Reklama

Reklama

Koniec "trzeciej drogi"

"Trzecia droga", której wielkimi orędownikami byli Tony Blair, Gerhard Schroeder, Bill Clinton, a u nas Leszek Miller, okazała się ślepą uliczką. Dziś obserwujemy zjawisko odwrotne: lewice są coraz bardziej lewicowe, a prawice coraz bardziej prawicowe.

Pionierzy "trzeciej drogi" mówili tak: nie musimy wybierać między drapieżnym kapitalizmem a surowym, dogmatycznym socjalizmem. "Trzecia droga" jest możliwa - przekonywali i proponowali system oparty na gospodarce rynkowej, jednocześnie gwarantujący obywatelom bezpieczeństwo socjalne.

Reklama

Ideologiem "trzeciej drogi" był brytyjski socjolog Anthony Giddens. Założeniami tego systemu kierowali się w swoich rządach m.in. premier Wielkiej Brytanii Tony Blair, kanclerz Niemiec Gerhard Schroeder i prezydent USA Bill Clinton. Do tej ideologii odwoływał się również Leszek Miller.

Dziś, gdy Europą i światem wstrząsają kolejne kryzysy, "trzeciej drogi" już właściwie nie ma. Ta idea umarła.

- Blair i Schroeder przegrali. Te socjaldemokracje przegrały. Koncepcja "trzeciej drogi" była wyrazem ideowej bezradności i kapitulacji wobec tendencji neoliberalnych - mówi Interii politolog prof. Kazimierz Kik z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach.

Lewice i prawice dziś

Gdy przyjrzymy się aktualnym zjawiskom na politycznych scenach Zachodu, szybko zauważymy, że mamy do czynienia nie z szukaniem "trzeciej drogi", a z wyostrzaniem i usztywnianiem ideologicznych założeń - czy to na lewicy, czy to na prawicy.

Sprzyjają temu okoliczności. Potężny kryzys ekonomiczny sprawił, że do głosu doszły ruchy prawdziwie lewicowe, a nie tylko lewice udające (jak nasze SLD). Pogłębiające się nierówności społeczne przy całkowitej bezkarności finansjery i międzynarodowych korporacji sprawiły, że do głównego nurtu debaty publicznej wróciły postulaty sprawiedliwości społecznej, wiążącej się m.in. z podatkiem mocno progresywnym, regulacją sektora finansowego, rozszerzeniem opieki społecznej.

Z drugiej strony mamy też kryzys migracyjny i światowy terroryzm. To z kolei wynosi ruchy skrajnie prawicowe. Otwartość na imigrantów uważają one za naiwność i nieodpowiedzialność, wraca idea państw narodowych. Domagają się silnych armii, a nie lewicowego pacyfizmu.

Prawicową ilustracją tych zjawisk może być zdolny już do wygrywania wyborów (na razie tylko w pierwszej turze) francuski Front Narodowy, eurosceptyczna i libertariańska Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa Nigela Farage'a czy coraz popularniejsza Alternatywa dla Niemiec. W Polsce przebojem do Sejmu wszedł ruch Kukiz'15 oparty z jednej na strony na działaczach Ruchu Narodowego, a z drugiej na skrajnie wolnorynkowych postulatach. Czyli klasyczna, republikańska prawica.

Z kolei na lewicy obserwujemy takie inicjatywy jak hiszpański Podemos, grecka Syriza (której założenia zderzyły się z twardą, brukselską rzeczywistością) czy polska Partia Razem. Szefem brytyjskiej Partii Pracy został Jeremy Corbyn - jeżdżący metrem, wychudzony brodacz w mocno zużytej marynarce. Ale nie o image tu chodzi, a o postulaty: upaństwowienie gospodarki, podniesienie podatków, ograniczenie wpływów City, zerwanie z polityką cięć, nieangażowanie się w konflikty zbrojne (był przeciwko interwencji w Syrii).

- Obecny szef Partii Pracy stanowi antytezę Blaira - nie ma wątpliwości prof. Kik.

Tego samego zdania jest... Tony Blair. Mocno rozgoryczony, dodajmy. Na łamach "Spectatora" oznajmił, że Jeremy Corbyn zredukował Partię Pracy do roli "mało znaczącej grupy protestu", która przestała aspirować do rządzenia. Zdaniem Blaira obecna sytuacja laburzystów jest "tragiczna".

Ekspremier uważa, że Partia Pracy "chełpi się swoimi wartościami", zamiast pracować nad kompleksowymi rozwiązaniami problemów trapiących Wielką Brytanię. Blair zarzuca obecnemu kierownictwu wąskie horyzonty myślowe.

Za oceanem to samo

To że lewice stają się bardziej lewicowe, a prawice bardziej prawicowe, doskonale widać na przykładzie Stanów Zjednoczonych.

Głównym nurtem Partii Republikańskiej jest dziś to, co jeszcze kilka lat wcześniej uważano za konserwatywny margines. Ton nadają postulaty Partii Herbacianej, a politycy centrowi traktowani są z podejrzliwością albo, co gorsze, z politowaniem. Wiodącymi postaciami Republikanów (wyłączając Donalda Trumpa - to zupełnie inna historia) są politycy konserwatywni lub ultrakonserwatywni: Marco Rubio, Ted Cruz, Sarah Palin czy Paul Ryan.

Z kolei Partię Demokratyczną rewolucjonizuje właśnie socjaldemokratyczny 74-letni senator, który, nota bene, nigdy do partii nie należał i nadal nie należy. Ale to właśnie Bernie Sanders wygrał prawybory w New Hampshire, pokonując Hillary Clinton o ponad 20 punktów procentowych. Clinton, widząc co się dzieje, przejmuje część postulatów Sandersa: podniesienie płacy minimalnej, uregulowanie Wall Street i banków. Sanders przesuwa Clinton i całą Partię Demokratyczną coraz bardziej na lewo. 

Gdyby ktoś rok czy dwa lata temu powiedział, że socjalista może zostać prezydentem USA - w kraju będącym mekką kapitalizmu, w kraju, w którym "socjalizm" jest słowem wyklętym - zostałby uznany za szaleńca. Ale Sanders odczarowuje "ten straszny europejski socjalim" wśród Amerykanów, pokazuje im Skandywię i pyta: dlaczego najbogatszy kraj na świecie też nie może zapewnić każdemu opieki zdrowotnej? Dlaczego wciąż nie mamy płatnych urlopów? Dlaczego studenci muszą kończyć college z gigantycznym długiem do spłacenia?

Dziś prezydent z Partii Demokratycznej - ktokolwiek by nim nie był - nie mógłby prowadzić takiej polityki jak Bill Clinton, który deregulował Wall Street, sprzeciwiał się prawom homoseksualistów i zaostrzał politykę antynarkotykową.

Trzecia droga była oszustwem?

Tony Blair o ideach "trzeciej drogi" mówił pięknie:

"'Trzecia droga' oznacza nowoczesną socjaldemokrację, żarliwie realizującą postulaty sprawiedliwości społecznej. Jednocześnie nazywamy ją trzecią drogą, ponieważ zdecydowanie odchodzi od dawnej lewicy, zaabsorbowanej państwową kontrolą, wysokimi podatkami i interesami producentów. Trzecia droga odchodzi też od nowej prawicy traktującej publiczne inwestycje i każdą wzmiankę o społeczeństwie i kolektywnym wysiłku jako zło, które trzeba odczynić" - przekonywał Blair.

Prawicowi krytycy "trzeciej drogi" zarzucają jednak, że była ona nieudolną próbą budowania "socjalizmu z ludzką twarzą". Pogląd taki wyraził w latach 90. Vaclav Klaus. 

Z kolei oponenci "trzeciej drogi" po lewej stronie wytykają, że nie była ona wcale realizowaniem tej idealistycznej wizji nakreślonej przez Blaira, lecz wysługiwaniem się wielkiemu biznesowi.

"Trzecia droga to grupa, która udaje centrolewicowy twór, podczas gdy w rzeczywistości jest kreacją Wall Street. Jest prowadzona przez Wall Street w interesie Wall Street pod fałszywym pretekstem. Nie ma to nic wspólnego z centrolewicą" - mówił amerykański prawnik i ekonomista William K. Black.

- Blair nigdy nie był socjaldemokratą - zwraca uwagę prof. Kazimierz Kik. - Musimy o tym pamiętać. Do polityki wkomponowała go żona. Blair był raczej playboyem, który pod wpływem żony zaangażował się w politykę. Co nie znaczy, że to nie był inteligentny, pełen talentów człowiek. Ale on nigdy nie był socjaldemokratą. Socjaldemokracja była dla niego sposobem na karierę polityczną. On zresztą brał sobie za punkt honoru to samo co Tusk: mówił, że żadna ideologia go nie interesuje. To są ci sami, bezideowi politycy, dla których sprawa najważniejsza to dojść do władzy i utrzymać się przy władzy. To swoisty nihilizm polityczny.

- W Polsce Leszek Miller ogłosił siebie reprezentantem "trzeciej drogi". Polityk równie bezideowy i równie oportunistyczny. W Polsce lewica po doświadczeniach "trzeciej drogi" Leszka Millera zapadła się pod ziemię. SLD straciło władzę na zawsze - dodaje Kik w rozmowie z Interią.

Obecna "prawdziwa" lewica uważa rządy takich polityków jak Blair, Schroeder czy Miller za zdradę ideałów, za sprzedanie duszy neoliberalnemu diabłu. Warto przypomnieć, jak w ramach programu "Agenda 2010" Gerhard Schroeder ciął świadczenia socjalne, obniżał podatki i uelastyczniał prawo pracy. Można się z tym zgadzać lub nie, ale to na pewno nie jest lewica.

Zauważmy, że na razie, w tych przeobrażeniach zachodnich scen politycznych, mamy jeszcze etap pośredni. Z jednej strony idea "trzeciej drogi" nikogo już nie podnieca, ani nikt jej nie podnosi, ale z drugiej strony politycy tacy jak Jeremy Corbyn, Bernie Sanders, Marine Le Pen, Nigel Farage czy Pablo Iglesias - a więc nowe lewice i nowe prawice - do władzy jeszcze nie doszli. Udało się to Aleksisowi Ciprasowi i Syrizie, ale przywołany do porządku przez Angelę Merkel nie jest w stanie swoich postulatów realizować.

Ciągle więc nie wiemy, czy odejście od "trzeciej drogi" wyjdzie nam wszystkim na dobre. No i czy skończy się po lewej, czy po prawej.

Dowiedz się więcej na temat: trzecia droga | Tony Blair | Bill Clinton

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne