Reklama

Reklama

Koniec strefy Schengen?

Pogłębiający się kryzys migracyjny i powiązany z nim bezpośrednio wzrost poparcia dla partii nacjonalistycznych sprawił, że wizja rozpadającej się strefy Schengen stała się realna jak nigdy dotąd. O tym, czy uda się uratować jeden z podstawowych fundamentów Unii Europejskiej, przekonamy się już w najbliższych miesiącach. Ewentualna porażka tylko potwierdzi fakt, że Wspólnota stąpa po bardzo kruchym lodzie, bo jeden wyjątek może niebezpiecznie uchylić furtkę i stworzyć pole do kolejnych bezprecedensowych posunięć. A stąd do przywrócenia dawnych porządków dzieli nas już tylko krok.

Kiedy w 1985  roku Francja, Republika Federalna Niemiec  i kraje Beneluksu, czyli Belgia, Holandia i Luksemburg, podpisały układ w Schengen, wszystko zdawało się zmierzać w jasno wytyczonym i tak upragnionym przez wszystkich kierunku. Obowiązujące dotąd bariery zostały pokonane i zarówno towary jak i ludzie mogli przemieszczać się bez większych trudności. Wizję "otwartej Europy" wzmocniła jeszcze podpisana w 1995 roku umowa  Schengen, która ostatecznie zniosła kontrole graniczne i stworzyła fundamenty pod wspólną politykę wizową. Zgodnie z założeniem miała być ona wprowadzona przez 26 krajów-sygnatariuszy.

Reklama

Znaczenia traktatu nie wolno bagatelizować, bo stworzył on solidne podstawy, na których został wsparty w kolejnych latach projekt "federalnej Europy".  W zamian za zrzeczenie się części suwerenności, kraje członkowskie zyskiwały możliwość sprawnego przemieszczania się z  państwa do państwa z pominięciem zbędnych i czasochłonnych procedur obowiązujących dotychczas na granicach. 

Pierwsze pęknięcia

Wizja otwartej Europy doskonale wkomponowywała się w pozimnowojenny porządek, jednak czas i społeczno-ekonomiczne przemiany okazały się najlepszym weryfikatorem górnolotnych założeń. Pierwsze pęknięcia zaczęły pojawiać się już na początku dwudziestego pierwszego wieku. Zaliczyć do nich należy między innymi kryzys ekonomiczny, z jakim zaczęła zmagać się Europa, a co za tym idzie także wzrost poparcia dla partii nacjonalistycznych, jak i rosnąca  w błyskawicznym tempie liczba osób ubiegających się o azyl. 

Na tym tle zaczęły rodzić się coraz ostrzej formułowane pytania o dalszy sens istnienia układu z Schengen. Prawdziwy cios miał zostać jednak dopiero wymierzony i  w istocie okazał się bombą z opóźnionym zapłonem.

Europa zaczęła trzeszczeć w szwach

Długoletnie działania prowadzone w Syrii spowodowały kryzys humanitarny i wymusiły ogromny exodus miejscowej ludności, z którym zmagamy się do dzisiaj. Pod naporem migrantów uciekających z terenów objętych wojną, dla których niejednokrotnie podstawową motywacją okazała się przede wszystkim chęć poprawienia swojego bytu , Europa a wraz z nią całe strefa Schengen zaczęła trzeszczeć w szwach. Raz po raz, niczym grzyby po deszczu, zaczęły pojawiać się kolejne coraz bardziej śmiałe projekty dążące do wyraźnego uszczuplenia i ograniczenia możliwości spajającego Unię Europejską układu.   

Pod koniec 2015 roku kontrowersje wzbudziła propozycja złożona przez Holendrów. Przedstawiony przez nich plan zakładał wyrzucenie Grecji, Hiszpanii, Włoch oraz krajów Europy Środkowo-Wschodniej, w tym także Polski. 

Utworzenie tak zwanej "ministrefy Schengen" miało powstrzymać falę uchodźców zalewającą Europę. Pomysłodawcy szli w swoich zamierzeniach dalej i postulowali nawet zamknięcie granic, które miało stanowić swojego rodzaju "ostrzeżenie"  dla wszystkich  tych członków Wspólnoty, którzy łamią unijne zobowiązania. 

Czerwone światło dla Grecji

Ostatecznie z tak radykalnych posunięć się wycofano.  Jednak  wyrzucana co jakiś czas poza nawias  Grecja - a obok niej także Włochy -  nadal znajduje się na cenzurowanym.  W zamyśle Brukseli zawieszenie członkostwa Aten w Schengen miałoby być swojego rodzaju karą za brak współpracy w sprawie uchodźców i gdyby doszło do skutku stanowiłoby pierwszy taki przypadek w historii.

Co ciekawe, z punktu widzenia prawa, scenariusz zakładający wyrzucenie Grecji poza nawias jest realny. Kodeks Schengen przewiduje opcję przywrócenia kontroli wewnętrznych wobec jakiegoś kraju, jeżeli ten nie radzi sobie z ochroną własnych granic, co stanowi bezpośrednie zagrożenie dla pozostałych członków strefy. Komisja Europejska otwarcie zarzuca Grecji, że w obliczu narastającego kryzysu migracyjnego nie wywiązała się ze złożonych zobowiązań.

- Podstawą zawieszenia mógłby być fakt, że Grecja miała problem ze zorganizowaniem u siebie tak zwanych hot-spotów, czyli miejsc, w których powinni być sprawdzani przybywający na wyspy uciekinierzy, głównie z Syrii. Zatem de facto nie wprowadziła pewnych mechanizmów, których wymaga strefa Schengen - wyjaśnia w rozmowie z Interią dr Renata Mieńkowska-Norkiene, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego.

Na liście grzechów Aten pojawia się także niewykorzystanie wsparcia ze strony oddziałów szybkiej interwencji (tzw. RABIT). Zasłaniając się "naruszeniem własnej suwerenności", zrezygnowała z kontroli na swoich granicach, tymczasem w obliczu narastającego napływu uchodźców, kompletnie z ich zabezpieczeniem sobie nie radzi.

Sygnał, że z Unią dzieje się coś niedobrego

W ocenie ekspertki, wszystkie coraz chętniej wysuwane pomysły ograniczenia strefy Schengen są przede wszystkim wyraźnym sygnałem, że z Unią Europejską dzieje się coś niedobrego, a powstały kryzys przybrał rozmiary trudne do określenia.

Każdy medal ma jednak dwie strony i na sprawę należy patrzeć znacznie szerzej. - Bezpieczeństwo jest rzeczywiście bardzo ważne. Kluczową sprawą w ramach tego, co w Schengen można zrobić, jest przeniesienie jak największej ilości środków na uszczelnienie zewnętrznych  granic. Jeśli Grecja, pomimo że ma taką możliwość albo tego nie robi, albo nie daje sobie z tym rady, zwiększa zagrożenie - argumentuje.

- Wiadomo, że Schengen to układ polityczny i pozostali członkowie będą starali się chronić swoje granice. Z tego punktu widzenia są to zatem jakieś próby podejmowania konstruktywnych działań. Obecnie na inne kroki nie ma już  ani miejsca, ani czasu - dodaje.

Tym sposobem gorączkowe próby ratowania Schengen niebezpiecznie uchyliły furtkę -  stworzyły możliwości do wykluczania kolejnych członków, a nawet wygaszenia całej strefy i nierzadko ocierają się o absurd. - Założenia wysuwanego przez Holandię projektu czyli stworzenia tak zwanej "małej Schengen" są niedorzeczne. Nie byłoby w niej przykładowo Grecji, Hiszpanii, Włoch oraz krajów Europy Środkowo-Wschodniej, ale już dla Belgii, kolebki wielu ataków terrorystycznych, miejsce by się znalazło - ocenia ekspertka.

Gigantyczne zaniechanie i trudne do zniesienia skutki

- Jasne, możemy nie wpuszczać migrantów, ale to wcale nie oznacza, że będziemy bardziej bezpieczni. Przecież Schengen to strefa, w której ma obowiązywać swoboda i to nie tylko ta dotycząca przepływu osób, ale i towarów. Rezygnacja z niej może doprowadzić do bardzo trudnych do zniesienia skutków. Istnieje ryzyko, że na granicach znowu pojawią się gigantyczne kolejki tirów i nie będzie możliwości bardzo szybkiego przewozu towarów. Zwróćmy uwagę, że teraz też są kontrole, ale one są rozsiane wewnątrz poszczególnych krajów, co jest dowodem na to, że siła prewencyjna Schengen działa - dodaje.

Doszło jednak do wyraźnego zaniechania. Członkowie strefy Schengen powinni od dawna działać w sposób, jaki został wskazany w samym akcie jej powstania i zastosować bardziej restrykcyjne środki wobec tych, którzy próbują się do Unii Europejskiej dostać, a nie mają unijnego obywatelstwa. - Zasadnicza odpowiedzialność za wwiezienie osób, które nie mają obywatelstwa Schengen albo nie posiadają ważnych dokumentów, spoczywa na przewoźnikach, zatem UE powinna już od bardzo dawna walczyć z tymi, którzy imigrantów przez granicę szmuglują i tworzą zorganizowane grupy przestępcze. Tego brakuje i zamiast się wdawać w polityczne utarczki, Unia Europejska powinna od dawna w większym stopniu nad tym pracować. Niestety, to się nie udało - wylicza nasza rozmówczyni.

Najgorszy scenariusz możliwy

Na przyszłość ekspertka kreśli czarne scenariusze. - Moim zdaniem ograniczenie Schengen jest ogromnym nieporozumieniem. Może się jednak okazać, że w zaistniałej sytuacji, to jest jedyne rozwiązanie. Zwłaszcza, jeśli nie będzie odpowiedniej mobilizacji sił, środków oraz woli politycznej, żeby spróbować wspólnie tej strefy pilnować i zaprowadzić porządek na jej zewnętrznych granicach. Zróżnicowane interesy poszczególnych państw pokazują, że to wcale nie jest takie oczywiste i niekoniecznie musi dojść do konsensusu w tej kwestii - puentuje.

Na polityczną genezę problemu związanego z dalszym istnieniem strefy Schengen zwraca uwagę również Dyrektor Centrum Badań nad Terroryzmem Collegium Civitas dr Krzysztof Liedel. - Kryzys uchodźczy, który bezpośrednio rzutuje na kondycję strefy Schengen, oczywiście poza sferą logistyczną, ma przede wszystkim charakter polityczny, a jego główne źródła są zlokalizowane na Bliskim Wschodzie, czyli w Syrii i Iraku oraz w Afryce Północnej. Właśnie stamtąd przyjeżdżają ci ludzie i dopóki nie zapadną jakieś kluczowe decyzje, które pozwolą tam, na miejscu, normalizować sytuację, ten problem będzie istniał. Jeżeli my zamkniemy granice, czy zamknie je cała Europa, to wcale nie oznacza, że migranci przestaną do niej przyjeżdżać albo nie będą się starali do niej dostać - wyjaśnia. 

Poprawę sytuacji mogłoby przynieść całkowite i pełne zaangażowanie wszystkich członków Unii Europejskiej, które pozwoliłoby zlikwidować istniejące w strefie krajów objętych traktatem luki i uszczelnić zewnętrzną granicę Wspólnoty. - Musimy rzeczywiście dzielić się powstałym uchodźczym problemem i wesprzeć nie radzących sobie z dyslokacją Greków czy Włochów - wskazuje ekspert.

"Schengen będzie się cały czas chwiać"

Siłą rzeczy, choćby ze względów logistycznych, ale i politycznych Schengen będzie się cały czas chwiać. - Unijni przywódcy doskonale zdają sobie sprawę z tego, że  strefa Schengen jest fundamentem tego, co udało się nam osiągnąć w ramach Wspólnoty i będą robili wszystko, żeby przetrwała. Z drugiej strony moim zdaniem cały czas będą przywracane czasowe kontrole na granicach. Oczywiście nie mam w tym momencie na myśli ich zamykania, bo nie można mówić o powrocie do praktyk stosowanych w czasach, kiedy Unia Europejska jeszcze nie istniała, tylko wzmożoną kontrolę i wprowadzanie jakichś nowych jej elementów. Do takich sytuacji z pewnością będzie dochodziło - przekonuje specjalista.

Z punktu widzenia bezpieczeństwa i organizacji imprez o charakterze masowym stosowanie tego rodzaju rozwiązań nakazuje zwykła logika. Przykładów nie trzeba szukać daleko. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji już zadecydowało o wprowadzeniu czasowych kontroli na granicach w związku z lipcowym szczytem NATO organizowanym w Warszawie, jak i Światowymi Dniami Młodzieży, które mają odbyć się Krakowie. - Myślę, że nawet jeśli nie byłoby kryzysu uchodźczego, to i tak na czas Światowych Dni Młodzieży, jak i szczytu NATO kontrole zostałyby wprowadzone. Przede wszystkim mają one na celu przechwycenie tych osób, które są niepożądane, jaki tych, które stanowią potencjalne zagrożenie terrorystyczne. Wcześniej takie same zasady obowiązywały przykładowo podczas Euro 2012 - argumentuje Liedel.

Gratka dla potencjalnych terrorystów

Potencjalnych zagrożeń nie brakuje, a okazje są wyjątkowo często wykorzystywane przez terrorystów. - Tak duża fala uchodźców, z jaką mamy obecnie do czynienia, jest doskonałym  momentem dla terrorystów, którzy w całym tym zamieszaniu mogą swobodnie przerzucać swoich ludzi albo rekrutować lub radykalizować ich z grona tych przybyłych. Nie brakuje wśród nich osób  sfrustrowanych, przechodzących załamanie, czy takich, którzy  stracili bliskich albo cały życiowy dobytek, w konsekwencji czego są wyjątkowo podatni na socjotechniki  - wyjaśnia ekspert.

Nieszczelność zewnętrznej granicy

Co należałoby zrobić, żeby w Europie znów było bardziej bezpiecznie? - Największym problemem Unii Europejskiej jest obecnie nieszczelność granicy zewnętrznej. Nie przez przypadek jest tak, że większość uchodźców dostaje się przez Włochy i Grecję, a z drugiej strony przez Bałkany. Rozwiązaniem mogłoby być powołanie wspólnej straży granicznej, która mogłaby reagować w sytuacji, kiedy te poszczególne państwa sobie nie radzą wyjaśnia dr Liedel. Jednocześnie wskazuje, że warunkiem pozwalającym na eliminację zagrożeń jest także stosowanie się do twardych reguł weryfikacji. - Musimy przyjmować tylko tych migrantów, których chcemy, innymi słowy dyslokować, tych, którzy uciekają przed wojną, a tych,  co są niepożądani, bo stanowią zagrożenie albo są uchodźcami ekonomicznymi, po prostu odsyłać. Tyle tylko, że bez szczelnej granicy po prostu nie da się tego zrobić - przestrzega.

Brak Alternatywy dla Schengen

Obecnie obowiązujące przepisy pozwalają w nadzwyczajnych przypadkach wprowadzić  wewnętrzne kontrole na granicach w danym kraju funkcjonującym w ramach Schengen na maksymalnie dziesięć dni i po wcześniejszym uzyskaniu zgody Komisji Europejskiej. Wiele wskazuje jednak na to, że bez kolejnych - niewykluczone, też że daleko idących - reform się nie obejdzie. Postępujący w błyskawicznym tempie migracyjny kryzys dodatkowo pogłębił już i tak wystarczające podziały pomiędzy krajami-sygnatariuszami i niebezpiecznie skurczył przestrzeń do względnie stabilnego kompromisu.

Alternatywy dla Schengen jednak jak na razie nie ma, co walkę o jej przetrwanie ustawia w rzędzie zadań wyjątkowo pilnych. Apel w tej sprawie do wszystkich państw Wspólnoty skierował między innymi obecny przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk.  W jego ocenie samo w sobie dotrzymywanie  Schengen nie może rozwiązań kryzysu migracyjnego, ale bez spełnienia  tego kryterium  na postępy nie  ma żadnych szans.  

Podobnie jak priorytetem powinno być możliwe jak najszybsze ograniczenie nielegalnej migracji, tak równie ważne pozostaje zachowanie integralności obszaru Schengen.  Jasno sprecyzowane cele wiążą się z zaostrzeniem polityki azylowej i ze stosowaniem twardych reguł wobec obywateli  państw trzecich. Cena za zbytnią niefrasobliwość w tym względzie może okazać się w praktyce wyjątkowo wysoka i zniweczyć fundament, na którym wspierała się dotąd cała Unia.

***

Obecnie strefa Schengen obejmuje 22 państwa Unii Europejskiej z wyłączeniem Irlandii, Chorwacji, Bułgarii, Rumunii, Wielkiej Brytanii, jak również Islandii, Norwegii, Szwajcarii i Liechtensteinu. W ostatnich miesiącach kraje-sygnatariusze strefy, przez które przebiegają szlaki migracyjne, często oskarża się o dopuszczanie do niekontrolowanego przepływu migrantów przez ich terytoria. Niektóre z nich tymczasowo przywróciły kontrole na granicach.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje