Reklama

Reklama

"Kosmiczna koalicja" czy makiaweliczna zagrywka Schetyny? Powyborcze scenariusze

Chytrze obliczona na zysk własny "kosmiczna" koalicja autorstwa Janusza Piechocińskiego, wielkie partyjne zjednoczenie przeciwko Prawu i Sprawiedliwości, makiaweliczna zagrywka Grzegorza Schetyny, a może gra o wszystko w wykonaniu prezesa Jarosława Kaczyńskiego? Scenariuszy na powyborczą rzeczywistość jest co najmniej kilka. Na ich mocne i słabe strony wskazuje w rozmowie z Interią politolog, prof. Uniwersytetu Warszawskiego, dr hab. Rafał Chwedoruk.

Kampanijna gorączka podkręca atmosferę i sprawia, że w głowach polityków aż roi się od pomysłów na powyborcze układanki. Jednym z nich podzielił się szef Polskiego Stronnictwa Ludowego, który zaproponował "kosmiczną koalicję" z udziałem partii, której jest liderem, Prawa i Sprawiedliwości oraz Platformy Obywatelskiej. Na pierwszy rzut oka wizja wydaje się być kompletnie oderwana od rzeczywistości. Czy taką jest w istocie?

Reklama

W ocenie prof. dr hab. Rafała Chwedoruka, dosłownie tak pojęta koalicja w żadnym wypadku nie powstanie, ale nie oznacza to wcale, że w trójkącie wymienionych przez Janusza Piechocińskiego partii nie może się po wyborach stać coś nowego. - Przede wszystkim pamiętajmy, że mamy przed sobą jeden pewnik, czyli to, że Prawo i Sprawiedliwość zajmie pierwsze miejsce. Nie mamy tylko pewności, czy wspólnie ze swoimi mniejszymi koalicjantami zdobędzie większość, która pozwoli im rządzić samodzielnie - wyjaśnia.

"Casting na koalicjanta"

Emocji przy tworzeniu ewentualnych powyborczych sojuszy z pewnością nie zabraknie, bo kombinacji jest całkiem sporo, zatem "casting" może obfitować w wiele niespodzianek. -  Nie wiemy jeszcze, które z tych mniejszych komitetów znajdą się w Sejmie, bo każdy z nich, bez wyjątku - od PSL-u przez ugrupowanie Korwina, Zjednoczoną Lewicę, ruch Kukiza aż po Nowoczesną Petru balansuje na poziomie progu wyborczego. W sytuacji, kiedy Prawu i Sprawiedliwości będzie bardzo niewiele brakowało do samodzielnej większości, można byłoby pół żartem stwierdzić, że możemy mieć do czynienia z czymś na kształt "castingu na koalicjanta" - dodaje.

Zdaniem eksperta, nie można wykluczać, że jednym z sojuszników byłoby wtedy Polskie Stronnictwo Ludowe, ale taka operacja z pewnością nie przebiegałyby bez komplikacji, zwłaszcza, że w tle rysuje się ewidentny konflikt interesów. Zarówno Prawo i Sprawiedliwość jak i Polskie Stronnictwo Ludowe rywalizują o głosy mieszkańców wsi i małych miasteczek. -  Wyborcy tych dwóch ugrupowań są bardzo do siebie podobni, choć nie zawsze mieszkają w tych samych powiatach. Różni ich przede wszystkim stosunek do historii Polski, a łączy choćby umiarkowany konserwatyzm kulturowy jak i niechęć do skrajnego liberalizmu w gospodarce - wskazuje politolog.

Do tej pory obawa o utratę wyborców brała górę. Obecnie wewnętrzna sytuacja w Polskim Stronnictwie Ludowym może jednak obowiązujący dotąd trend odwrócić.  - PSL zagrożone słabym wynikiem wyborczym w swoim dalszym trwaniu mogłoby być bardziej podatne na wizję ewentualnego sojuszu z Prawem i Sprawiedliwością. Choć pewnie, jak sądzę, w większym stopniu, taki wariant byłby w stanie zaakceptować były szef ludowców, czyli Waldemar Pawlak niż obecny lider, czyli Janusz Piechociński, którego pozycja w partii nie jest aż tak mocna, jaką -  mimo paradoksalnego finału -  cieszył się jego poprzednik - dodaje.

Grzegorz Schetyna ogra Ewę Kopacz?

Rzeczywistość, zwłaszcza ta partyjna, nie znosi jednak próżni i może się okazać, że staniemy się świadkami jeszcze bardziej zaskakujących politycznych zwrotów akcji. Dr hab. prof. UW zwraca uwagę, że w grę wchodzi jeszcze pozornie zupełnie nieprawdopodobny i makiaweliczny w swoich przesłankach scenariusz związany z Platformą, ale nie jako całością. - Zauważmy, że w Platformie Obywatelskiej od kilku lat toczy się wojna domowa, która jest - nawiasem mówiąc -  jedną z przyczyn słabnięcia pozycji tej partii. Oś sporu przebiega pomiędzy Donaldem Tuskiem i Ewą Kopacz po jednej stronie, a Grzegorzem Schetyną wspieranym przez stronników Bronisława Komorowskiego z drugiej strony - wyjaśnia.

Dowodów na wewnętrzną wojną w obozie władzy nie trzeba zbyt wnikliwie szukać.  - Grzegorz Schetyna i jego najwierniejsi sojusznicy są marginalizowani i to w sposób ostentacyjny wewnątrz Platformy. Najlepszym symbolem jest zesłanie, mówiąc brutalnie,  samego Grzegorza Schetyny od zawsze związanego z Dolnym Śląskiem i Opolszczyzną do najtrudniejszego w Polsce dla PO województwa świętokrzyskiego. To będzie przede wszystkim wymagało od niego wzmożonego wysiłku, żeby mandat tam wywalczyć i jednocześnie osłabiało jego wpływy lokalne na Dolnym Śląsku - wylicza ekspert.

Mimo podjętych wysiłków obecny szef dyplomacji może nie dostać nic w zamian, a impuls do zmian wchodzących wprost w konflikt z dotychczasową linią PO pojawi się automatycznie. - Możemy sobie wyobrazić taką sytuację, że w nowym klubie Platformy Obywatelskiej większość będą oczywiście stanowili stronnicy obecnego nurtu dominującego w tej partii, natomiast ci, którzy byli związani z Grzegorzem Schetyną,  znajdą się w mniejszości.  Scenariusz wskazujący na to, że założą oni własne koło czy własny klub i być może będą dryfować w stronę wspierana rządu Prawa i Sprawiedliwości,  jest zatem całkiem realny - prognozuje Chwedoruk.

"Dla wielu wyborców taki wariant byłby szokiem"

Pierwszych symptomów przemawiających za wiarygodnością tej tezy można dopatrywać się już dzisiaj.  - Bardzo znamienne na tym tle jest to, że Grzegorz Schetyna nie jest tak gwałtownie krytykowany przez środowiska Prawa i Sprawiedliwości jak Donald Tusk i jego zaplecze. Z drugiej zaś strony sam Grzegorz Schetyna, czy Tomasz Siemoniak też wypowiadają się w sposób bardziej umiarkowany na temat  Prawa i Sprawiedliwości i unikają kwestii, które dotyczą zagadnień godnościowych itd., które są w partii Jarosława Kaczyńskiego szczególnie źle przyjmowane. Zatem koalicji PiS, PSL i PO nie będzie na pewno, natomiast nie możemy zupełnie wykreślać możliwych scenariuszy sojuszu PiS z PSL czy koalicji PiS-u z nazwijmy to prawicowo-konserwatywnym nurtem Platformy, który z Grzegorzem Schetyną w roli głównej, opuściłby partię, w której jest marginalizowany - argumentuje politolog. 

Ekspert pytany, czy Grzegorz Schetyna u boku Jarosława Kaczyńskiego byłby w stanie "ugrać" więcej niż wspierając Ewę Kopacz wskazuje, że takie rozwiązanie otwiera przed niedocenianym przez macierzystą partię politykiem nową szansę.  - Dla wielu wyborców Platformy taki wariant byłby szokiem, ale jeśli PO nie będzie mogła rządzić po październikowych wyborach, znajdzie się w strukturalnym kryzysie, bo projekt był obliczony na bycie partią władzy. Grzegorz Schetyna dostałby zatem swojego rodzaju nową szansę i mógłby zacząć niemal od nowa -  korzystając z ewentualnych beneficjów bycia koalicjantem - formować jakąś strukturę - dowodzi.

Na horyzoncie pojawiają się też ewentualni sojusznicy w walce. - Wyobraźmy sobie jeszcze, że w Sejmie znalazłby się Paweł Kukiz, który nie krył, że miał kiedyś kontakty z Grzegorzem Schetyną, zatem też byłby naturalnym podmiotem współpracy. Nie sądzę też, żeby Jarosław Gowin zrezygnował zupełnie ze swoich ambicji, pewnej samodzielności bycia w polityce i zadowoliłby się tylko wchłonięciem jego niewielkiego środowiska przez PiS. Być może to byłaby taka płaszczyzna do tworzenia obok chadecko-konserwatywnego PiS-u formacji bardziej liberalno-konserwatywnej, zwłaszcza w kwestiach  gospodarczych. Ewentualną legitymizacją takiej współpracy mogłyby być kwestie choćby polityki zagranicznej, bo inne zagadnienia dzielą te ugrupowania, ale w tym wymiarze można wyborcom jakoś wytłumaczyć tak gwałtowną woltę - przekonuje politolog.

"Koalicja strachu", czyli wielka ofensywa przeciwko PiS

Powyborcza układanka może zyskać jeszcze zupełnie odmienne oblicze. W grę wchodzi między innymi szeroka koalicja wymierzona przeciwko partii Jarosława Kaczyńskiego, którą wiceprezes PiS Mariusz Kamiński określił mianem "koalicji strachu". Taka opcja - w opinii dr. hab. prof. UW - również nie jest pozbawiona racji bytu. - Bardzo dużo będzie zależało od wyniku wyborczego i od tego, jakie mniejsze formacje znajdą się w Sejmie, bo nie wszystkie by do takiej politycznej układanki pasowały. Po drugie wiele zależy też od układu sił wewnątrz tych politycznych ugrupowań, bo różnice są duże. Są politycy, który powiedzą twardo "nigdy", a są i tacy, którzy w imię pragmatyzmu i trwania partii, mogą być bardziej elastyczni i skłonni do wejścia w koalicję - argumentuje.

Ekspert wskazuje, że podobny scenariusz przerobili przez ostatnią dekadę nasi sąsiedzi. - Na Słowacji partia bardzo popularnego premiera Roberta Fico wygrała wybory parlamentarne z bardzo dużą przewagą, ale wszystkie inne ugrupowania prawicy i centrum zjednoczyły się przeciwko niej i utworzyły rząd - wyjaśnia. Szeroka koalicja jednak długo nie przetrwała. - Utworzony wówczas rząd był niesamowicie niestabilny, skłócony wewnętrznie i pogrążony w aferach. W efekcie w kolejnych wyborach partia Fico dostała 44 procentowe poparcie i samodzielną większość. To w takich klasycznych demokratycznych europejskich państwach chyba najlepszy wynik samodzielnej partii lewicowej w ostatnich latach. Fico został niepodzielnym rządzącym, Słowacja ma jednopartyjny rząd i takiego scenariusza nie można też wykluczać w Polsce - dodaje.

Platforma może oberwać rykoszetem...

Największym orędownikiem szerokiej koalicyjnej ofensywy skierowanej przeciwko Prawu i Sprawiedliwości byłby z pewnością jej największy rywal, czyli Platforma, ale koniec końców taka opcja mogłaby zwrócić się przeciwko niej. - Nie ulega wątpliwości, że taki wielopartyjny rząd potencjalnie byłby niestabilny, wymagałby wielu kompromisów i tego typu scenariusz paradoksalnie mógłby nie być wcale niepokojący dla obozu Jarosława Kaczyńskiego. W krótkim czasie mogłoby się okazać, że nowy rząd straciłby jakąkolwiek legitymację, a notowania PiS-u poszybowałyby w górę - dowodzi politolog.

Ekspert pytany o wariant, który zakładałby, że Prawo i Sprawiedliwość zawarłoby porozumienie z Sojuszem Lewicy Demokratycznej, nie skazuje go z góry na porażkę i wskazuje, że taki projekt powiódł się w wielu europejskich krajach. - Paradoks Polski polega na tym, że jesteśmy w analizie polityki bardzo polonocentryczni. Tymczasem do takich koalicji - i to bardzo skutecznych -  doszło w wielu innych krajach. Rumunią rządzi taka koalicja i nie jest to sojusz parlamentarny. To koalicja wyborcza, którą zawarła partia postkomunistyczna z najbardziej konserwatywnym ugrupowaniem w Rumunii i mają jeszcze więcej (prawie 60 procent) niż  Fico w słowackim parlamencie. Podobna koalicja drugą kadencję rządzi Serbią z olbrzymią przewagą nad liberalną opozycją. Wreszcie wspomniany Fico swoją polityczną pozycję zbudował niegdyś wchodząc -  ze swoją dopiero debiutującą, powstałą na gruzach dawnej komunistycznej formacji partią -  w koalicję z Vladimirem Mečiarem  oraz tamtejszymi narodowcami. To się okazało bardzo skuteczne wyborczo, przynajmniej dla partii Fico. Wreszcie prezydent Republiki Czeskiej Milosz Zeman został wybrany dzięki głosom obu partii lewicowych, to znaczy socjaldemokratów i komunistów oraz partii Vaclava Klausa, czyli najbardziej prawicowej spośród głównych czeskich partii. Tam istotnym staje się podział między liberalnym centrum a bardziej prosocjalną pod wieloma względami i także bardziej konserwatywną prowincją. Tylko, że partie lewicowe potrafią z tego korzystać - przekonuje.

- Pamiętajmy, że w Polsce mieliśmy przypadki współpracy Prawa i Sprawiedliwości z Sojuszem Lewicy Demokratycznej w różnych kwestiach, choćby na poziomie rad miejskich, ale myślę, że w tym wypadku tak naprawdę najistotniejsze jest to, z kogo składałby się klub parlamentarny SLD - dodaje.

Są przesłanki, które pozwalają stwierdzić, że w skrajnych przypadkach możliwy jest niemal każdy, nawet najbardziej egzotyczny partyjny sojusz. - Nie ulega wątpliwości, że gdyby pojawiły się jakieś nadzwyczajne okoliczności powiązane na przykład z problemami gospodarczymi, to niemal każdą koalicję można sobie wówczas wyobrazić. Legitymizacją do takich, idących czasami wbrew stereotypom, koalicji bywa bardzo zła sytuacja. A gdyby kiedykolwiek doszło do takiej koalicji, to można powiedzieć, że jej patronem byłby John Maynard Keynes, czyli byłby to sojusz skierowany przeciwko wyraziście liberalnemu myśleniu o gospodarce - wyjaśnia. 

Jarosław Kaczyński gotowy na grę o wszystko

Ekspert nie wyklucza również, że gdyby zaistniała odpowiednia sytuacja, to Jarosław Kaczyński podjąłby ryzyko i zdecydowałby się na rząd mniejszościowy. - Pamiętajmy, że PiS w opozycji był bardzo długo i była to opozycja szczególna. Jeśli to porównać ze światem zachodnim, to aż do lat 70. XX wieku rządy partii socjaldemokratycznych na Zachodzie traktowano jako swoisty wybryk, sytuację nadzwyczajną i dopiero potem stały się częścią establishmentu. Podobnie rządy Prawa i Sprawiedliwości od lat 2005-2007 aż do tej pory też były postrzegane jako coś nienormalnego i dlatego działacze tej partii byli w wyjątkowej sytuacji - wyjaśnia.

- To nie jest tylko kontekst tego, że oto jesteśmy w opozycji, ale jak nie za cztery, to za osiem lat wrócimy do sprawowania rządów. Oni byli kompletnie marginalizowani w życiu społecznym, cały czas słyszeli wokół siebie przekaz, że za żadną cenę nie można ich dopuścić do rządów. Stąd to oczekiwanie na przełom jest dużo większe niż w innych partiach. Psychologiczna potrzeba znalezienia się choćby na chwilę u władzy jest u działaczy PiS bardzo silna. Zwłaszcza, że taka sytuacja powodowałaby perspektywę dekonstrukcji mniejszych klubów i stopniowe dryfowania przynajmniej niektórych z nich w stronę partii Kaczyńskiego - puentuje ekspert.

Wszystkie ewentualne przymiarki błyskawicznie zweryfikuje rzeczywistość. Już 25 października okaże się, czy skrojone przez polityków scenariusze wpiszą się w gusta wyborcy. A ten potrafi czasem zaskoczyć.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje