władimir Putin zorganizował wielkie show dla Sewastopola i mieszkańców Krymu. Dla nich to był dodatkowy zastrzyk patriotyzmu. Rosja pokazała całemu świata, że ludność krymska sama tej aneksji pragnęła. W tamtym okresie euforia była bardzo wyczuwalna. Dodatkowo telewizja karmiła nas sporą dawką rosyjskiego patriotyzmu - opowiada Sergiej Dombrowski, mieszkaniec Sewastopola.

Ukrainiec mógł dostać w zęby

Aneksja Krymu odbyła się bez interwencji zbrojnej i bez tragicznych obrazów, jakie od miesięcy przekazywane są ze wschodu Ukrainy. Nie oznacza to wcale, że przebiegła w pokojowej atmosferze.

- Wszystko to, co ukraińskie, dotąd na Krymie normalne, stało się znienawidzone. Rozłam w społeczeństwie był bardzo wyraźny. Jeżeli ktoś był przeciwko polityce Rosji, stawał się wrogiem. Samoobrona i prorosyjscy mieszkańcy nie ruszali Ukraińców, którzy siedzieli cicho lub byli neutralni w swoich poglądach, ale jak ktoś ubierał się w barwy narodowe czy wymachiwał ukraińską flagą, mógł dostać w zęby. Baliśmy się wojny domowej, ataków terrorystycznych, ale nawet przed referendum nikt nie sądził, że zmiana przynależności Krymu przyniesie nam wszystkim tak wielkie problemy - przypomina Sergiej Dombrowski.

W grudniu mija dziewięć miesięcy od aneksji Krymu. Moskwa obiecywała inwestycje w branżę turystyczną, infrastrukturę, budowę nowych i renowację istniejących fabryk i zwiększenie liczby miejsc pracy, ale Putin, zajęty sytuacją na wschodzie Ukrainy, sankcjami gospodarczymi i przepychankami z Unią Europejską, NATO i krytykującymi jego politykę przedstawicielami grupy G20, zepchnął sprawę Krymu na dalszy plan.

Moskwa ma problem

- Polityka Moskwy jest coraz bardziej katastrofą niż zwycięstwem, które odtrąbiono, gdy przyłączono Krym do Rosji. Widać wyraźnie, że Rosja ma z Krymem problem i nie może sobie z nim poradzić. Półwysep był dotychczas dotowany z budżetu Ukrainy, teraz musi być jeszcze mocnej finansowany przez Rosję. Przy malejącej cenie za baryłkę ropy i spadku kursu rubla Putin będzie miał z tym coraz większy kłopot - zauważa Jan Piekło.

Problem Rosji polega na tym, że nie ma drogi, którą mogłaby swobodnie zaopatrywać Krym. - Trzeba by było stworzyć korytarz lądowy od Naddniestrza przez Odessę, wtedy Rosja panowałaby nad wybrzeżem Morza Czarnego i mogła swobodnie dostarczać wszystko, co potrzebne na Krym. Dotąd wszystko idzie przez Ukrainę - woda, elektryczność, gaz. Jak Ukraińcy będą mieli ochotę, mogą to odciąć całkowicie i wtedy zaczną się prawdziwe problemy - dodaje dyrektor Fundacji Współpracy Polsko-Ukraińskiej PAUCI.

Jedyna droga łącząca bezpośrednio Rosję z Krymem wiedzie przez Cieśninę Kerczeńską. Zimą jest ona bardzo trudna do pokonania. Częściowo zamarza, do tego dochodzi sztormowa pogoda i niekorzystny prąd morski. Pozostaje droga powietrzna, ale to znacznie podnosi koszty dostaw.

- I tak gołym okiem widać, że wszystko zdrożało. Rosyjskie emerytury i renty są wyższe, ale ceny produktów gwałtownie poszły w górę. Okres przejściowy jest ciężki. Najmocniej cierpią na tym biedni ludzie - podkreśla Polak mieszkający na Krymie, proszący o anonimowość w obawie przed represjami ze strony władz. - Wiem, że nasze wypowiedzi nawet w polskich mediach są uważnie śledzone - dodaje.

Lekarstwa sześć razy droższe

- W sierpniu - relacjonuje Dombrowski - miejscowe i rosyjskie władze zakazały sprowadzania niektórych produktów żywnościowych, w tym mięsa i nabiału, z Ukrainy. W konsekwencji politycznej zagrywki w sklepach przez tydzień brakowało towarów, a mięso podrożało trzykrotnie. Rosja chciała wypełnić rynek swoimi towarami, ale ich jakość pozostawiała wiele do życzenia.

Po protestach mieszkańców produkty z Ukrainy wróciły na półki, ale ich ceny wzrosły. Dla lepszego rozeznania podajemy je w złotówkach:

 - Konserwy warzywne i dżemy kosztowały 4 zł, teraz kosztują 12 zł, dziesięć jajek podrożało z 4 zł na 6 zł, chleb kosztował 1,5 zł, teraz 2,2 zł, mleko z 2,2 zł na 3,2 zł. Skoczyły też ceny mięsa, np. kilogram karkówki wieprzowej kosztuje 50 zł, a kosztował 20 zł, alkoholu: piwo - w zależności od rodzaju - kosztowało 2-4 zł, obecnie 5-8 zł), paliwa i sprowadzanych lekarstw. Niektóre leki podrożały sześciokrotnie  - wylicza Sergiej Dombrowski.

Jan Piekło: - Ceny żywności i odzieży dość dramatycznie wzrosły. Rosja coś z tym szybko musi zrobić, żeby nie dopuścić do tego, że tam będzie coraz większa frustracja, a tym samym aneksja okaże się wielką porażką, a nie sukcesem, na co coraz bardziej się zanosi. Dodajmy, że Krym został objęty prawem rosyjskim, które jest bardziej surowe od ukraińskiego. Ludzie są obecną sytuacją sfrustrowani i zdezorientowani.

Brakuje prądu i wody

Potencjalne odcięcie dopływu mediów, o którym wspomina Jan Piekło, już teraz ma poważne konsekwencje dla mieszkańców Krymu. - Zdarza się, że przez 2-3 godziny nie mamy prądu. Nie ma w tym złośliwego działania Ukrainy. Po prostu na wschodzie kraju w wyniku działań wojennych uszkodzone zostały elektrownie i Ukraina najpierw dostarcza elektryczność na swoim terytorium - mówi Sergiej Dombrowski.

Regularnie brakuje również wody. Nasz rozmówca relacjonuje, że dostęp do bieżącej wody ma jedynie rano i wieczorem. Bez dostaw wody z Ukrainy mieszkańcom półwyspu grozi kataklizm. - Wiele gospodarstw na północy Krymu upadło, chodzi o szczególnie ważne dla regionu uprawy ryżu, a także kukurydzy, kapusty, pszenicy i papryki. Rząd ogłosił, że planuje zawrócić koryta rzek i robić odwierty, ale ekolodzy biją na alarm, że w ciągu pięciu lat doprowadziłoby to do katastrofy i zniszczenia miejscowej przyrody - dodaje.

Zwolnił ludzi, wraca do Polski

Sergiej ma polskie korzenie. Od lat prowadził na Krymie biuro turystyczne nastawione na obcokrajowców. Jego żona, Agnieszka, jest Polką. Dotąd w sezonie letnim, współpracując z wiodącymi kontrahentami w kraju, organizował wakacje dla ok. 2 tys. naszych rodaków. Tego lata nie zarobił ani grosza.

- Musieliśmy zawiesić działalność, sprzedać autobusy i stateczki,  i zwolnić pracowników. Osób poszkodowanych w branży są setki, jeśli nie tysiące. Problem pojawi się w zimie, kiedy ludzie związani z turystyką nie będą mieli co do garnka włożyć - kręci głową nasz rozmówca.

Sergiej z żoną podjęli decyzję. W grudniu wracają się do Polski.

Szacuje się, że przed aneksją Krym co roku odwiedzało sześć milionów turystów. Byli to Ukraińcy (60-70 proc.), a także Rosjanie, Polacy, Mołdawianie i Białorusini. Przychody z branży zasilały rokrocznie 60-70 proc. budżetu, a zatrudnienie w niej znajdowało niemal 2/3 mieszkańców półwyspu. Po aneksji te liczby gwałtownie spadły. - W tym roku na Krymie odpoczęło może 2 mln turystów, z czego większość przyjechała do ośrodków prowadzonych przez zakłady pracy. To biedniejsi klienci, co oczywiście ma przełożenie na dochody całej branży - zaznacza Sergiej Dombrowski.

"Lewe" tablice rejestracyjne

W wyniku aneksji dotychczasowe dokumenty wystawione przez ukraińskie władze potraciły lub wkrótce stracą ważność. Nowe, rosyjskie, nie są respektowane poza Krymem, ponieważ społeczność międzynarodowa nie akceptuje przyłączenia półwyspu do Rosji.

Wydane na Krymie rosyjskie paszporty poza Krymem i Rosją nie są traktowane jak ważne dokumenty. Na ich podstawie nie można otrzymać wiz, a ukraińscy celnicy, widząc taki paszport, zawracają podróżnych. Podróżni ci, często z rodzin ukraińsko-rosyjskich, nie mogą przez to dotrzeć do swoich bliskich.

Podobnie wygląda sytuacja z prawami jazdy i tablicami rejestracyjnymi. Do 1 stycznia 2015 roku właściciele aut muszą je zarejestrować w rosyjskich urzędach.

- Ludzie prowadzą biznesy, mają rodziny na Ukrainie. Muszą jeździć samochodzami. Te auta są zarejestrowane w bazie Ukrainy, z ukraińskimi numerami rejestracyjnymi, tymczasem przyjeżdżają na rosyjskich "blachach". Oznacza to, że tablice są "lewe". Zdarzały się przypadki, że samochody były zabierane przez ukraińskie służby i odstawiane na milicyjny parking - tłumaczy Sergiej Dombrowski.

"Sytuacja jest patowa"

Zawierucha administracyjna dotyka każdego, dlatego przed urzędami tworzą się gigantyczne kolejki. Szczęśliwcy czekają tylko kilka godzin, ale zdarza się, że trzeba czekać na załatwienie sprawy nawet kilka dni.

Obywatele wyrabiają nowe dowody tożsamości, przedsiębiorcy zezwolenia i licencje. W kolejkach można spotkać również polskich duchownych, niepewnych swoich dalszych losów na Krymie. Kilku księżom nie przedłużono już wiz, musieli wracać do Polski.

Miejscowe parafie muszą rejestrować się zgodnie z rosyjskim prawem, w innym wypadku nie będą mogły działać na Krymie. O rejestrację w rosyjskich strukturach kościelnych może wystąpić jedynie Rzym. - To byłoby równoznaczne z tym, że Watykan uznaje aneksję Krymu. Sytuacja jest patowa - podkreśla o. Marcin Wrzos, redaktor naczelny dwumiesięcznika "Misyjne Drogi".

Zostali bez pieniędzy

Bałagan administracyjny poważnie tąpnął też systemem bankowym. - Ludzie mieli oszczędności w ukraińskich bankach, które po aneksji nie dostały rosyjskich licencji i wycofały się z Krymu. Rosja wypłaca rekompensaty tym, którzy zdobędą potwierdzenie z ukraińskiego banku o wysokości środków na koncie, ale nie wszystkim się to udało i część osób została bez pieniędzy - podkreśla Dombrowski.

Na rynku miejsce banków ukraińskich zajęły rosyjskie, ale ze względu na wysokie prowizje są często omijane przez mieszkańców i lokalnych przedsiębiorców. - Ci, co prowadzą biznesy z Ukrainą, ciągle na to narzekają. Czasem bardziej opłaca się wziąć pieniądze do kieszeni i zawieźć pociągiem na Ukrainę - dodaje mieszkający w Sewastopolu mężczyzna.

Rosyjskie banki boleśnie odczuwają skutki zachodnich sankcji, co przekłada się na jakość i dostępność świadczonych przez nich usług. Znalezienie działającego bankomatu na Krymie graniczy niekiedy z cudem.

"Ukraiński ma przestać istnieć"

Organizacja Human Rights Watch regularnie informuje o przypadkach łamania praw człowieka na Krymie. Cierpią zwłaszcza krymscy Tatarzy.

"Pod rozmaitymi pretekstami, takimi jak np. radykalizm, władze skazują ludzi, którzy ośmielają się otwarcie krytykować aneksję półwyspu. Rosja nie daje wyboru, tylko zmusza do przyjęcia rosyjskiego obywatelstwa. Kto się nie podporządkuje, temu grozi prześladowanie" - mówi Julia Gorbunowa, analityk HRW, cytowana przez stronę organizacji.

- Na prześladowania narażone są dwie grupy. Tatarzy krymscy i osoby ukraińskojęzyczne. W przypadku tych pierwszych rosyjska narracja będzie szła w kierunku zagrożenia terrorystycznego ze strony islamskich ekstremistów. Drudzy nie bardzo mogą się w nowej rzeczywistości odnaleźć. Proces edukacyjny ma się na Krymie odbywać po rosyjsku, ukraiński ma przestać istnieć, stąd głos sprzeciwu - wyjaśnia Jan Piekło.

Może przyjechać czarna wołga

Przed aneksją można było swobodnie wypowiadać się o władzach, krytykować je publicznie. Prawo ukraińskie było znacznie łagodniejsze, a ewentualne kary o wiele mniej restrykcyjne. - Dzisiaj trzeba uważać, co się mówi i do kogo. Jeśli masz rewolucyjne lub separatystyczne poglądy albo źle mówisz o Putinie, może czarna wołga przyjechać... - twierdzi Sergiej Dombrowski.

W ostatnich miesiącach gwałtownie wzrosła przestępczość. Według nieoficjalnych informacji, w ciągu ostatnich dwóch miesięcy odnotowano 29 tys. zgłoszeń naruszenia porządku, napaści czy kradzieży. W porównywalnym okresie sprzed aneksji podobnych przypadków było kilka razy mniej. Statystyki te nie uwzględniają naruszeń praw człowieka przez władze, o czym coraz mocniej alarmują media i organizacje międzynarodowe.

Pobicia (podawane są przypadki zakatowania na śmierć przez funkcjonariuszy), porwania i prześladowania (śledzenie, przesłuchania, przeszukania mieszkań/biur) osób przeciwnych władzy sprawiają, że tętniący latem życiem turystyczny kurort powoli zaczyna się wyludniać.

- Sporo młodych, ambitnych ludzi z głową na karku po prostu emigruje. Jadą do Kijowa, Moskwy czy Sankt Petersburga. Według statystyk, wyjechało już ponad 22 tys. osób, a to dopiero początek. Miejscowi zaczynają otwierać oczy na otaczające problemy, ale zwolennicy aneksji, których jest bardzo wielu, wciąż twardo obstają przy swoim: "niech z nieba lecą kamienie, ale nam jest dobrze, bo jesteśmy w domu z matką Rosją" - kończy nasz rozmówca.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje